poniedziałek, 8 września 2025

Rozdział 46

Inez, Piotr i Jacek 

 

Kilka dni później, w ciepłe letnie popołudnie, Inez z Piotrem i Jackiem wybrali się do budynku na Starym Mieście. Na tle odrestaurowanych kamienic, rzeczywiście prezentował się, jak zapomniana ruina. Cegły pokrywał mech, okna zabite były deskami, a drzwi nosiły ślady wielu prób włamania. Zastanawiające było to, że nikt tego budynku nie chciał wyremontować.  

— Niesamowite, że to w ogóle jeszcze stoi — mruknęła Inez, zadzierając głowę. 

Piotr wyjął z kieszeni pęk kluczy. 

— Mam zgodę z Urzędu Miasta, żeby obejrzeć wnętrze powiedział. Podobno nikt nie zaglądał tu od lat. 

Wspominałeś im coś o prezencie od tajemniczego B.K.? 

Nie, wymyśliłem jakąś inną historyjkę. Zobaczymy, co odkryjemy. Wtedy zastanowimy się, co z tym zrobić. 

Piotr włożył klucz do zamka, który ustąpił z chrzęstem. Następnie pchnął ciężkie drzwi. Otworzyły się, skrzypiąc przeciągle. Ze środka doszedł ich zapach stęchlizny zmieszanej z czymś… dziwnie znajomym. Inez przystanęła. 

— Czujecie to? — zapytała cicho. — Jakby… zapach chleba. 

— To chyba twoja wyobraźnia prychnął Jacek. 

Piotr też unosił głowę, wciągając powietrze. 

— Nie… naprawdę coś tu pachnie stwierdził. Nie jest to świeży zapach, ale raczej taki zwietrzały. 

Weszli ostrożnie do środka, stąpając po zakurzonych deskach. W sieni było pusto, pod ścianami leżało tylko kilka starych worków po mące. Głębiej, za zniszczoną framugą, znajdowała się duża hala z resztkami pieców. Cegły były popękane, ale widać było, że kiedyś musiało tu tętnić życie. Inez przesunęła dłonią po ścianie, jakby chciała poczuć historię. 

— To tutaj… — wyszeptała. — Moja mama opowiadała, że te piece były największe w całym mieście. 

Nagle Jacek przykucnął. 

— Ej, zobaczcie! zawołał. 

Na jednej z cegieł, tuż przy podłodze, ktoś wyrył symbol — trójkąt wpisany w koło. 

— Dokładnie taki sam znak był w notatniku! — rzekła Inez, klękając obok. 

Piotr przyświecił latarką z telefonu. Znak był stary, starte krawędzie wskazywały, że powstał wiele lat temu. Obok ktoś zarysował inicjały: B.K. Zapadła cisza. Tylko ich oddechy i skrzypienie drewna pod stopami wypełniały przestrzeń. 

— To nie przypadek — powiedział Piotr poważnie. — Ktoś zostawił nam trop. 

Jacek rozejrzał się nerwowo. 

— Wiecie, co mi się nie podoba? rzucił. Że ktoś wiedział, że my tu trafimy. 

Inez dotknęła wyrytych liter. W środku czuła ekscytację, ale i niepokój. 

— Jeszcze nie wiemy, dokąd to prowadzi. Ale zaczynam mieć wrażenie, że ktoś bawi się z nami w grę rzekła. 

Piotr odwrócił się do niej. 

— Więc musimy grać dalej odparł. 

Po oględzinach miejsca, wrócili do piekarni i zasiedli przy stoliku. Inez przyniosła książeczkę z przepisami i zaczęła kartkować strony. Jej wzrok zatrzymał się na jednej z receptur starym przepisie na chleb na zakwasie. Obok zapisanych proporcji widniał ten sam symbol, który widzieli na cegle w ruinach: trójkąt wpisany w koło. 

— Jest! — krzyknęła, stukając palcem w kartkę. 

Piotr i Jacek pochylili się nad książką. 

— No dobrze, ale co to znaczy? — mruknął Jacek. 

Piotr zmrużył oczy. 

— Tutaj… — wskazał na drobny dopisek pod przepisem. 

Był ledwo czytelny, zapisany znacznie ciemniejszym atramentem. 

„Pod cegłą, gdzie ogień trwał najdłużej. przeczytała Inez. — Czyli znowu tam? — spytała, unosząc brwi. 

Piotr potarł brodę w zamyśleniu. 

— Może chodzi o miejsce, w którym paliło się najdłużej… główny piec, ten największy. 

Jacek roześmiał się nerwowo. 

— Serio chcecie zaczynać zabawę w archeologów? 

Inez zamknęła książeczkę, przyciskając ją do piersi. Jej oczy lśniły. 

— Skoro ktoś zostawił dla nas tę zagadkę, to znaczy, że pod tą cegłą coś jest. 

— Ale co? — zapytał Piotr. 

Kobieta uśmiechnęła się lekko. 

— Tego właśnie się dowiemy odrzekła. Musimy się dowiedzieć, kim jest osoba kryjąca się za inicjałami B.K. A ten Anatol Rylski jeszcze żyje? Albo jakiś jego potomek? Może powinniśmy zacząć od spotkania z nim? 

Trzeba poszukać. Ale nie dzisiaj. 

Piotr wstał od stołu. 

Jedziemy do domu oznajmił. 

Jacek poszedł w jego ślady. 

Jestem za rzekł, ziewając. Jutro znowu trzeba wstać o świcie. 

Na razie musimy zająć się realizacją planu marketingowego. Trzeba będzie rozliczyć się z otrzymanych funduszy powiedziała Inez. Przez głupią konkurencję wkopałam się w całą masę dodatkowej roboty dodała, krzywiąc się. Chciałam tylko piec swoje bułki i rogaliki. 

Piotr przytulił ją. 

Nie martw się, pomogę ci. Całą resztę też ogarniemy. Krok po kroku. 

Inez położyła mu głowę na ramieniu. 

Dobrze, że jesteś mruknęła. Nie chciałabym zostać z tym wszystkim sama. 

I nie zostaniesz zapewnił ją. Zobaczysz, że cała ta piekarska przygoda sprawi, że twój lokal będzie przyciągał nie tylko lokalnych mieszkańców, ale też przyjezdnych gości. 

Spojrzała na niego z przerażeniem w oczach. 

Nie wiem, czy jestem na to gotowa rzekła. 

Teraz nie, ale będziesz, gdy przyjdzie czas. 

Uśmiechnął się i pocałował ją w sam czubek nosa. Inez poczuła, jak powoli spływa na nią spokój. Poczucie, że obok jest ktoś, na kogo można liczyć, było kojące. Piotr ujął ją za rękę. 

— A teraz obiecujesz, że nie będziesz się stresować wszystkimi papierami naraz? — spytał żartobliwie. 
— Obiecuję… — skłamała solennie, patrząc mu prosto w oczy. 

Roześmiał się tylko, kręcąc głową. Po chwili wyszli razem z piekarni i udali się na zasłużony odpoczynek. Jednak zew przygody już zaczął ciągnąć ich w kierunku rozwiązania tajemnicy. Dlatego w domu przed snem, Piotr zaczął przeszukiwać media społecznościowe i Internet w celu odnalezienia kontaktu z Anatolem Rylskim. 

 

Liwia i Antek 

 

Antek i Liwia spędzali razem pierwszy, od dawna wolny wieczór. Właściwie wyglądało to tak, że Liwka siedziała przy stole w jego kuchni i przeglądała papiery związane z zamówieniami do studia, a on kończył zmywać po kolacji, którą dla nich przygotował. Odłożył ostatnie naczynie na suszarkę i oparł się o blat, przyglądając się jej przez chwilę. 

— Dużo tego? — spytał tonem, w którym słychać było mieszankę troski i figlarności. 

— Jak zwykle — odparła z westchnieniem, nie odrywając wzroku od kartek. — Ale dam radę. 

Antek podszedł bliżej, zabrał jej długopis i odłożył go na bok. 

— To „dam radę” powtarzasz tak często, że mam ochotę porwać cię gdzieś, żebyś choć na chwilę przestała myśleć o pracy. 

— Oho, zaczyna się — Liwia zmrużyła oczy, patrząc na niego podejrzliwie. — Co znowu wymyśliłeś? 

Antoni uśmiechnął się szeroko. 

— Nic szalonego — powiedział. Po prostu pomyślałem, że dobrze by nam zrobiło kilka dni odpoczynku. Ty, ja… morze, słońce. 

— Morze? — podniosła brwi. — Masz na myśli nasz Bałtyk? 

Pochylił się w jej stronę. 

— Tym razem trochę dalej — odparł spokojnie, choć w jego oczach mignęła iskierka ekscytacji. — Co powiesz na Czarnogórę? 

Liwia odchyliła się na krześle, jakby chciała się upewnić, że dobrze słyszy. 

— Czarnogórę? — powtórzyła. — Zwariowałeś? Przecież ty dopiero miesiąc temu przeszedłeś operację! 

Tak, ale rozmawiałem z Kingą i dostałem zielone światło na podróżowanie — rzekł Antek. Nie lecimy daleko, a na miejscu będzie wiele okazji do tego, żeby odpoczywać. Zmiana otoczenia dobrze nam zrobi, Liwka. W codzienności jeszcze sporo wyzwań przed nami — wyjaśnił. 

Liwia przygryzła wargę, wahając się. Z jednej strony, jej zaległości w pracy, ale z drugiej... Wiedziała, że Antek potrzebuje odetchnąć. Oboje tego potrzebowali. 

— Powiem ci tak… — odparła powoli. — Jeśli naprawdę dobrze to przemyślałeś i Kinga nie ma nic przeciwko… 

— Kinga sama mnie do tego namawiała — przerwał szybko, nieco przesadzając z entuzjazmem. 

Liwia parsknęła śmiechem. 

— Dobra, dobra, już ci wierzę — rzekła. 

Stuknęła palcem w kalendarz. 

— Czeka mnie spore wyzwanie logistyczne — stwierdziła. Muszę jakoś ogarnąć klientki. A na ile dni w ogóle lecimy? 

— Pięć. Z wylotem i przylotem. 

— A, czyli wszystko masz już zaplanowane. A gdybym się nie zgodziła? 

Antek spojrzał na nią z przekorą w oczach. 

— W ostateczności poleciałbym sam, ale ufałem swojemu darowi przekonywania. 

Liwka prychnęła. 

— To teraz przekonaj moje klientki do zmiany terminu i zastępczej makijażystki — mruknęła, zerkając do kalendarza. Kurs makijażu poprowadzi za mnie Iwona, pani Ola kiedyś korzystała z jej usług i była zadowolona. Dobra, jakoś to ogarnę. — Uniosła głowę. — Rozumiem, że jedziemy w tygodniu? 

— Tak, wrócimy w piątek w nocy. Spodoba ci się tam, zobaczysz — zapewnił Antek. 

— Dlaczego Czarnogóra? — zapytała Liwia autentycznie zaciekawiona. 

— Bo chciałem, żeby było pięknie i spokojnie. 

Spojrzała mu głęboko w oczy, jakby chciała wyczytać z nich jego ukryte motywy co do wyjazdu, ale to nie było takie proste. 

— No dobra, to lećmy — rzekła, zatrzaskując terminarz. 

 

Kilka dni później wylądowali na lotnisku w Podgoricy. Kiedy znaleźli się w hali przylotów, Liwia, która całą drogę dzielnie udawała spokój, teraz rozejrzała się wokół z mieszaniną ekscytacji i lekkiego niepokoju. Antoni wziął jej rękę i uśmiechnął się uspokajająco. 

— No to jesteśmy, kochanie — powiedział. 

— Nadal nie mogę w to uwierzyć — odparła Liwia, ściskając mocno jego dłoń. 

Przeszli przez halę i niemal od razu zauważyli krępego mężczyznę o włosach lekko przyprószonych siwizną. Na ich widok uśmiechnął się szeroko i pomachał ręką. 

— Antoni! — zawołał z akcentem, ale w całkiem poprawnej polszczyźnie. 

— Marko! — odpowiedział Antek i już po chwili obaj przywitali się serdecznie. 

— Nie spodziewałem się, że jeszcze tu wrócisz — rzucił tamten, a potem spojrzał na kobietę. 

To twoja dziewczyna? — spytał. — Dzień dobry, witam w Czarnogórzezwrócił się do Liwii. 

— Dzień dobry — odpowiedziała trochę zaskoczona, że mówi w jej języku. 

— Moja mama jest Polka — wyjaśnił Marko, jakby czytał jej w myślach. — Mieszkam tutaj, ale polski został w sercu. 

Liwia uśmiechnęła się szeroko, a Antoni mrugnął do niej porozumiewawczo. 

Kiedy wyszli na zewnątrz, powitało ich ciepłe powietrze, pachnące morzem. Marko zaprowadził ich do swojego vana i ruszyli. Mężczyzna wybrał taką trasę, żeby jechali drogą wijącą się wzdłuż wybrzeża. 

— To twój pierwszy raz w Czarnogórze? — zapytał, zerkając na Liwię w lusterku. 

— Tak, pierwszy. Ale już mi się tu podoba — odpowiedziała, wpatrując się w otwierający się przed nimi widok. 

Za szybami samochodu migotało turkusowe morze, a nad nim piętrzyły się szare, majestatyczne góry. Antoni zerknął na nią z ukosa i poczuł, że właśnie o taki moment mu chodziło — by Liwia zobaczyła piękno tego miejsca jego oczami. 

— Za godzinę będziemy w Budvie — oznajmił Marko. — Tam zaczyna się prawdziwa przygoda. 

Liwia spojrzała na Antka, a on tylko lekko się uśmiechnął, nie zdradzając jeszcze, że największa „przygoda” dopiero przed nimi. 

 

Kilkadziesiąt minut później, dojechali na miejsce. Marko zatrzymał samochód tuż przed niewielkim pensjonatem stojącym nad brzegiem morza. Budynek był jasny, z dużymi oknami wychodzącymi na plażę i balkonem na piętrze, z którego roztaczał się widok na wodę. Kiedy wysiedli, od razu dobiegł ich zapach pieczonego mięsa. Gospodarz wyjął ich walizki z bagażnika, a Antek sięgnąwszy po swoją, wysunął rączkę i wsparł się na niej lekko. Godziny spędzone w jednej pozycji trochę go wymęczyły, choć starał się tego nie okazywać. Liwia rzuciła mu zatroskane spojrzenie, ale dał jej znać, że wszystko jest w porządku. 

Z za drzwi domu dobiegł ich czyjś śmiech, a po chwili w progu pojawiła się ubrana w kuchenny fartuch, drobnej budowy kobieta o ciepłym spojrzeniu.  

— Antek! — zawołała, wycierając ręce o materiał. — W końcu znów cię widzę! Ile lat minęło? — przytuliła go serdecznie, a potem odsunęła się, przyglądając uważnie. — Trochę się zmieniłeś…, ale oczy masz te same. 

— Jelena, ty w ogóle się nie zmieniłaś — odparł Antoni z uśmiechem. — I pachnie tutaj dokładnie tak, jak zapamiętałem. 

— To moja żona, Jelena — wyjaśnił Marko, odwracając się do Liwii. — A to jest Liwia, dziewczyna Antka. 

— Liwia… — powtórzyła kobieta, jakby smakując imię. — Witaj, moja droga. — rzekła, obejmując ją równie serdecznie. — Wejdźcie, wejdźcie, musicie coś zjeść po tej podróży. 

W tym momencie na schodach pojawił się młody chłopak, może dziewiętnastoletni, z ciemnymi włosami i rozbrajającym uśmiechem. 

— Tata! Przyjechali? — rzucił po serbsku, a zaraz potem po polsku, z lekkim akcentem: — Antek, dobrze cię widzieć! 

Mężczyzna roześmiał się i podał mu rękę. 

— Nikola, wyrosłeś jak na drożdżach! Pamiętam cię jako dzieciaka z piłką pod pachą rzekł. 

Nikola podszedł do Liwii i skinął jej z szacunkiem głową. 

— Dzień dobry — przywitał się i dodał pół żartem, pół serio: — Muszę podziękować, że przyjechała pani z Antkiem. On sam nigdy nie wyglądał tak dobrze jak teraz. 

Zaraz potem uskoczył w tył przed szturchańcem ze strony ojca. Mimo to wszyscy się roześmiali. Liwię ujęła serdeczność, prostota i ciepło tej rodziny. Czuła, że znalazła się w domu, w którym każdy nowy gość od razu stawał się jej członkiem. 

— Chodźcie, chodźcie, wszystko już gotowe — poganiała Jelena, otwierając drzwi do jadalni. Na stole czekały półmiski pełne mięsa, świeże pieczywo, sałatki i dzban czerwonego wina. 

Marko roześmiał się, patrząc na Antka i Liwię. 

— Mówiłem, że nie pozwolimy wam zasnąć głodnym. Ale ostrzegam, u nas gość zawsze je dwa razy więcej niż planował. 

Liwia roześmiała się. Była głodna, jak wilk. Jednak chciała najpierw nieco się odświeżyć. Jej chłopak myślał o tym samym. 

Marko, Jelena, potrzebujemy kwadrans rzekł, przepraszającym tonem. 

Małżeństwo wymieniło między sobą spojrzenia. 

Jasne powiedziała gospodyni. Marko pokaże wam pokoje. Nie spieszcie się. 

Mężczyzna poprowadził ich przez niewielki hol, mijając jasne, przytulne wnętrze z miejscami do odpoczynku pomiędzy stojącymi w doniczkach roślinami. Za nimi poszedł Nikola, który pomógł nieść bagaże. 

— Pokoje macie osobne, ale przejściowe, żebyście mogli się widywać, kiedy tylko chcecie — wyjaśnił gospodarz. — Odpocznijcie, potem pogadamy.  

Kiedy zostali sami, każde zajęło swoją przestrzeń, ale Liwia otworzyła łączące ich drzwi, po czym zaczęła rozpakowywać walizkę. Antek, za to, zsunął buty i wyciągnął się na łóżku, podkładając sobie pod kolana poduszkę. Drobiazg, ale od razu poczuł ulgę. Wziął kilka głębszych oddechów, po czym usiadł i wykonał kilka ćwiczeń rozciągających kręgi szyjne. Liwia zajrzała do niego ze swojego pokoju, przeciągając się. 

Czuję, że chciałabym się trochę poruszać stwierdziła. 

Pójdziemy na spacer po obiedzie oznajmił Antek. Ja też mam wrażenie, że mi się wszystko „zastało”. 

Uśmiechnął się, a następnie wstał i poszedł do łazienki. 

Kilka minut później oboje zeszli do jadalni. 

— Siadajcie, siadajcie! — nawoływała Jelena, podsuwając im krzesła. — U nas nie ma „tylko spróbuję”. U nas się je na serio. Odpoczęliście chwilę? 

Liwię rozbawił ton gospodyni, przez który od razu poczuła się swobodniej. 

Tak odrzekła, chłonąc wzrokiem zastawiony stół. To wygląda obłędnie — stwierdziła, sięgając po kawałek świeżego chleba. 

— Smakuje jeszcze lepiej — wtrącił Nikola, nakładając Antkowi porcję mięsa. — Musisz spróbować, inaczej mama się obrazi. 

— Oj, przestań — machnęła ręką Jelena, choć uśmiech mówił, że syn dobrze zna jej przyzwyczajenia. — Ale rzeczywiście, zjedzcie porządnie. 

Antek spojrzał na Liwię z rozbawieniem. 

Czego ci nałożyć, kochanie? zapytał. 

Kobieta przyjęła wyzwanie. 

Wszystkiego po trochu odparła z uśmiechem. 

W oczach jej chłopaka błysnął podziw i coś jeszcze, co było przeznaczone tylko dla niej. Przez chwilę zajęli się jedzeniem, a rozmowa płynęła lekko. Marko opowiadał o turystach, którzy zatrzymywali się u nich w poprzednim sezonie, Nikola żartował o tym, że sam musi być czasem „asystentem przewodnika”, a Jelena dopytywała Liwię o jej pracę. 

— Kosmetyki? — powtórzyła z ciekawością. — To piękne, że robisz coś, co daje ludziom radość i pomaga im poczuć się lepiej. 

Z radością przywiozłabym wam coś rzekła Liwka, ale ten tutaj wskazała na Antka wszystko trzymał w tajemnicy. 

Antoni spojrzał na nią z błyskiem w oku.  

Wszystko potwierdził. Nawet to, że gadał z twoim bratem i wziął kilka rzeczy za ciebie, żebyś mogła się nimi podzielić. 

Liwia nic już nie powiedziała, a Jelena roześmiała się. 

— A ty, Antek? — zapytał Nikola, spoglądając na niego z iskrą w oku. — Kiedy zobaczymy cię znowu za kierownicą autokaru wycieczkowego? 

Antek zawahał się przez moment. 

— Już nie będę jeździł odpowiedział spokojnie. 

Liwia spojrzała na niego z zaskoczeniem, unosząc lekko brwi. 

Naprawdę?zapytała. 

Będę miał co robić w biurze, po powrocie do pracy — odparł, uśmiechając się łagodnie. — Poza tym teraz będę miał inne drogi przed sobą. 

Zapadła krótka cisza, którą przerwał Marko, unosząc kieliszek z winem. 

— To wznosimy toast za nowe początki rzekł. Ale pamiętaj, że zawsze możecie do nas przyjechać, kiedy będzie chcieli odpocząć i pobyć razem gdzieś poza domem dodał. 

Marko, u was czuję się jakbym był w drugim domu odparł Antek, co wywołało aplauz gospodarzy. 

Zasłużyliście na deser stwierdziła Jelena, po czym wstała i wyszła do kuchni. 

Wróciła z dużą miską. 

To jest baklava powiedziała. Składa się z wielu cienkich płatów ciasta filo, przełożonych warstwą orzechów pistacjowych i oblanych słodkim syropem. Mam nadzieję, że nie macie alergii? 

Liwia pokręciła przecząco głową, czując jak cieknie jej ślinka. Uwielbiała pistacje. 

— Mama uważa, że życie bez słodkiego nie ma sensu — rzucił Nikola. 

— I tu akurat ma rację dodał Marko. 

Wszyscy roześmiali się jednocześnie, a atmosfera stała się jeszcze lżejsza. Antek spojrzał na Liwię — jej oczy błyszczały, policzki lekko zaróżowione od wina i śmiechu. W tej chwili wiedział, że decyzja o zabraniu jej tutaj była najlepszą niespodzianką, jaką mógł wymyślić. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rozdział 46

Inez, Piotr i Jacek     Kilka dni później, w ciepłe letnie popołudnie , Inez z Piotrem i Jackiem wybrali się do budynku na Starym Mieście. ...