Janka
Janka, jej imię nie miało nic wspólnego z Janiną, była kobietą przed pięćdziesiątką (bliżej niż dalej, ale jeszcze trochę). Miała nieco puszystą sylwetkę, strzechę krótkich rudych, sterczących włosów i duże piwne oczy. Wzrostem nie grzeszyła, ale jej zacne ciało długości metr sześćdziesiąt nigdy nie przeszło nie zauważone. Pracowała na oddziale ortopedycznym w miejskim szpitalu od jakichś piętnastu lat. Pacjenci ją uwielbiali. Z wzajemnością było różnie. Najbardziej lubiła pracować z dziećmi takimi do lat piętnastu i takimi powyżej lat siedemdziesięciu. Jako pielęgniarkę rajcowało ją kłucie ludzi. Nie robiła tego złośliwie, ale uwielbiała pobierać krew, robić zastrzyki, wbijać wenflony. Co więcej była w tym tak dobra, że pacjenci, którzy ją znali sami prosili, żeby to siostra Janka się nimi zajmowała. Jeśli dziecko bało się igły to wiadomo było, że ona sobie da radę z jego lękiem. Na całym oddziale i poza nim była znana jako Siostra Szpila. Szpilę, tę przysłowiową Janka też umiała wbijać. I wszystko wskazywało na to, że za chwilę miała wbić kolejną prosto w jednego z konserwatorów, który od kilku godzin miał przyjść na oddział, żeby odpowietrzyć kaloryfer. Na sali było zimno i pacjentom trzeba było dać dodatkowe koce. Zatem Janka musiała wkroczyć do akcji i pogonić panów. Weszła do windy i zjechała na poziom, gdzie znajdował się ich służbowy kantorek. Znalazła odpowiednie drzwi i zapukała. Otworzył jej mężczyzna, na widok którego cała przemowa, którą sobie przygotowała gdzieś uleciała. Niecodzienna sytuacja, kiedy Siostra Szpila traci rezon. Nie wiedziała, że w ich szpitalu jest taki konserwator. Jego ciemne, prawie czarne oczy zdawały się przenikać ją na wylot, gęste czarne włosy i broda zasłaniały pół twarzy, ale i tak widać było, że jest przystojny. Janka dawno nie doświadczyła tego, że jej nogi jakby się uginają pod nią. Wyciągnęła rękę i na wszelki wypadek oparła się nią o ścianę.
- Czego szuka? - wydobył się głos zza zarostu z lekkim, jakby wschodnim zaśpiewem.
Zamrugała, bo jej odczucie słuchowe nie zeszło się w parze z doznaniem wzrokowym.
- Słucham? - zapytała.
- Czego słucha? - padło spod brody.
Janka nadal nie była pewna które z ich dwójki nadaje na właściwych falach w tym momencie.
- Ja pytam, czego szuka - wyjaśnił mężczyzna.
„Twojego IQ”, odpowiedziała w myślach pielęgniarka.
- Szuka konserwatora, który w końcu odpowietrzy grzejnik w sali na oddziale ortopedycznym - odparła.
- Dzwonione było?
- Nie raz.
- To czeka.
Mężczyzna chciał zamknąć drzwi, ale Janka już odzyskała formę i zaczęła walczyć o swoje. Zablokowała drzwi nogą.
- Czekam trzeci dzień, a pacjenci marzną - rzekła przechodząc na poprawny język polski. - To chyba nie zajmuje tak dużo czasu, żeby podejść i naprawić ten kaloryfer? Jak pacjenci mają zdrowieć, kiedy w ich sali jest zimno? Nie mamy ich dokąd przenieść.
Konserwator zmierzył ją wzrokiem, cofnął się w głąb kantorka i przyniósł jakąś rozpiskę. Podstawił jej pod oczy stukając palcem w pozycję gdzieś na dole strony.
- Jest zakolejkowane - oświadczył. - Przed wami jeszcze dziesięć zgłoszeń. Zrobimy - dojdziemy.
Janka wyrwała mu te zapiski i rzuciła na nie okiem.
- Żartuje pan?! - żachnęła się. - Powiesić tablicę w korytarzu, wymienić żarówkę w toalecie na kardiologii, przykręcić śruby w krzesłach w lekarskim na wewnętrznym - wymieniła. - To jest robota dla jednej osoby na góra dwie godziny. A was jest tu więcej. To jeden może przyjść odpowietrzyć kaloryfer - stwierdziła. - Czasu nie macie?!
- Ni momy - odparł brodacz. - Jak przyniesie pismo od dyrektora, że jest naszym szefem to będzie mogła rządzić - dodał. - Tymczasem czeka… cierpliwie.
- Za trzy godziny chcę widzieć kogoś, kto naprawia ten grzejnik - rzekła Janka stanowczo. - Albo będziecie mieli inne pismo od dyrektora.
Mężczyzna spojrzał na nią, zabrał rozpiskę z jej rąk i poczekał aż zabierze nogę po czym trzasnął jej drzwiami przed nosem aż się wzdrygnęła.
Idiota, pomyślała. „Ni momy”? Co to w ogóle za gadka? Niech spróbują nie przysłać kogoś. Poczują, co znaczy zadzierać z Siostrą Szpilą.
Rafał
Rafał z satysfakcją zatrzasnął drzwi przed nosem pielęgniarki. Będzie tu łazić jakaś ruda menda i zakłócać im spokój oraz mówić, co mają robić i kiedy. „Bo pacjenci marzną na oddziale” przedrzeźnił ją w myślach. Jej się wydaje, że w całym szpitalu nie ma roboty poza ortopedią. Wszędzie czegoś chcą i każdy na już. Chłopaki dopiero od kilku minut mieli przerwę, żeby zjeść drugie śniadanie i wypić coś ciepłego. Trzymali się grafiku, bo tak było najwygodniej. Nikt potem nie zarzucał im, że jednym robią szybciej, innym wolniej. Szli według kolejności zgłoszeń. Oczywiście, jeśli wydarzyłaby się jakaś grubsza awaria to zajęliby się nią najpierw, ale dopóki były to małe naprawy, zamierzali trzymać się ustaleń.
- Komuś tak charatnął tymi drzwiami przed nosem? - zapytał Jędrzej, jego starszy kolega.
Oprócz niego przy stoliku siedział jeszcze pan Zbysio, którego tak tytułowali z szacunku dla wieku.
- Przyszła jakaś ruda jędza z pretensjami, że nie chcemy im na oddziale kaloryfera odpowietrzyć. Pokazałem jej grafik, powiedziałem, żeby czekali na swoją kolej. A, że pyskata była to jej grzmotnąłem drzwiami - wyjaśnił Rafał.
- A ta ruda to z którego oddziału była? - zapytał pan Zbysio.
Rafał zerknął do grafiku.
- Z ortopedii - mruknął.
- A to pewnie Siostra Szpila. Ja tam pójdę. Ona dobra pielęgniarka. Jak mnie kiedyś strzykło to mnie poratowała zastrzykiem. Załatwiła z doktorem. A nic nie bolało.
- Panie Zbysiu, - jęknął Rafał. - Potem znowu będą gadać, że jednych wyróżniamy, a innych olewamy.
- Rafałku, tak to bywa czasami, że trzeba komuś pomóc poza kolejnością. Poza tym jak marzną ludzie to jest to bardziej pilne niż żarówka albo śruba. Ja się tym zajmę, a wy resztą.
Powiedziawszy to pan Zbysio siorbnął kawę z kubka i odgryzł spory kęs kanapki z wiejską kiełbasą. Zapewne jeszcze pozostałą po świętach Bożego Narodzenia, ale nadal o nęcącym zapachu. Rafał spojrzał na swoją drożdżówkę z marmoladą i skrzywił się. Nie zdążył niczego sobie przygotować, a w sklepiku mieli tylko takie wypieki. Musiał się zadowolić tym, co było. Za to kawa była dobra. Idealna na przywrócenie spokoju po rozmowie z tą rudą jędzą od kaloryfera. Upił łyka i przymknął oczy rozkoszując się smakiem. Przypomniał sobie, jak ta pielęgniarka zareagowała na jego widok i uśmiechnął się pod nosem. Przyjdzie następnym razem to już trzymanie się ściany jej nie pomoże.
Inez
Inez zarzuciła przepaskę na włosy, umyła ręce i zabrała się za wyciąganie z pieca kolejnej partii bułeczek. Tym razem były z mąki orkiszowej. Za chwilę wspólnie ze swoim pracownikiem, Jackiem, będą je przepoławiać i wkładać do środka różne składniki, żeby stworzyć z nich kanapki. Ciekawe, ile bułek dzisiaj sprzedadzą. W lokalu pewnie niewiele, ale na popołudnie dwie firmy zamówiły catering więc czeka ich jeszcze dużo pracy. Na zapleczu pracował jeszcze piekarz, który przygotowywał chleby. Inez piekła małe partie bułek, a Jacek pomagał w robieniu kanapek i w obsłudze klientów. I ostatnio działał jej na nerwy. W sumie nawet do końca nie wiedziała, dlaczego. Pracowali razem od roku. Kiedy go zobaczyła pierwszy raz, nie spodziewała się, że przyszedł w odpowiedzi na ogłoszenie w sprawie pracy jako sprzedawca. Facet w wieku zbliżonym do jej wieku, z sylwetką boksera wagi ciężkiej bardziej pasowałby na jakiegoś ochroniarza. Włosy miał zgolone prawie na zero i nosił okulary, które zdawały się jakby trzymać w ryzach jego nieco rozbiegany wzrok. Może po prostu miał szeroko rozstawione oczy. Tymczasem jego radosna, jak się później okazało czasami aż nadto, osobowość sprawiła, że dała mu szansę, a on z kolei przyciągnął jej stałych klientów głównie płci żeńskiej i co ciekawe także w wieku dojrzałym. I w sumie wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że Jacek zaczął traktować ją nieco zbyt po koleżeńsku. Zwracał się do niej per „szefowo”, ale miała wrażenie, że robi to jakby z przymrużeniem oka. Tymczasem Inez chciała, żeby ich relacja była wyłącznie służbowa. Jeśli jego zachowanie nadal będzie jej przeszkadzać to będzie musiała z nim porozmawiać. W ostateczności zwolnić go.
Bułeczki pachniały cudownie, kiedy kładła je przed sobą na blacie. Teraz musiała pozwolić im ostygnąć. Do sklepu weszła jedna ze stałych klientek i Inez ze swojego miejsca na zapleczu widziała Jacka, który podszedł, aby ją obsłużyć. Musiał zagadać miło, bo kobieta roześmiała się. Co one wszystkie w nim widzą, zastanawiała się. W końcu wyszła do chłodni, żeby przynieść składniki do przygotowania kanapek.
Całe sedno leżało w tym, że Inez bała się otworzyć na jakąś głębszą relację damsko-męską. Kiedyś miała przyjaciela, z którym łączyła ją niezwykła nić porozumienia. Często się spotykali, rozmawiali ze sobą praktycznie o wszystkim i stopniowo zaczęła się w nim zakochiwać. Wydawało się jej, że on w niej też skoro był jej ciekawy, a jego gesty i spojrzenia były pełne czułości. Pół roku później oznajmił, że wyjeżdża z kraju, bo dostał świetną propozycję pracy za granicą. Po kilku kolejnych miesiącach napisał, że zakochał się i ich kontakt w końcu się urwał. Zawiedziona Inez odchorowywała to przez jakiś czas, aż w końcu stwierdziła, że pora wziąć się w garść i zacząć żyć pełnią życia. I chociaż przez jej życie później przewinęło się kilku mężczyzn to jakoś żaden już nie wpisywał się w jej „standardy”. W końcu doszła do wniosku, że facet nie jest jej potrzebny do szczęścia w życiu osobistym, a w pracy wystarczy, że wypełnia swoje obowiązki.
Jacek
- Pyszne kanapeczki dla pięknej dzieweczki - rzucił Jacek z uśmiechem do swojej stałej klientki, która lubiła zaglądać do lokalu dwa razy w tygodniu, żeby kupić swoje ulubione bułki z serem i łososiem wędzonym.
- Pan nie kokietuje tylko dobrą cenę daruje - odpowiedziała klientka z lekką przekorą w głosie.
- Zawsze jest dobra, bo nasi stali klienci mają rabat. A jak niższe ceny dostają to potem do nas wracają - rzekł Jacek pakując kanapki do papierowej torebki, którą podał kobiecie. - Kawkę na wynos? - zapytał wiedząc, że zawsze o tej godzinie spieszy się do pracy.
- Czarną.
- Już się robi.
Jacek zabrał się do parzenia napoju.
Nagle przeszedł go po plecach dziwny dreszcz. Przypuszczał, że jest obserwowany przez szefową. Miał wrażenie, że ostatnio często go obserwowała i analizowała jego zachowanie. A im dłużej to robiła tym bardziej wydawała się zirytowana. W ogóle była nerwowa. Próbował ją rozbrajać trochę swoim poczuciem humoru, ale chyba nie do końca nadawali na tych samych falach. Kiedy był miły, ona zdawała się to odbierać jako zaloty z jego strony i z miejsca przybierała zamkniętą postawę. W ogóle chyba lubiła, kiedy wszystko szło po jej myśli. Pół roku temu poleciała z koleżanką do Rzymu. W samym środku lata. Opowiadała, że złapała udar słoneczny i została zabrana z bazyliki do mieszkania obcego mężczyzny, którego koleżanka spotkała w kościele. Według niej nie było to zbyt odpowiedzialne postępowanie. Jacek odważnie zapytał ją wtedy, dlaczego dostała udaru. Przeszyła go wzrokiem, odwróciła się na pięcie i wyszła na zaplecze. Nie znał się aż tak na kobiecych tematach, ale przypuszczał, że jej nastroje miały związek z wiekiem i tym, co kobiety przechodziły mniej więcej w tym okresie życia.
- Przetrwasz, Jacek - mruknął do siebie.
- Proszę? - zapytała klientka.
- A, przepraszam, rozmawiałem z ekspresem. Lepiej współpracuje, gdy do niego mówię - odparł śmiejąc się.
Postawił przed kobietą kawę, zainkasował płatność i pożegnał ją z uśmiechem. Nadeszła pora na wspólne robienie kanapek z szefową.
Antek
Jadąc samochodem do domu, Antek łapał się na tym, że ciągle jeszcze chce poprawiać okulary. Nie nosił ich od dwóch tygodni. W końcu miał wykonaną laserową korekcję wzroku. W związku z tym pracując jako zawodowy kierowca w firmie zajmującej się przewozem autokarowym, wziął kilka dni zwolnienia, a następnie postanowił wykorzystać kilkanaście dni zaległego urlopu. Szef, którego był zastępcą poszedł mu w tym względzie na rękę. Antek zamierzał wykorzystać ten czas i odwiedzić rodziców. Ojciec ożenił się ponownie kilka lat po śmierci mamy Antka i on z siostrą uważali jego żonę za swoją drugą matkę. Wraz z nimi mieszkała jego druga, młodsza siostra, która urodziła się po ślubie.
Oprócz wypoczynku, Antek miał w planach udział w pewnym wydarzeniu. Kilka miesięcy wcześniej zaraz po powrocie z Rzymu dostał zaproszenie na ślub. Za mąż wychodziła jego była dziewczyna. Jej wybrankiem był jego najlepszy przyjaciel. Cały zwrot akcji nastąpił jakieś trzy lata temu. Karol zarzekał się, że nie zrobił nic szczególnego, a już na pewno nie chciał odbić kumplowi jego ukochanej. Ale Antek jakoś nie był przekonany do jego wersji wydarzeń. Jeśli nawet Agata zakochała się w międzyczasie w innym facecie to powinna była podzielić się swoimi wątpliwościami w pierwszej kolejności z nim, a nie czekać z tym do dnia, w którym planował się jej oświadczyć.
Minęły dwa lata zanim Antek był w stanie rozmawiać z nimi normalnie. Najbardziej bolało go nie tyle to, że stracił miłość, ile fakt, że za jednym rzutem stracił też przyjaciela, który w takiej chwili powinien być przy nim, pozwolić mu odreagować całą sytuację na swój sposób przy alkoholu, a potem odholować do domu. Jego miejsce zajął szef. Dał mu czas, żeby doszedł do siebie, a następnie wysłał z biurem podróży na objazdówkę po Europie z grupą seniorów. Te dwa tygodnie sprawiły, że jego nastrój przeszedł chyba przez wszystkie etapy uczuć i emocji. On i drugi kierowca byli dokarmiani, besztani, głaskani, podrywani, kokietowani, rozśmieszani. Byli z Markiem w podobnym wieku i mieli podobne poczucie humoru więc przetrwali wspierając się nawzajem w momencie, kiedy mieli podwyższone ciśnienie i śmiejąc się z różnych zabawnych sytuacji. Ten wyjazd go zmęczył, ale było mu to potrzebne. Teraz, po trzech latach był już spokojny i gotowy do tego, żeby życzyć swoim dawnym przyjaciołom szczęścia na nowej drodze życia. Z tym nastawieniem wjechał samochodem na podwórko przed domem i zaparkował na podjeździe. Wysiadł, zamknął pojazd i ruszył do drzwi. Dalszy ciąg wydarzeń rozegrał się poza jego świadomością. Zrobił kilka kroków, kiedy poczuł, że potyka się o coś miękkiego, co wydało pisk. W następnej chwili leżał jak długi na chodniku ledwie unikając zderzenia szczęki z twardym podłożem. Podniósł wzrok i napotkał wściekłe spojrzenie zielonych oczu. Zdążył z powrotem schylić szybko głowę, kiedy poczuł jak w odsłonięty kark (nie zakładał szalika do samochodu) wbijają mu się ostre pazury. Aż jęknął. Nienawidził, kiedy to wredne kocisko pętało się w pobliżu. Będzie miał piękne blizny na weselu. Tylko jedna osoba mogła sobie z nim poradzić.
- Mamo! - zawołał z całej mocy.
Liwia
Ten dzień Liwia miała poświęcony na zrobienie próbnego makijażu ślubnego swojej przyjaciółce, Agacie. W związku z tym, że pakiet obejmował również makijaż mamy pani młodej oraz jej świadkowej, Liwia przyjechała do rodzinnego domu przyjaciółki, żeby wszystko przećwiczyć i zorientować się, ile czasu będą potrzebować w dniu wydarzenia. Oprócz tego miała być gościem na weselu więc wiedziała, że będzie potrzebować też chwili dla siebie. Ślub zaplanowany był na godzinę piętnastą w najbliższą sobotę.
Agata była kilka lat młodsza. Kobiety poznały się w czasach, kiedy Liwia zaczynała swoją przygodę w tej dziedzinie i szukała modelki na mistrzostwa makijażu. Media społecznościowe jeszcze wtedy nie działały, ale któraś koleżanka znała Agatę i zaproponowała jej osobę. Po rozmowie dziewczyna zgodziła się i od tamtej pory Liwia często wykorzystywała ją jako modelkę. Z czasem się zaprzyjaźniły. Liwka wiedziała o tym, że koleżanka wychodzi za mąż za najlepszego przyjaciela swojego byłego chłopaka i że bardzo przeżywała to, kiedy musiała się z nim rozstać. Jednocześnie też rozumiała jej decyzję. Agata wspomniała jej także, że Antoni przyjął zaproszenie na wesele więc chyba już pogodził się definitywnie z całą sytuacją.
Teraz Liwia pakowała kufer z kosmetykami i za chwilę miała wracać do swojego studia. Miała umówione jeszcze dwie klientki na popołudniu.
- Liwia, a nie dałabyś rady zrobić makijażu jeszcze jednej osobie? - zapytała ją mama Agaty.
- Też na wesele? - spytała kobieta.
- Tak. W domu obok mieszka moja serdeczna koleżanka. Ona prawie się nie maluje. Ma problemy z przebarwieniami i prosiła mnie, żebym zapytała ciebie, czy byś jej chociaż nie doradziła, jak to przykryć.
Liwia zawahała się. Z tamtą kobietą będzie miała do wykonania cztery makijaże. Byłoby to realne, gdyby ona sama przygotowała się jako pierwsza. Ale nie chciało się jej zrywać aż tak wcześnie.
- Niczego jej nie obiecywałam, ale powiedziałam, że jak skończysz tutaj to zajrzysz do niej i wtedy powiesz, jaką decyzję podjęłaś - dodała mama koleżanki.
No tak, trudniej odmówić komuś patrząc mu w oczy, pomyślała Liwia.
- Dobrze, podejdę tam - powiedziała.
Kobieta wskazała jej drogę. Makijażystka zabrała swoje rzeczy, zapakowała je do samochodu, zamknęła pojazd i ruszyła ścieżką przez podwórko do domu sąsiadów. Kiedy szła w stronę drzwi wejściowych jej oczom ukazała się niecodzienna scena. Młody mężczyzna, który właśnie wysiadł z samochodu i ruszył do domu, potknął się o puchatego, białego kota i runął jak długi na chodnik. Zwierzę jakby tylko czekało na to i natychmiast wskoczyło mu na kark z prychaniem kompletnie blokując mężczyźnie jakiegokolwiek ruchy. Po chwili rozległ się krzyk: mamo!
W tym momencie Liwia ocknęła się i ruszyła na pomoc. Jednocześnie z domu wybiegła kobieta, prawdopodobnie matka, która widząc, co się dzieje zatrzymała się, po czym spokojnie podeszła do syna. Jednocześnie znalazła się przy nich Liwia. Zwierzę spojrzało nią, zeskoczyło z karku mężczyzny i zaczęło łasić się do jej nóg. Liwka kucnęła, żeby pogłaskać kota.
- Nie wierzę! - usłyszała nagle męski głos, który wydał się jej znajomy i podniosła wzrok.
Napotkała znane jej już spojrzenie brązowych oczu. Tym razem nie przysłaniały ich żadne szkła i widziała w nich szok. Ze zdziwienia aż otworzyła usta.
- Antek?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz