Liwia i Antek
Drugim istotnym zajęciem Liwii był wolontariat w szpitalu na oddziale onkologicznym, o którym wiedziało niewiele osób z jej otoczenia. Chciała kiedyś opowiedzieć o tym Antkowi, ale okazja minęła bezpowrotnie. Zresztą teraz, kiedy i tak nic nie wyszło z ich relacji, to już nie miało znaczenia.
Liwia skończyła studia z psychologii. Nie była terapeutą, ale przychodziła, żeby porozmawiać z ludźmi albo pomóc im w rutynie dnia, jeśli akurat nie było przy nich kogoś bliskiego. Przez kilkanaście lat poznała sporo osób. Niektórzy pacjenci byli na oddziale dość krótko i wyleczeni wracali do domu, niektórzy pojawiali się z powrotem i zaczynali walkę od nowa. Inni po prostu odchodzili.
Jedną z najlepszych lekarek, która tu pracowała była Kinga. Była nie tylko onkologiem i chirurgiem. Zawsze starała się znaleźć jak najlepsze rozwiązanie dla pacjenta. Ona i Liwia były w podobnym wieku. Spotkały się pierwszy raz kilka lat temu. Obie wtedy potrzebowały pogadać po stracie pacjenta.
Liwia z reguły przychodziła dwa razy w miesiącu przez kilka dni pod rząd. Potem robiła sobie przerwę, żeby zająć głowę czym innym. Pobyt w tym miejscu sprawiał, że życie nabierało innego sensu. Dzięki temu nie przejmowała się na co dzień tak wieloma błahostkami. Dużym wsparciem dla niej były też rozmowy z księdzem Janem, który posługiwał od niedawna jako kapelan w szpitalu. Wiele razy wspólnie szukali sensu cierpienia tam, gdzie po ludzku wydawało się, że go nie ma.
Dzisiaj Liwia była na oddziale. Planowała zajrzeć do kilku pacjentów, w tym do starszego pana, który leżał samotnie rzadko odwiedzany przez rodzinę, ale mimo to zachował pogodę ducha. Rozmowy z nim były zawsze ciekawe i pełne różnych opowiastek z jego życia. Liwia weszła do jego sali. Łóżko, które mijała, chwilowo było puste, obok leżały tylko rzeczy na stoliku. Jej pacjent spoczywał na środkowym pomiędzy rozłożonymi parawanami, które oddzielały go od innych osób.
- Dzień dobry, panie Stefanie – przywitała się ciepło. – Jak dzisiejsze samopoczucie? – spytała.
Chwilę rozmawiali, potem Liwia pomogła mu przy posiłku. Jakiś czas później, kiedy pan Stefan nieco zmęczony zapadł w drzemkę, Liwia usłyszała ruch za parawanem. Męski głos, który się odezwał wydał się jej znajomy. Ta barwa, ten ton. Serce zabiło jej mocniej. Antek? Liwka, uspokój się, powiedziała sobie. Niejeden mężczyzna może mieć taki głos. Po chwili znowu coś powiedział. I znowu miała nieodparte wrażenie, że słyszy Antka. Może był z kimś? Czy wobec tego ktoś z jego rodziny był chory? W zasadzie nie miała prawa niczego się dowiedzieć, bo zerwał z nią kontakt a to oznaczało, że nie chciał wtajemniczać jej w prywatne sprawy. Mimo to Liwia podjęła decyzję: zaryzykuje. Jeśli to nie Antek to przeprosi pacjenta, powie, że pomyliła łóżka, a jeśli to on to… dostosuje się do jego reakcji.
Wstała i podeszła do oddzielającego ją od tamtego mężczyzny parawanu. Nie był do końca zasunięty więc kiedy stanęła w tej luce mogła zobaczyć to, co chciała. Albo raczej to, czego nie chciała widzieć, bo widok wstrząsnął nią bardziej niż była gotowa przyznać.
To jednak był on. Spoczywał na łóżku w pozycji półleżącej z przymkniętymi oczami. Wyglądał, jakby po prostu drzemał tyle, że spod piżamy na wysokości klatki piersiowej wystawało kilka kabli i rurka, która wiodła do kroplówki zawieszonej na stojaku obok łóżka. Jego twarz była blada, a pod oczami rysowały się cienie. Na ręce miał założony mankiet ciśnieniomierza. Liwia mając już doświadczenie nabyte przez kontakt z innymi pacjentami, wiedziała, że jeśli jest monitorowany to na pewno rodzaj chemii jest agresywny. A może to nie była chemia? Może… Liwia przeniosła wzrok z powrotem na jego twarz i wzdrygnęła się, bo teraz wpatrywało się w nią dwoje oczu. Po raz pierwszy straciła przy nim całą pewność siebie. Chciała uciec stąd, ale nie mogła się ruszyć. Czekała.
Dla Antka czas stanął w miejscu w chwili, gdy usłyszał diagnozę. Siedział w gabinecie, patrząc na Kingę, która mówiła coś o wynikach, o planie leczenia, o mutacji, która pozwala na terapię celowaną. Te słowa odbijały się od niego jak krople deszczu od szyby. Rak. Guz. Chemioterapia. Wszystko to brzmiało jak zdania wyrwane z czyjegoś życia, nie z jego własnego. Kiedy wyszedł ze szpitala, świat wydawał mu się nagle inny. Bardziej obcy. Przechodnie spieszyli się na autobus, ktoś śmiał się rozmawiając z kimś przez telefon, matka poprawiała czapkę dziecku – a on czuł, jakby został nagle odłączony od tego wszystkiego.
Chciał napisać do Liwii. Kilka razy miał telefon w ręce, przewijał ich rozmowy, zatrzymywał się na zdjęciach z sesji. Pamiętał ich kolację zakończoną spacerem, podczas którego trzymał ją za rękę. Byli wtedy pełni nadziei. Ale za każdym razem, gdy zaczynał pisać wiadomość, palce zawisały nad ekranem.
Nie miał odwagi.
Nie wiedział, co powiedzieć. Czuł, że nie może jej tego narzucić. Że nie ma prawa oczekiwać od niej czegokolwiek. Jego przyszłość stała się mglista, niepewna, pełna niewiadomych. A Liwia… Liwia miała swoje życie, swoje plany. Nie mógł jej w to wciągać. Mimo to, nie powstrzymał się od wyobrażenia sobie, jakby to było, gdyby jakimś cudem znalazła go tutaj i chciała przy nim zostać. Ale to było tylko marzenie. Nikt nie miał prawa niczego jej zdradzić. Dzisiaj rozpoczynał terapię, miał dwie dawki. Rano i po południu. W połowie dnia jego organizm zaczął reagować, ale jeszcze było znośnie. Trochę czuł się zmęczony, trochę go mdliło. Teraz nudności zaczęły bardziej mu dokuczać więc zamknął oczy, żeby ograniczyć wszystkie bodźce z zewnątrz. Jakiś inny zmysł podpowiedział mu, że chyba ktoś go obserwuje. Podniósł powieki i zamarł. Właśnie spełniał się jego najgorszy sen, a zarazem najsłodsze marzenie. Naprawdę stała przed nim. Żywa istota, a nie senna mara. Przez chwilę wpatrywali się w siebie.
— Liwia — powiedział cicho, a potem uśmiechnął się lekko.
Jej obecność była kolejnym dowodem na to, że w życiu nie ma przypadków. Ale co ona robiła na tym oddziale? Zaniepokoił się. Ale zaraz zobaczył, że ma na sobie fartuch.
— Co ty tu…? — urwał, marszcząc brwi. — Pracujesz tu?
Drgnęła, jakby dopiero zorientowała się, że coś do nie powiedział.
— Nie do końca. Jestem tu jako wolontariuszka – odparła.
— Wolontariuszka? — powtórzył powoli, jakby sprawdzał, czy dobrze usłyszał.
— Tak — skinęła głową. — Jestem z wykształcenia psychologiem. Przychodzę tutaj czasem, żeby pogadać z pacjentami, dać im wsparcie.
Antek uniósł brwi i przez chwilę wyglądał, jakby próbował dopasować to zdanie do obrazu, jaki miał o niej w głowie. I wtedy nagle coś sobie przypomniał.
— Czekaj… — jego wzrok nieco się wyostrzył. — Na weselu.
Liwia wciągnęła lekko powietrze.
— Co?
— Spytałem cię wtedy, czym się interesujesz, poza makijażem. Powiedziałaś coś o książkach, podróżach, nic konkretnego… Ani słowem nie wspomniałaś o psychologii.
Spuściła wzrok.
— Bo to nie było coś, czym chciałam się wtedy chwalić — przyznała cicho.
— Ale to godne podziwu...
— Staram się — odpowiedziała szczerze. — Nie spodziewałam się, że znajdę tu ciebie.
Zapadła chwila ciszy. Liwia patrzyła na niego, jakby dopiero teraz składała w całość pewne elementy. I wtedy do niej dotarło. Pamiętała pytanie jego mamy, kiedy pójdzie do lekarza. Pamiętała, jak przesuwał jedzenie po talerzu próbując coś zjeść, ale ostatecznie odłożył widelec. Wtedy pomyślała, że może po prostu nie ma apetytu albo coś mu nie smakuje. Więcej zjadł, kiedy był z nią na kolacji, ale to też było coś lekkiego.
A potem… Potem zniknął. Przestał się odzywać. Teraz już wiedziała…
Spojrzała na niego z czymś, co przypominało zarówno smutek, jak i delikatny wyrzut.
— Dlatego się odciąłeś? — zapytała cicho. — Dlatego nagle przestałeś się odzywać?
Antek westchnął i odchylił głowę, patrząc w sufit, jakby tam szukał odpowiedzi.
— Nie wiedziałem, jak o tym mówić — przyznał po chwili. — I… nie chciałem cię tym obciążać.
— Czyli lepiej było zniknąć?
Nie odpowiedział od razu. Przeniósł wzrok na swoją rękę, na której właśnie zaczął się zaciskać mankiet ciśnieniomierza. Obserwował to przez chwilę, zanim wrócił do niej wzrokiem.
- Łatwiej.
Liwia przygryzła wargę, ale nie powiedziała nic więcej. W pewnym sensie go rozumiała. Westchnęła cicho, po czym odezwała się niemal szeptem:
— W takim razie… skoro ty chciałeś zniknąć, a ja cię znalazłam, to może to nie jest przypadek.
Powiedziała dokładnie to, co on wcześniej pomyślał. Nie wiedział, co z tym zrobić. Nie miał pojęcia, jak zareagować. To wszystko było dla niego za szybkie, za nagłe. Nie planował, że ona dowie się o jego chorobie. Nie był gotowy na jej obecność tutaj. Zaczął wymyślać kolejny pretekst, żeby ją zniechęcić i właśnie wtedy poczuł, jak żołądek, który już od jakiegoś czasu się buntował, gwałtownie zaciska się i podjeżdża mu do gardła. Miał może ułamek sekundy, by zrozumieć, co się dzieje – instynktownie sięgnął po worek, który leżał obok. Zdążył w ostatniej chwili. Torsje wstrząsnęły jego ciałem, a odruchowo napięte mięśnie sprawiły, że monitoring zapiszczał ostrzegawczo. Liwia nie zastanawiała się nawet przez sekundę. W dwóch krokach znalazła się obok niego, podtrzymując worek i kładąc dłoń na jego plecach, by dać mu oparcie.
- Spokojnie — powiedziała cicho, w tonie, który był jednocześnie stanowczy i delikatny.
Antek zaciskał powieki, walcząc z kolejną falą nudności. Oddech miał ciężki, urywany. Czuł, jak pot występuje mu na skronie. Kiedy w końcu torsje ustały, westchnął ciężko i opadł na poduszkę. Liwia bez słowa sięgnęła po wilgotny ręcznik, który znajdował się na stoliku obok, i delikatnie przetarła mu twarz – najpierw czoło, potem policzki, a na końcu usta. Działała automatycznie, z wprawą, jakby robiła to już setki razy. Antek nie miał siły protestować. Może nawet nie chciał. Po prostu zamknął oczy i pozwolił jej to zrobić. Jej ruchy zwolniły, jakby podświadomie nie chciała zabrać mu tego drobnego gestu troski. Antek nadal miał zamknięte oczy, oddech mu się wyrównał, choć zmęczenie było wypisane na jego twarzy.
Nie zauważyli, że ktoś ich obserwuje. Jego mama wróciła. Stanęła w wejściu trzymając w rękach herbatę i coś lekkiego do przegryzienia, choć doskonale wiedziała, że po wlewie i tak nie tknie jedzenia. Zobaczyła ich. Liwia siedziała pochylona nad Antkiem, ocierając mu twarz z delikatnością, jaką matka znała tylko z własnych gestów. Jej syn nie odsuwał się, nie zamykał w sobie, tylko po prostu… pozwalał jej tam być. Pani Jaroszyńska patrzyła przez kilka sekund, a potem, niemal bezszelestnie, wycofała się.
Antek poruszył się lekko. Jego palce zacisnęły się na materiale podłokietnika, jakby chciał upewnić się, że nadal ma kontrolę nad własnym ciałem. W końcu otworzył oczy, choć głowę wciąż miał opartą o zagłówek. Nie spojrzał na nią od razu.
— Dziękuję — wyszeptał.
Liwia ujęła jego dłoń. Była chłodna, jakby całe ciepło uleciało z niego po tym, co właśnie przeszedł. Przez moment trwali w ciszy, aż w końcu Liwia odezwała się równie cicho:
— Teraz, kiedy już wiem… nadal chcesz uciec?
Jej głos nie miał w sobie wyrzutu. Tylko cichą, prawdziwą ciekawość. I może coś jeszcze – coś, co mogło brzmieć jak nadzieja. Antek zamknął powieki, jakby szukał w sobie odpowiedzi, której jeszcze nie był pewien. Przez chwilę wydawało się, że Liwia wcale jej nie dostanie – że może znowu się wycofa, schowa za jakimś półsłówkiem albo wymijającym żartem. Ale w końcu westchnął cicho i powiedział:
— Nie wiem.
Jego głos, jeszcze chropawy po torsjach, był słaby. Liwia lekko zacisnęła palce wokół jego dłoni. Antek poruszył palcami, jakby dopiero teraz zorientował się, że go trzyma. Kącik jego ust uniósł się ledwie zauważalnie.
— Teraz… choćbym chciał, to i tak nie mam siły zwlec się z tego łóżka — mruknął półżartem.
Liwia uniosła lekko brwi.
— Więc jesteś skazany na moje towarzystwo — odparła, próbując podchwycić jego ton.
— Na to wygląda.
Zapadła chwila ciszy. Antek wziął głębszy oddech, jakby ważył w myślach każde następne słowo.
— Nie wiem, czy to przypadek, czy coś więcej… — powiedział w końcu cicho, patrząc na ich splecione dłonie, a potem uniósł wzrok na nią. — Ale skoro już mnie znalazłaś… to chyba nie ma sensu dalej udawać, że mnie tu nie ma.
Choć zmęczenie nadal kładło się cieniem na jego twarzy, a ostrożność wciąż czaiła się w spojrzeniu, Liwia zauważyła zmianę. Jakby uchylił drzwi do swojego świata — nie całkowicie, lecz wystarczająco, by poczuła, że może w nim zostać.
— Pozwalam ci uciec w każdej chwili — powiedział cicho.
Liwia uniosła brew, jakby chciała się upewnić, że dobrze usłyszała. Przez sekundę wyglądała, jakby naprawdę rozważała jego propozycję. W końcu puściła jego dłoń, wzruszyła ramionami i westchnęła teatralnie.
— Wielkoduszne z twojej strony — powiedziała. — Ale wiesz co? Jeśli kiedykolwiek będę chciała uciec, to sama znajdę do tego powód. Nie potrzebuję pozwolenia.
Antek spojrzał na nią z zaskoczeniem, ale zaraz potem parsknął cichym śmiechem, który zabrzmiał bardziej jak westchnienie.
— No tak — mruknął, przymykając na chwilę oczy. — Powinienem się tego domyślić.
Liwia przyglądała mu się przez chwilę, a potem odchyliła się na krześle i skrzyżowała ręce na piersi.
— Poza tym… — dodała spokojnie — będę mogła zrobić to dopiero wtedy, kiedy będziesz miał siłę pobiec za mną. Na wypadek, gdybyś zmienił zdanie.
Antek otworzył oczy i spojrzał na nią — w jego wzroku czaiło się zaskoczenie, ale nie tylko. Było w nim też coś więcej: szacunek i podziw dla siły oraz lekkości, z jaką oswajała tę trudną sytuację. Jej słowa uniosły część ciężaru, który nosił w sobie — tego, z którym wciąż jeszcze nie potrafił się uporać. Nie zdążył odpowiedzieć, bo w tym momencie zasłona poruszyła się ponownie i do sali weszła jego mama. Tym razem już oficjalnie.
— Przyniosłam ci herbatę — powiedziała.
Liwia dostrzegła, jak na chwilę zawahała się w progu. Jej spojrzenie od razu zatrzymało się na niej. Liwka uśmiechnęła się lekko i skinęła głową.
— Dzień dobry.
— No proszę… Nie spodziewałam się ciebie tutaj.
— Nie tylko ty. — Antek odezwał się sucho, ale w jego głosie nie było irytacji. Raczej coś w rodzaju rezygnacji.
Jego mama podeszła bliżej, stawiając kubek na stoliku obok łóżka.
— Pracujesz tutaj? — zapytała, przyglądając się jej z wyraźnym zaciekawieniem.
— Nie do końca. — Liwia splotła dłonie na kolanach. — Jestem psychologiem i czasami przychodzę tu jako wolontariuszka.
— Ciekawe… — Kobieta spojrzała na syna, jakby próbowała coś z niego wyczytać. Ale Antek tylko odchylił głowę na zagłówek i przymknął oczy. Jego mama znów spojrzała na Liwię, tym razem uważniej. Jakby coś analizowała.
— W takim razie… cieszę się, że tu jesteś.
Liwia spojrzała jej w oczy i wiedziała, że te słowa nie były rzucone od niechcenia.
— Antek zostaje w szpitalu na obserwacji — oznajmiła pani Jaroszyńska, patrząc na Liwię uważnie. — Jeszcze cztery dni wlewów przed nim.
Od strony łóżka dobiegło je westchnienie.
— Mamo…
— Co „mamo”? — Kobieta uniosła brew. — Przekazuję tylko informację. Odwiedzisz go jeszcze?
Zapadła chwila ciszy. Dla Antka o jakieś trzy sekundy za długo. Gdyby mógł, najchętniej zniknąłby teraz pod tą szpitalną kołdrą i udawał, że wcale go tu nie ma. Ale coś w tej całej sytuacji – w jej absurdalnej bezpośredniości – sprawiło, że w duchu musiał przyznać, że sam niecierpliwie czekał na jej odpowiedź.
Liwia przygryzła wargę, jakby zastanawiała się nad odpowiedzią.
— Jeśli Antek nie ma nic przeciwko… — zaczęła powoli, przenosząc wzrok na niego.
Nie miał. Ale to nie znaczyło, że zamierzał to przyznać tak od razu.
— Sam nie wiem… — mruknął, wzruszając lekko ramionami. — Nie chcę ci robić kłopotu.
Liwia uśmiechnęła się lekko.
— Nie powiedziałam, że będzie to dla mnie kłopot.
Antek spojrzał na nią kątem oka, próbując ocenić, czy tylko mówi tak z grzeczności, czy naprawdę to ma na myśli. Jego mama pokiwała głową, jakby właśnie usłyszała coś, co w pełni ją satysfakcjonowało.
— No to sprawa załatwiona — oznajmiła. — Będę spokojniejsza, wiedząc, że ktoś jeszcze tu zajrzy.
Kiedy Kinga weszła na salę, Antek podniósł na nią zmęczone spojrzenie.
— Jak się trzymasz? — zapytała łagodnie, zerkając na kroplówkę.
— Bywało lepiej — mruknął.
Liwia spojrzała na lekarkę.
— Miał torsje — poinformowała cicho.
Kinga skinęła głową, podchodząc bliżej i sprawdzając parametry na monitorze.
- Zwiększymy dawkę środków przeciwwymiotnych - rzekła. - Dobrze, że mówisz, bo ten bohater pewnie by się słowem nie zająknął.
Antek tylko westchnął i przymknął oczy. Liwia spojrzała na niego jeszcze raz i stwierdziła, że pora się zbierać. Czuła, że teraz potrzebował spokoju.
— W takim razie… do zobaczenia, Antek — powiedziała cicho.
Nie otworzył oczu, ale skinął lekko głową.
— Trzymaj się.
Liwia pożegnała jeszcze jego mamę i wyszła razem z Kingą na korytarz. Kiedy drzwi zamknęły się za nimi, obie zatrzymały się na chwilę.
— Nie wiedziałam, że się znacie — zauważyła Kinga, patrząc na nią z zaciekawieniem.
Liwia uśmiechnęła się lekko.
— To dopiero początki znajomości - sprostowała.
Kinga zmierzyła ją wzrokiem, jakby próbowała ocenić, ile w tych słowach było prawdy, ale nie drążyła.
— Cieszę się, że tu dziś byłaś. To mu dobrze zrobiło.
Liwia odwróciła wzrok na korytarz.
— Myślisz?
— W jego spojrzeniu pojawiła się nowa siła. Ukryta pod zmęczeniem, ale obecna. Wiem, że chciał przez to przejść jak najszybciej. Zaprzeć się i walczyć, ale dzisiaj chyba odkrył, że nie wszystko jest w stanie kontrolować.
Liwia spojrzała na koleżankę.
- Kinga, wiem, że nie możesz udzielać informacji osobom spoza rodziny, ale powiedz mi tylko... jakie on ma szanse?
- Spore. Nie będzie łatwo, ale zrobimy wszystko, co możemy, żeby przeszedł przez tą walkę i poniósł jak najmniejsze szkody.
Liwia zacisnęła usta.
— W takim razie… ja też będę walczyć. Razem z nim - rzekła cicho.
Kinga uśmiechnęła się. Wiedziała, że lekko nie będzie, ale Liwia była właściwą osobą, żeby stanąć u boku jej pacjenta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz