Liwia i Antek
Oboje wpatrywali się przez chwilę w siebie. W końcu Antek, jakby przypomniawszy sobie swoją niezbyt atrakcyjną postawę szybko przyjął pozycję stojącą. Liwia przestała głaskać kota i też się podniosła.
- Znacie się? - spytała mama Antka.
- Spotkaliśmy się w Rzymie - odparł mężczyzna.
- Dzień dobry, jestem Liwia Pach - przedstawiła się makijażystka. - Mama Agaty przekazała mi, że chciała pani skorzystać z moich usług w sobotę...
- Ty jesteś tą koleżanką Agaty, która robi jej makijaże? - przerwał Antek.
- Tak.
- Przyjaźnicie się.
- No, tak.
- Antek, to niegrzecznie wcinać się komuś w rozmowę - odezwała się pani Jaroszyńska, ale syn ją zignorował.
- Zatem, jak przypuszczam, musisz sporo wiedzieć na mój temat - stwierdził ciągnąc dalej wątek.
- Agata opowiadała mi o tobie - odrzekła Liwia. - Przypuszczam, że o mnie też musiała wspominać, kiedy byliście razem. Ale to nie jest teraz istotne. Przyszłam do twojej mamy, żeby zobaczyć, czy będę mogła jej pomóc.
- Zapraszam do środka - powiedziała kobieta i odwróciła się, żeby otworzyć drzwi.
Po chwili wszyscy, włącznie z kotem, weszli do domu. Jaroszyńska zaprosiła Liwkę do salonu. Obie stanęły przy dużym oknie wykorzystując ostatnie chwile dziennego światła, żeby obejrzeć cerę klientki. Faktycznie na twarzy kobiety było sporo przebarwień, które dobrze byłoby zakryć, żeby nie rzucały się w oczy przy eleganckiej, weselnej kreacji.
Antek w tym czasie zniknął w łazience. Musiał obejrzeć swoją szyję. Był pewny, że będzie miał niejedno zadrapanie. Głupia kocica, pomyślał ze złością. Jego mama, a właściwie macocha, lubiła koty a Pusia była jej ulubienicą. Kotka miała długą, białą sierść, zawsze zadbaną i piękne zielone oczy. I była humorzasta. Osobą, którą zawsze brała na celownik, żeby jej dokuczyć był Antek. Bywały momenty, kiedy całkiem zapominał o jej istnieniu a innym razem wyskoczyła na niego nie wiadomo skąd najczęściej raniąc go swoimi pazurami. Za to do Liwii potrafiła się łasić. Mimo, że nawet jej nie znała. Antek przemył szyję wodą z mydłem i poczuł ostre pieczenie. Wziął mniejsze lusterko, żeby sprawdzić w odbiciu stan swojej skóry i zobaczył dwie długie, czerwone pręgi. Na szczęście nie lała mu się krew. Dobrze, że w zimie można zasłonić się szalikiem, pomyślał.
Kiedy wyszedł z łazienki, usłyszał, że jego mama z Liwią idą w stronę drzwi. Najwyraźniej makijażystka już wychodziła.
- Postaram się zdążyć przed weselem jeszcze podejść do pani - usłyszał jej głos. - A kiedyś umówimy się, żebym pokazała jak się samodzielnie malować na co dzień.
- Naprawdę? Będę bardzo wdzięczna. W końcu będę się czuła bardziej, jak człowiek.
Pani Jaroszyńska roześmiała się.
- No tak, umiejętnie zrobiony makijaż dopasowany do potrzeb kobiety przynosi radość i poprawia samopoczucie - stwierdziła Liwia także się śmiejąc. - Uciekam, bo jeszcze dużo pracy przede mną.
W tym momencie Antek również postanowił się pożegnać i wyszedł do przedsionka. Od razu dopadła go mama.
- Pokaż tą szyję - powiedziała delikatnie odgarniając mu włosy z karku. - O kurczę, nieźle cię podrapała - stwierdziła. - Odkaziłeś to?
- Tak, mamo - odrzekł.
- Nie rozumiem, dlaczego Pusia tak ci dokucza. Przecież ona jest przyjazną kotką.
- Bardzo - potwierdził z ironią.
- Nic więcej ci się nie stało? - wtrąciła się Liwia. - Ten upadek wyglądał dość poważnie.
- Wydaje mi się, że nie.
- To dobrze. Zatem pewnie zobaczymy się na weselu.
- Pewnie tak. Do widzenia.
Liwia pożegnała się i wyszła. Wróciła na podwórko sąsiadów, wsiadła do samochodu i wyjechała z posesji. Jadąc do swojego studia rozmyślała o spotkaniu z Antkiem. Nie przypuszczała, że mężczyzna spotkany w Rzymie okaże się sąsiadem i byłym chłopakiem jej przyjaciółki. Po opowiadaniach Agaty wyobrażała go sobie zupełnie inaczej. Koleżanka chyba nawet nie wspominała nic o jego włoskich korzeniach. Uświadomiła sobie też, że Antek musiał być od niej młodszy o kilka lat. Nie, żeby ta wiedza była jej do czegoś potrzebna. Po prostu nasunął się jej taki wniosek. Trochę żal jej było, że kotka tak go podrapała. Jednocześnie spodobało się jej, że nie przeszkadzało mu, kiedy mama zaczęła go oglądać i się martwić o niego. Niektórzy mężczyźni, zwłaszcza w obliczu innych kobiet, raczej by się odsuwali bagatelizując problem. To, że on pozwalał komuś zatroszczyć się o niego pokazywało, że jest czuły i ma dobre relacje w rodzinie. A przecież pani Jaroszyńska nie była jego rodzoną matką. Chcąc nie chcąc Liwia musiała przyznać się sama przed sobą, że zaciekawił ją ten mężczyzna. Miała nadzieję, że będą mieli okazję spotkać się jeszcze raz na weselu Agaty.
Pożegnawszy Liwię, Antek udał się do kuchni. Miał ochotę na kawę. Poza tym był głodny. Już w progu poczuł zapach swojego ulubionego gulaszu meksykańskiego. Mama deptała mu po piętach.
- Kiedy będzie gotowy? - zapytał czując, że jego ślinianki zaczęły intensywniej pracować.
- Za chwilę.
- Powiedz, że ugotowałaś go specjalnie na mój przyjazd - poprosił odwracając się w stronę matki, żeby ją objąć i obdarować czarującym uśmiechem.
- Czy ja wiem? - zawahała się. - Twój ojciec bardzo go lubi.
- Mam to po nim.
Dorzucił jeszcze buziaka w policzek.
- Synu, co ty robisz z moją żoną? - dobiegł go głos z za pleców mamy.
- Dziękuję jej za gulasz, który ugotowała specjalnie na mój przyjazd - odparł Antek tacie.
- Skąd to wiesz? - droczył się z nim ojciec. - To ja prosiłem o niego, od tygodnia.
- I dopiero dzisiaj go przygotowała. Czyli dla mnie - stwierdził syn.
Dalsze dywagacje na temat gulaszu przerwało małe tornado, które wpadło do kuchni gwałtownie w postaci dwójki dzieci w wieku przedszkolnym.
- Wujek!! - wykrzyknęły i zaczęły swój maraton pytań. - Przyjechałeś? Gdzie masz okulary? Co nam przywiozłeś? Pobawisz się z nami? Poczytasz mi wieczorem bajkę? Pójdziemy do kina?
- Jestem głodny - oznajmił Antek dobitnie.
- Ale jak zjesz to się z nami pobawisz? - upewniła się żeńska część tornada patrząc na niego wzrokiem słynnego z pewnej bajki kota.
Dobrze wiedział, że to pozory. Pięcioletnia Klara potrafiła wszystkich owinąć sobie wokół palca. Jej starszy o rok brat, Kacper, niewiele miał przy niej do powiedzenia.
- Jak zjem, wypiję kawę i rozpakuję się - odparł.
Siostrzenica wdrapała się mu na kolana i spojrzała na niego uważnie.
- Deal - oznajmiła, po czym zeszła i razem z bratem zasiedli na swoich miejscach przy dużym kuchennym stole.
Antek wymienił rozbawione spojrzenia z rodzicami. Dzieciaki co rusz przynosiły jakieś nowe wyrażenia do domu. Nie zawsze były one przeznaczone do ich używania w związku z czym często kończyło się na rozmowie z mamą lub tatą. Klara i Kacper były dziećmi jego starszej siostry, Zofii i jej męża, Łukasza. Dziadkowie odbierali je od czasu do czasu z przedszkola i zabierali do siebie. Potem któreś z rodziców zabierało je do domu. Oprócz tej dwójki była jeszcze piętnastoletnia Klaudia, ale ona zazwyczaj zostawała w szkole na jakieś dodatkowe zajęcia. Wobec tego dzisiaj w obiedzie uczestniczyło pięć osób.
- Babciu, a z czego jest ten gulasz? - zapytał Kacper.
Antkowi, po dzisiejszych przygodach odpalił się czarny humor.
- Z kota - rzucił bezmyślnie.
Wszyscy spojrzeli na niego wystraszeni, kiedy w następnej chwili krzyknął z bólu, gdy poczuł pazury Pusi, które wbiły mu się z całej siły w nogę. Zajrzał pod stół i zobaczył wpatrzone w niego oskarżycielsko zielone ślepia, po czym urażona kotka wymaszerowała z kuchni z podniesionym ogonem.
Janka i Rafał
Janka jeszcze nie do końca doszła do siebie po spotkaniu z panem „ni momy”. Wracała na oddział wkurzona i... upokorzona. Jeszcze nikt nie potraktował jej w ten sposób. Nie chodziło o to, że się rządziła, ale naprawdę zawsze starała się każdemu pomóc, kiedy tego potrzebował dlatego raczej była kojarzona w szpitalu, także wśród personelu obsługi. Tym bardziej nie spodziewała się, że kiedy poprosi o pomoc w sprawie zepsutego kaloryfera to zostanie potraktowana przez jakiegoś zarośniętego gbura jak nachalny intruz. Przyjdzie kryska na matyska, pomyślała. Prędzej, czy później trafi na zastrzyk do niej to zobaczy, co znaczy zadzierać z Siostrą Szpilą.
- Udało ci się coś przyspieszyć? – zapytała Elka, koleżanka z oddziału, kiedy Janka wróciła do dyżurki.
Kobieta prychnęła w odpowiedzi.
- Nie. Trafiłam na jakiegoś brodatego matoła, który oznajmił, że najważniejszy jest grafik, w którym widniejemy na dziesiątej pozycji. A to, że pacjenci nam marzną nie jest w tym wypadku istotną kwestią.
Ela roześmiała się.
- Aha, trafiłaś na Rafałka - rzekła. – Dziewczyny już go obczaiły. Najprzystojniejszy i najbardziej gburowaty konserwator w naszym szpitalu. Wszystkie za nim biegają, żeby dowiedzieć się, czemu taki jest. Chodzą ploty, że rzuciła go dziewczyna i teraz on cierpi i mści się na innych – dodała.
- Też bym go rzuciła - mruknęła Janka. – Idę do pacjentów.
Przygotowała zastrzyki i opatrunki i wyszła na oddział, do sal. Jakiś czas później na korytarzu pojawił się pan Zbysio z nieodłączną torbą z narzędziami.
- Siostra pokaże, gdzie ten kaloryfer - rzekł uśmiechając się znacząco.
Janka odwzajemniła uśmiech i zaprowadziła konserwatora do odpowiedniego pomieszczenia.
Jakiś czas później Janka musiała podejść na inny oddział. Spieszyło się jej więc ku swojej radości wpadła do windy w ostatniej chwili. W środku zauważyła pana „ni momy”, który stał przy panelu sterowania, najwyraźniej niezadowolony z jej obecności. Janka zignorowała jego posępną minę i wcisnęła guzik z numerem piętra.
- Świetnie, jakby mi mało było problemów, to jeszcze ty - mruknął wciskając przycisk zamknięcia drzwi.
- Uczucia są wzajemne - odpowiedziała Janka zakładając ręce na piersi. — A teraz bądź grzeczny i mnie ignoruj.
Winda ruszyła. I po dwóch sekundach stanęła. Zapadła głucha cisza.
- Serio? - westchnął Rafał i zaczął nerwowo wciskać przycisk alarmu.
- Przestań, za chwilę ktoś się odezwie. Chyba że powiedzą: „ni momy czasu” – zakpiła Janka i oparła się o ścianę.
Rafał rzucił jej krótkie, zirytowane spojrzenie, ale po chwili jego twarz zmieniła wyraz. Zrobił się blady. Janka uniosła brew.
- O nie… - westchnął opierając się o ścianę. - To się dzieje naprawdę…
- Co, zaczynasz proces myślenia? To faktycznie może być dla ciebie nowe doświadczenie.
- Ja… - głos mu się załamał.
Janka zauważyła, jak jego oddech przyspiesza, a ręce zaczynają się trząść.
- Nie mów mi, że się boisz… - zaczęła, ale urwała, widząc, że Rafał naprawdę wygląda na spanikowanego.
- Mam klaustrofobię, do cholery! - wyrzucił z siebie, a jego oddech stał się jeszcze bardziej płytki.
Janka przewróciła oczami.
- No tak, wielki macho, a boi się windy. - Machnęła ręką. - Weź się w garść, to tylko kilka metrów kwadratowych zamkniętej, metalowej przestrzeni bez wyjścia.
- Jesteś pielęgniarką - wytknął jej Rafał. - Tak traktujesz ludzi w potrzebie?
- Tak traktuję ciebie - odparowała Janka.
Wiedziała, że w tym wypadku najlepiej będzie odwrócić uwagę Rafała od sytuacji, w której się znalazł. Mogła to zrobić pod pretekstem irytowania go jeszcze bardziej, co w sumie nie było takie trudne. Spojrzała na niego, zastanawiając się, co najgorszego mogłaby w tej chwili zrobić.
- Mogę ci coś zaśpiewać - zaproponowała.
- Już lepiej mnie zostaw tutaj nieprzytomnego.
- Całkiem nieźle śpiewam - rzekła Janka udając zawiedzioną. - Okej, to porozmawiajmy o twojej traumie z dzieciństwa.
- Serio?!
- Dobra, to może coś prostszego… w co wierzysz bardziej: że szpital kiedykolwiek da mi podwyżkę, czy że kiedyś znowu wyjdziemy stąd żywi?
- Jeśli masz mnie rozbawić, to nie idzie ci najlepiej.
- To może opowiem ci o tym, jak ostatnio jeden pacjent uciekł ze szpitala w fartuchu, bo myślał, że zrobimy mu sekcję zwłok?
Rafał spojrzał na nią szeroki oczyma, oddychając wolniej.
- Naprawdę? - zapytał.
- Nie, ale zabrzmiało intrygująco.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
- Wiesz co? Jesteś kompletnie niemożliwa.
- Ale już się tak nie trzęsiesz.
- Bo teraz boję się bardziej twojego poczucia humoru niż windy.
W tym momencie ruszyli. Rafał odetchnął głęboko, a Janka uśmiechnęła się triumfalnie.
- Widzisz? Przeżyłeś.
- Tak, ale tylko dlatego, że winda zaczęła działać z powrotem.
- A może to moja kojąca obecność?
- O tak, bo twoje sarkazmy działają jak balsam na nerwy.
Drzwi się otworzyły. Rafał wyszedł pierwszy, ale zatrzymał się i spojrzał na Jankę.
- Dzięki, naprawdę.
Janka wzruszyła ramionami.
- Cóż, nie mogłam pozwolić, żebyś tu umarł. Ktoś musi dalej pilnować grafiku napraw. Swoją drogą, nie wiedziałam, że umiesz mówić w drugiej osobie liczby pojedynczej.
- Zdarza mi się, w chwilach słabości.
Rafał uśmiechnął się lekko i ruszył przed siebie. Janka patrzyła za nim przez chwilę, zanim zorientowała się, że właśnie zrobiło jej się odrobinę cieplej na sercu.
Inez i Jacek
Kiedy zakończyli pracę jakiś czas później, Inez zaczęła przeglądać ogłoszenia lokalne. Pierwsze, co rzuciło się jej w oczy to było ważne wydarzenie regionalne pod nazwą Dobre jedzonko w okolicy. Od kilku lat już Inez wystawiała tam swoje stoisko z kanapkami i przekąskami. Jacek pomagał jej w zeszłym roku więc w tym powinno im pójść jeszcze sprawniej. Była to dobra okazja do promocji. Udawało im się potem otrzymać zlecenia na catering firmowy lub na jakieś wydarzenia medialne.
- W przyszłym miesiącu jest Dobre jedzonko – oznajmiła głośno. – Musimy zrobić stoisko i przygotować coś pysznego. Najlepiej jakąś nowość. Nie mam pomysłu na razie więc będziemy wspólnie coś wymyślać.
- Dobrze, szefowo – zgodzili się jej pracownicy jednym głosem.
- Świetnie, zatem zostaje nam posprzątać i iść do domu. Jutro kolejny pracowity dzień przed nami.
Wieczorem, kiedy Inez siedziała już w swoim mieszkaniu na swoim ulubionym fotelu z filiżanką ulubionej herbaty usłyszała dźwięk przychodzącego smsa. Zerknęła na smartfon i zamarła. W pierwszej chwili nie chciała odebrać tej wiadomości, bo miała wrażenie, że kiedy ją odczyta to już nie będzie odwrotu i będzie musiała kontynuować rozmowę. Z drugiej była ciekawa, co ta rozmowa może przynieść. Czy czekał ją powrót do przeszłości?
W końcu odebrała wiadomość: Cześć, ciekawe czy Twój numer nadal jest aktualny. Za kilka dni będę w Polsce. Możemy się spotkać? U mnie sporo się pozmieniało. Daj znać, co o tym myślisz. Pozdrawiam. Piotr.
Inez wpatrywała się w telefon przez chwilę bez słowa. Piotr... Ten, wokół którego kiedyś kręcił się jej świat. Dopóki jej nie zostawił. Pozmieniało się u niego. Czy była ciekawa tych zmian? Czy była ciekawa jego samego? Czy chciała go zobaczyć po tylu latach i rozgrzebywać przeszłość? Czy warto było to zrobić? Jeśli się z nim spotka to on zobaczy, że pomimo upływu tylu lat, ona nikogo nie ma. Będzie się musiała przyznać do tego, że jego osoba miała na nią tak duży wpływ, że nie pozwoliło jej to związać się z nikim innym. Będzie wyglądać żałośnie. Z drugiej strony, co jemu do tego? Poza tym, skoro po tylu latach napisał do niej i chce się z nią spotkać, to znaczy, że on też nie wyrzucił jej z pamięci. Zatem mogą spotkać się na luzie, jak dwoje dawnych znajomych. Czy nadal jest tak przystojny, jak kiedyś? Na pewno zsiwiał i przytył, ale kiedyś był atrakcyjnym facetem o niebieskich oczach i ciemnoblond włosach. Z kolei ona nie nosiła wtedy dredów. Miała krótkie włosy stawiane na sztywno na żelu. Może dlatego, kiedy w życiu Piotra pojawiła się ruda piękność z puklami loków to od razu się nią zauroczył i niedługo potem ożenił w ogóle nie myśląc już o powrocie do kraju. Co takiego zatem się wydarzyło, że nie dość, że zamierzał przyjechać do Polski to jeszcze przypomniał sobie o jej istnieniu? Do licha, istniał tylko jeden sposób, żeby się tego dowiedzieć. Po kilku podejściach Inez wysłała mu wiadomość: Cześć, mój numer nie zmienił się. Możemy się spotkać. Pozdrawiam. Odpowiedź nadeszła natychmiast: Zadzwonię, jak przyjadę. Do zobaczenia. Zatem, stało się. Pozostało jej czekać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz