środa, 3 września 2025

Prolog

Przedzierając się przez tłumy mieszkańców i turystów, którzy mimo prawie czterdziestostopniowego upału niestrudzenie pokonywali uliczki i ulice Rzymu, Liwia kolejny raz zastanawiała się, co ją podkusiło, żeby przylecieć tu w środku lata. To prawda, że od zawsze jej marzeniem było zobaczyć wieczne miasto, ale dlaczego uległa namowom swojej zwariowanej starszej koleżanki, żeby zrobić to w czasie, kiedy ludzi było najwięcej, a temperatury najwyższe? Pot spływał jej chyba po całym ciele, wodę (na szczęście w termicznej butelce) niosła w ręce, a na głowę włożyła czapkę z daszkiem mimo, że nie cierpiała tego typu nakrycia głowy, bo jej włosy wyglądały potem jak sterta mokrego siana. Krem z filtrem, którym posmarowała skórę przed wyjściem z mieszkania, które wynajęły na czas pobytu tutaj, już dawno się roztopił. 

Inez, jej koleżanka, szła za nią. Też niosła butelkę z wodą, ale szła z odkrytą głową. Liwia kilka razy zwróciła jej uwagę, że robi głupotę i nabawi się udaru słonecznego, ale Inez nie cierpiała nosić czapek. Jej fantazyjna fryzura złożona z zielono-brązowych dredów przetykanych jakimiś zielonymi sznureczkami zaplecionymi w warkoczyki była upięta tak wysoko, że nie dało się na nią włożyć niczego. Liwia miała nadzieję, że chociaż ta góra włosów uchroni Inez przed przegrzaniem skóry. Kobieta już była czerwona na twarzy, jak ogień. Zmierzały do bazyliki św. Piotra. Próbowały zrobić to w porze, kiedy nie będzie długich kolejek do wejścia. Stanie w tym upale na placu raczej nie należało do najprzyjemniejszych doznań. 

Na ulicy zatrąbił kolejny samochód, co jeszcze bardziej rozdrażniło Liwię. Jej nerwy już były napięte więc takie dodatkowe bodźce sprawiały, że dodatkowo się irytowała. Nigdy nie przepadała za tłumami i za takim chaosem komunikacyjnym. Bo jak inaczej nazwać to, że każdy na ulicy robił, co chciał? Piesi wchodzili na przejście, kiedy im się podobało niezależnie od koloru świateł. Kierowcy też jeździli nieostrożnie, ciągle tylko na siebie trąbiąc i sprawiając wrażenie, że chcą sobie nawzajem robić na złość. Idąc chodnikiem należało uważać, żeby z niego nie zostać zepchniętym prosto pod samochód. Trzeba było patrzeć pod nogi, bo ciągnięte na kółkach walizki były niemniej liczne niż dziury w asfalcie i w bruku. Podsumowując, Liwia marzyła o zakończeniu rzymskich wakacji najszybciej, jak się da. Ale skoro już tutaj była to nie wypadało nie zobaczyć najważniejszych miejsc.

Jakiś czas później, kiedy udało im się w końcu dostać do wnętrza bazyliki, zachwycił ją ogrom wnętrza i malowideł. Zwiedzanie zaczęły od grot watykańskich, gdzie znajdowały się groby papieży. Liwia zauważyła, że Inez przechodziła obok nich dość obojętnie jakby chciała jak najszybciej stąd wyjść. Kiedy znalazły się już w kościele, w którym panował przyjemny chłód, znalazła wolną ławkę i usiadła. 

- Dobrze się czujesz? - zapytała Liwia.

- Trochę kręci mi się w głowie - odparła koleżanka. - Muszę chwilę odpocząć. Pomodlę się w ciszy i dołączę do ciebie. Potem pójdziemy coś zjeść to wróci mi nowa energia. Idź zwiedzać. 

- Na pewno? Może jednak posiedzę z tobą?

- Nie, odsapnę chwilę. Mam wodę. W razie czego będę pisać albo dzwonić.

- No dobra - zgodziła się Liwia chociaż bez przekonania. 

Uznała, że zostawi koleżankę, ale będzie krążyć w pobliżu ławki, żeby mieć na nią oko. Kiedy po kilku minutach zerknęła w stronę Inez, zauważyła, że zebrała się obok niej grupka ludzi. Natychmiast ruszyła w tamtą stronę. Zobaczyła ponad ramionami innych, że koleżanka leży na ławce. Przecisnęła się pomiędzy dwiema osobami i dopadła kobiety.

- Inez - potrząsnęła koleżanką.

Ta w odpowiedzi tylko coś wymruczała niezrozumiałe. Liwia dotknęła jej czoła, było gorące. Stało się to, czego się obawiała - Inez nabawiła się udaru słonecznego. *

 

Musiały jak najszybciej dostać się do domu, żeby mogła schłodzić jej ciało. Miała nadzieję, że obejdzie się bez szpitala. Pewnie będzie musiała wezwać taksówkę. Ale jak zaprowadzi ją do samochodu? Może któraś z obecnych tu osób jej pomoże? Rozejrzała się po stojących wokół ludziach. 

- Czy ktoś mówi po angielsku? - zapytała w tym języku. - Potrzebuję pomocy, żeby wezwać taksówkę i zaprowadzić do niej koleżankę.

- Daleko macie do domu? - usłyszała męski głos tuż za plecami.

Obróciła się w jego stronę i pierwsze na co się natknęła to zatroskane, brązowe oczy chociaż ukryte za okularami. 

- Dość daleko - odpowiedziała.

- Taksówką będziecie jechać bardzo długo, bo są olbrzymie korki. Zapłacisz majątek - rzekł mężczyzna. - Mieszkam niedaleko stąd. Chodźcie do mnie, pomożemy twojej koleżance, a wieczorem jak jej stan się poprawi, pojedziemy do waszego mieszkania. 

Liwia spojrzała na niego jak na wariata. Dwie samotne kobiety, z których jedna jest prawie nieprzytomna mają iść do mieszkania nieznajomego faceta i zostać tam do wieczora? Poważnie myślał, że trafił na takie idiotki?

- Myślę, że sobie jakoś poradzimy - powiedziała i zwróciła się do Inez.

- Wstań - próbowała ją podnieść do pozycji siedzącej, ale bezskutecznie. Koleżanka była ciężka, jak głaz. Może lepiej będzie jednak wezwać karetkę? Ubezpieczenie coś tam pokrywa w takich wypadkach.

- Jesteście z Polski? - zapytał mężczyzna w jej ojczystym języku. Znowu spojrzała na niego. 

- Tak - odparła.

- Ja też na codzień mieszkam w Polsce - rzekł. - Jestem Antek. Mogę się wylegitymować, dać numer do swojego szefa, jeśli chcesz sprawdzić, czy was nie oszukuję. Naprawdę chcę pomóc.

Liwia przymknęła na chwilę oczy, żeby dać sobie czas na zastanowienie się. Jeśli rzeczywiście może zaufać temu mężczyźnie to jego pomoc będzie nieoceniona. A co, jeśli trafią na oszusta? Dadzą sobie radę? Pozostaje jej zaufać Bogu, że On też się zatroszczy o nie i pomoże im. Gdzieś w głębi serca czuła, że ten Antek chyba jest w porządku. Otworzyła oczy i spojrzała prosto w jego.

- Dobrze, zróbmy, jak mówisz - rzekła po czym przeniosła wzrok na Inez. - Tylko musimy jakoś ją zaprowadzić do ciebie.

- Nie będzie to łatwe, ale może damy radę - odparł. - Masz przy sobie coś czym możemy owinąć jej głowę? Ręcznik, chustę? Możesz jakoś rozplątać ten… kokon na jej głowie? - zapytał. - Będzie łatwiej ją chronić przed słońcem. 

- Stracę życie, ale co mi tam… - mruknęła Liwia w odpowiedzi i zabrała się do dzieła. Kiedy udało się jej rozpuścić dredy, sięgnęła do plecaków, żeby przeszukać ich zawartość. Nie udało się jej znaleźć niczego, czym mogliby nakryć głowę koleżanki. Szczęśliwie jedna ze stojących obok kobiet podała jej materiałową chustkę. 

- Zmocz zimną wodą - poradziła.

- Dziękuję - odparła Liwia po czym nachyliła się nad Inez i ponownie tym razem z pomocą Antka spróbowała podnieść ją do pozycji siedzącej. Tym razem się udało, a Inez jakby nieco oprzytomniała. 

- Musimy iść - powiedziała do niej Liwia. - Zbierz siły i współpracuj z nami. Prawdopodobnie masz udar cieplny. 

- Chce mi się spać - wymamrotała Inez. 

- Nie możesz teraz zasnąć. Wstań.

Liwia z Antkiem dźwignęli kobietę. Patrzyła na nich półprzytomnie, ale na szczęście zaczęła reagować na ich polecenia i udało się im opuścić bazylikę. Przed wyjściem na słońce, Liwia zmoczyła chustkę w wodzie z butelki i nałożyła koleżance na głowę. 

- Kupimy po drodze wodę - rzekł Antek. - Trzeba będzie co chwilę ją chłodzić. Dobrze, że masz butelkę termiczną.

Na szczęście do jego mieszkania rzeczywiście nie było daleko i znaleźli się w nim jakieś dwadzieścia minut po opuszczeniu placu przy bazylice. Na wpół prowadzili na wpół wlekli Inez i kiedy w końcu weszli do środka i położyli ją na sofie w salonie oboje odetchnęli z ulgą. Antek natychmiast przyniósł zmoczone w zimnej wodzie ręczniki i zaczęli schładzać ciało koleżanki. Miała wysoką temperaturę, ale jeszcze nie na tyle, żeby stanowiła zagrożenie dla życia. Mieli nadzieję, że ich kompresy pomogą ją obniżyć i obejdą się bez jazdy do szpitala. Podawali też jej wodę do picia w niewielkich ilościach. Mężczyzna zadbał też o nawodnienie Liwii i swoje. Kobieta w międzyczasie przedstawiła siebie i koleżankę. 

- Kiedy wracacie do Polski? - zapytał Antek.

- Jutro po południu - odparła Liwia.

- Ja też. Umówmy się, że razem pojedziemy na lotnisko. Przyda ci się pomoc na wypadek, gdyby Inez jeszcze nie doszła całkiem do siebie - rzekł.

- Dobrze, dziękuję. A w ogóle… dlaczego masz mieszkanie w Rzymie, skoro mieszkasz w Polsce? - spytała kobieta.

Mężczyzna uśmiechnął się. 

- Moja mama tutaj mieszkała. Ja i moja siostra odziedziczyliśmy je. Przylatuję tutaj minimum raz do roku w rocznicę jej śmierci. Siostra też, jak da radę.

- Rozumiem, przykro mi.

- Mama zmarła już dawno. Właściwie trzymanie tego mieszkania nie jest zbyt opłacalne, dlatego w ciągu roku szkolnego wynajmujemy je studentom. Przy okazji jest pilnowane przed kradzieżami. W wakacje, kiedy tu przyjeżdżamy, sprzątamy je. 

- Twoja mama była Polką czy Włoszką?

- Włoszką. Mój tato jest Polakiem. Kiedy żyła mama, mieszkaliśmy tutaj. Po jej śmierci przenieśliśmy się do Polski.

- To dlatego tak dobrze mówisz po polsku. 

- No tak - roześmiał się Antek. - Mieszkam w Polsce ponad dwadzieścia lat. 

- Po włosku też mówisz dobrze?

- Kiedy byłem dzieckiem to był mój język ojczysty. Tato uczył mnie języka polskiego, ale w domu rozmawialiśmy po włosku. Po przeprowadzce używałem języka polskiego. Po włosku rozmawiałem tylko, kiedy przyjeżdżaliśmy tutaj i zacząłem zapominać z czasem niektóre słowa. Jednak miłość do tego języka została we mnie i zacząłem sobie go odświeżać na własną rękę. 

- Miałyśmy dzisiaj z Inez dużo szczęścia, że trafiłyśmy na ciebie w bazylice. Znasz miasto, wiesz jak się tutaj odnaleźć. Szczerze mówiąc zaczęłam trochę panikować, kiedy zobaczyłam, że Inez źle się czuję. Zdjąłeś mi spory ciężar z barków. - Liwia wyciągnęła z plecaka swoją wizytówkę i podała ją Antkowi. - Jeśli będę mogła jakoś się odwdzięczyć kiedyś to po prostu zadzwoń - powiedziała. 

Mężczyzna skinął głową i spojrzał na karteczkę po czym uśmiechnął się szeroko.

- Jesteś makijażystką? - zapytał.

- Tak. 

- Chyba twoja branża nie będzie miała wiele wspólnego z moją, ale wizytówkę zachowam.

W tym momencie rozdzwoniła się komórka Liwii. Zerknęła na wyświetlacz i zobaczyła, że dzwoni Janka, jej druga koleżanka, z którą przyjaźniła się długo. Niedawno poznała ją z Inez i dziewczyny chciały, żeby do Rzymu poleciały wszystkie trzy, ale Janka oznajmiła, że boi się latać i nie ma opcji, żeby wsiadła do samolotu. Poza tym nie mogła wziąć wolnego w pracy w tym czasie. Była z zawodu pielęgniarką.

- Przepraszam - powiedziała Liwia i odebrała połączenie. - Cześć - rzekła do mikrofonu.

- Co u was? - zapytała Janka.

- U mnie w porządku, a Inez złapała udar. 

- O matko, co robicie? Musisz ją schłodzić i niech pije wodę. Tylko powoli. Jakby zaczęła wymiotować albo nie było z nią kontaktu, nie spadała temperatura czy pojawiły się jakieś inne objawy to jedźcie do szpitala. 

- Spokojnie. Zajął się nami miły mężczyzna. Jest Polakiem i mieszka niedaleko bazyliki. Zaprowadziliśmy Inez do jego mieszkania, a wieczorem pojedziemy do naszego, bo teraz są okropne korki. Inez jest na wpół przytomna.

- Dużo zimnych okładów róbcie. Ma jakieś nakrycie głowy? Jutro musi mieć absolutnie. 

- Oczywiście, że nie ma. Zawinęła te swoje dredy w jakieś gniazdo z nadzieją, że ją to ochroni. 

- Niemądra… Musisz ją przekonać do założenia czegoś na głowę. 

- Postaram się zrobić, co w mojej mocy.

- Dzwoń jak coś. Wracajcie bezpiecznie.

- Dobrze, dziękuję.

Koleżanka rozłączyła się.

Liwia podeszła do sofy, żeby sprawdzić czy stan Inez się poprawia. Gorączka spadła minimalnie, ale spadła. Antek właśnie wrócił z łazienki z nowymi, zmoczonymi ręcznikami. Obłożyli nimi Inez i wcisnęli w nią trochę wody. Liwia przyjrzała się ukradkiem nowemu znajomemu. Był wysokim, przystojnym szatynem w wieku około trzydziestu paru lat. Mógł być nieco młodszy od niej. Miał kilka siwych włosów na skroniach, ale generalnie jego gęste, lekko falujące włosy miały jeszcze dużo brązowego pigmentu. Oczy zakrywały okulary, ale widziała delikatne zmarszczki mimiczne. Ona sama miała prawie sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, czterdziestka zbliżała się wielkimi krokami, a swoje siwiejące włosy ukrywała pod platynowym blondem. Krótkie pasemka z reguły miała nieco uniesione i lekko stojące. Przy jej intensywnej pracy było jej wygodniej z ich pielęgnacją, a jako makijażystka musiała też być chodzącą reklamą własnych umiejętności. Na szczęście podczas urlopów i wolnych dni mogła od odpocząć od kosmetyków i nakładała tylko kremy.

- Czy masz coś jeszcze ważnego do zrobienia? - zapytała Antka, kiedy wrócił z kolejną porcją zimnych ręczników. - Może w czymś ci pomóc? Zajęłyśmy ci prawie cały dzień, a na pewno miałeś swoje plany. 

- Spokojnie. Miałem odwiedzić pewne miejsce w porze obiadowej, ale zrobię to przy następnej okazji. A właśnie, pewnie jesteś głodna. Zjemy coś?

- Nie chcę sprawiać kłopotów. 

- Jak zemdlejesz to będzie większy kłopot. Zrobię pasta al pomodoro, lubisz?

- No, ba. Uwielbiam.

- To zabieram się za gotowanie. W razie czego zawołaj mnie.

Antek wyszedł do kuchni, a Liwia pozbierała ręczniki i poszła zmoczyć je na nowo. Później zjedli obiad i do wieczora siedzieli przy Inez opiekując się nią. Dopiero około dwudziestej pierwszej godziny Antek zamówił taksówkę, żeby mogli pojechać do mieszkania kobiet. Nadal ciężko było przejechać samochodem przez miasto, ale w końcu dotarli. Inez czuła się nieco lepiej. Była już bardziej przytomna i komunikatywna. Przez noc Liwia musiała radzić sobie z nią sama. Następnego dnia koleżanka, na szczęście, była w jeszcze lepszym stanie więc spakowały się na wylot i czekały na Antka.

- Ale wiesz, że mimo wszystko to nie było zbyt mądre z twojej strony, że pozwoliłaś temu facetowi, żeby nas zabrał do siebie? - zapytała Inez.

Liwia spojrzała na nią ze wzrokiem mówiącym, żeby już się przestała odzywać w tym temacie. Czasami u koleżanki odpalał się mentorski ton, który ją irytował. Tym bardziej irytował ją teraz, bo sytuacja, w której się znalazły była spowodowana nieodpowiedzialnością koleżanki. Liwia musiała podjąć decyzję co do działania i według niej dokonała słusznego wyboru mimo ryzyka, jakie niósł on ze sobą. Inez nie miała prawa teraz jej pouczać ani wypominać jej tego, co zrobiła. Nie chciała się kłócić więc zacisnęła zęby. Inez jednak nadal była w swoim trybie.

- A gdyby on okazał się jakimś złodziejem albo coś by nam zrobił? - ciągnęła. - Mogłybyśmy stracić pieniądze, dokumenty. Przecież ja byłam praktycznie nieprzytomna. 

- Byłaś nieprzytomna na własne życzenie - odpaliła Liwia. - Gdybyś mnie posłuchała i uważała bardziej na siebie niż na swoja fryzurę to być może uniknęłybyśmy całej tej sytuacji. Skończ temat.

- Jest gorąco i udar mógł się przytrafić każdemu. Na szczęście ten chłopak okazał się w porządku…

Ciągu dalszego Liwia już nie słuchała, ponieważ wyszła do łazienki. 

Jakiś czas później przybył Antek i cała trójka udała się na lotnisko. Inez, na szczęście skończyła dywagacje. W samolocie dziewczyny zajęły swoje miejsca, on swoje. Ostatni raz zobaczyli się jeszcze na płycie lotniska po przylocie do Polski, a potem każde udało się w swoim kierunku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rozdział 46

Inez, Piotr i Jacek     Kilka dni później, w ciepłe letnie popołudnie , Inez z Piotrem i Jackiem wybrali się do budynku na Starym Mieście. ...