Janka
Janka zerknęła na wyświetlacz smartfona, zmierzając głównym korytarzem szpitala w stronę sklepiku. Do rozpoczęcia dyżuru zostało jej jeszcze dziesięć minut. Zamierzała kupić sobie jakąś przekąskę, a potem wsiąść do windy i pojechać prosto na swój oddział. Zauważyła, że z naprzeciwka, w jej kierunku zmierza mężczyzna w drelichowych spodniach, z przerzuconą przez ramię torbą z narzędziami. Zapewne nowy konserwator. Rafał wspomniał, że szpital zamierza zatrudnić kogoś na zastępstwo za niego. Z daleka nie była w stanie rozpoznać rysów twarzy, ale coś w jego posturze i ruchach wydawało się znajome. Kiedy zbliżył się o kilka metrów, poczuła, że serce zaczyna jej szybciej bić. Zatrzymała się, czując, że nogi zaczęły się jej robić jak z waty. Jeszcze kilka jego kroków i była pewna. To był ON. W jej głowie zaczęły się przesuwać sceny sprzed lat: wspólne czytanie książki, nocne rozmowy, słowa „tylko ty mnie rozumiesz”. Chciała się odwrócić i uciec, ale on już ją zauważył i również się zatrzymał. Przez chwilę patrzyli na siebie. Ona z szokiem, on z niedowierzaniem, ale też lekko kpiącym uśmiechem. Zauważyła, że tamten chłopak sprzed lat nadal pozostał szczupły, ale jego blond włosy teraz były już w większej mierze przerzedzone i siwe. Nie miał tak bujnej czupryny, jak Rafał. Ani tak ciepłego spojrzenia.
— Janka? — parsknął z niedowierzaniem. — No, proszę co za spotkanie. Byłem ciekawy, czy nadal tutaj pracujesz.
— Co… co ty tutaj robisz? — udaje jej się wydusić.
— Złapałem zastępstwo za jakiegoś gościa, który się połamał — odparł lekkim tonem. — Los bywa przewrotny, prawda?
Kobieta poczuła, że ogarnia ją zarówno gniew jak i niepokój. Nie zamierzała jednak zdradzać nic na temat relacji, jaka łączyła ją z Rafałem.
— Nie wiedziałam, że… pracujesz w tym zawodzie — powiedziała chłodno.
Wzruszył ramionami i uśmiechnął się.
— Życie nauczyło mnie różnych rzeczy — rzekł, poprawiając na ramieniu pasek od torby. — Trzeba z czegoś żyć. — Spojrzał na nią uważnie. — Ale to, że spotykam cię właśnie tutaj… to chyba nie jest tylko przypadek.
— Nie mieszaj w to żadnych „znaków” — ucięła szybko. — To moja praca, a ty… jesteś tu tylko na chwilę.
Uśmiech na jego twarzy stał się bardziej ironiczny.
— Wciąż taka sama — stwierdził. — Zawsze udajesz twardą, a ja wiem, że masz miękkie serce. — Zrobił krok w jej stronę, ale bez przekraczania granicy. — I właśnie dlatego… nigdy cię nie zapomniałem.
Janka poczuła, jak w gardle rośnie jej gula. Chciała odpowiedzieć ostro, ale zamiast tego tylko wymamrotała:
— Muszę wracać do obowiązków.
Odwróciła się gwałtownie, ruszając w stronę windy. W uszach wciąż brzmiały jej jego słowa. Była tak pochłonięta myślami, że nie zauważyła, że do windy zmierzał też Miłodziad. Zderzyli się w drzwiach.
— Przepraszam — rzuciła odruchowo, nawet nie patrząc na niego.
Rzucił jej zdumione spojrzenie.
— Coś się stało? — zapytał.
Janka zdezorientowana uniosła głowę.
— A, to ty — mruknęła. — Nie, nic.
Drzwi windy zamknęły się, a lekarz nacisnął guzik z numerem ich piętra.
— A mnie się wydaje, że przed chwilą miałaś dość poruszające spotkanie z nowym konserwatorem — stwierdził, kiedy ruszyli w górę z lekkim szarpnięciem.
— Wydaje ci się — burknęła Janka, zerkając na wyświetlacz, który pokazywał, jak zmieniają się numery kolejnych poziomów.
— Oni jakoś cię prześladują, czy masz po prostu szczęście do mężczyzn w tym zawodzie? — pytał dalej Miłodziad.
Winda zatrzymała się. Zanim otworzyły się drzwi, Janka rzuciła mu ostre spojrzenie.
— Po prostu… zamknij się — rzekła i ruszyła szybkim krokiem w stronę szklanego wejścia na oddział.
Nie mogła sobie pozwolić na żadne rozchwianie emocjonalne. Nie teraz, nie podczas dyżuru. Weszła do łazienki, żeby choć trochę się uspokoić. Spojrzała w lustro wiszące nad umywalką, ale nie widziała w nim swojego odbicia, tylko jego twarz przed swoimi oczami. I jasnoszare oczy. Adrian — tak miał na imię.
Próbowała nie dopuścić do tego, żeby w jej głowie otworzyła się szufladka z całą masą wspomnień z tamtego okresu. Miała wrażenie, że zbudowane niedawno poczucie, że tamten epizod należy już do przeszłości teraz zachwiało się w jednej sekundzie. Nie chciała przyznać się nawet sama przed sobą, że wciąż pamiętała tembr jego głosu. Jej złość mieszała się ze strachem. „Nie dam mu drugiej szansy, żeby mną manipulował” — powtarzała sobie w myślach. Ale równocześnie serce biło jej tak mocno, że miała wrażenie, iż za chwilę każdy wokół zauważy jej panikę. Rafał… próbowała przywołać jego twarz w wyobraźni, ale obraz cały czas zacierał się. Wystarczyło kilka minut, żeby cała jej emocjonalna równowaga została zachwiana. Przez mężczyznę, którego nie widziała ponad dziesięć lat. Musiała wziąć się w garść. I robić wszystko, żeby jak najrzadziej spotykać go na szpitalnych korytarzach. A za kilka tygodni zacznie się jej urlop i będzie mogła wyjechać razem z Rafałem i dzieciakami. Wtedy do wszystkiego złapie odpowiedni dystans. Kilka minut później, już spokojna, weszła na oddział. Tylko wilgotne od potu dłonie i nieco rozlanej wody wokół filiżanki z kawą zdradzały, że w środku wciąż jeszcze trochę się trzęsła.
Inez, Jacek i Piotr
Inez, Jacek i Andrzej stali na zapleczu piekarni, zgromadzeni wokół blatu, na którym leżała niewielka paczka. Andrzej znalazł ją przed wejściem, kiedy pierwszy przyjechał do pracy. Z pewnością nie zostawił jej żaden kurier, bo oni nie jeździli tak wcześnie. Poza tym nie zostawiliby pakunku pod drzwiami.
Zawinięty został w zwykły szary papier i związany sznurkiem. Nie było żadnych danych adresata ani nadawcy. Przyklejona została tylko karteczka z napisem: „Dostarczyć właścicielce.”
— Jak myślicie, co to jest? — spytał Jacek, dotykając delikatnie palcem sznurka, jakby bał się, że najmniejszy gest może spowodować, że coś wyskoczy ze środka.
— Sama chciałabym wiedzieć — mruknęła Inez, podnosząc paczkę.
Była lekka.
— Ostrożnie — zawołał mężczyzna.
Inez spojrzała na niego, jak na wariata.
— Może jednak nie otwieraj tego tak od razu? — rzucił. — Nigdy nie wiadomo.
Andrzej uniósł brew.
— Co, myślisz, że ktoś nam podłożył bombę z drożdży? — zakpił.
Inez prychnęła, ale napięcie było wyczuwalne. W końcu przecięła sznurek nożem i rozchyliła papier. W środku leżała… stara, pożółkła książeczka zatytułowana: „Tajemnice wypieków. Notatnik mistrza piekarskiego.”
— Żartujesz sobie? — mruknął Jacek, zaglądając jej przez ramię. — To wygląda jak jakiś antyk.
Inez wyjęła książkę i ostrożnie przewertowała strony. Były tam odręczne zapiski, szkice pieców, stare receptury. Na jednej z pierwszych stron widniał podpis: „B. K.”
— Nie wygląda na coś przypadkowego — powiedziała cicho. — Ktoś chciał, żebym to miała.
Jacek podniósł wzrok i spojrzał uważnie na szefową.
— Może to pułapka konkurencji? Jakiś „przepis” z haczykiem.
Kobieta pokiwała głową.
— Możliwe, ale nie wydaje mi się — odparła.
Kiedy dotarła do ostatniej strony, znalazła jeszcze jedną karteczkę wsuniętą luzem. Wyciągnęła ją i przeczytała zdanie napisane na niej: „Szukaj tam, gdzie pachnie najstarszy chleb w mieście.” Zapadła cisza. Jacek spojrzał na Inez, Inez spojrzała na Andrzeja. I nagle już wiedzieli — to nie była tylko paczka, to początek czegoś, co mogło wplątać ich w historię dużo starszą niż ich własna piekarnia.
Wieczorem, gdy lokal został zamknięty, Inez z Jackiem jeszcze raz usiedli nad książeczką. Andrzeja już nie było, ale dołączył do nich Piotr. Zaczęli znowu szczegółowo oglądać każdą stronę. Przed nimi unosił się zapach starego papieru. Inez odkryła, że przepisy były zapisane z dużymi szczegółami, a przy niektórych recepturach widniały dziwne symbole — trójkąty, koła i inne znaki przypominające litery alfabetu.
— To wygląda jak szyfr — stwierdził Piotr, pochylając się nad nimi.
— A może to tylko ozdobniki? — wtrącił Jacek, ale sam patrzył z zaciekawieniem.
Najbardziej jednak frapowała ich tajemnicza karteczka.
— „Szukaj tam, gdzie pachnie najstarszy chleb w mieście” — przeczytał jeszcze raz Piotr.
Inez westchnęła.
— Wiecie co? Pamiętam, że kiedy byłam mała, mama opowiadała o piekarni, która była w tym mieście jeszcze przed wojną. Podobno w piwnicach wciąż unosi się zapach starego chleba, bo cegły „wypiły” aromat — rzekła, próbując przypomnieć sobie jak najwięcej szczegółów z tamtych historii.
— To ta ruina na Starym Mieście? — dopytał Jacek.
— Właśnie ta — kiwnęła głową. — Zamknięta od lat, ale wciąż stoi.
Piotr zmrużył oczy.
— Czyli ktoś celowo nas tam kieruje — rzekł. — Ale kto? I po co?
Inez przesunęła palcem po podpisie „B.K.” na pierwszej stronie notatnika.
— To chyba nie jest przypadek… — stwierdziła.
Wszyscy troje spojrzeli po sobie i wiedzieli, że decyzja zapadła.
Piotr wyjął laptopa, żeby poszukać w Internecie informacji o starej, przedwojennej piekarni i sprawdzić, jak nazywał się jej właściciel.
— Anatol Rylski — oznajmił. — Niewiele ma to wspólnego z „B.K.” — dodał z nutą rozczarowania w głosie.
— To może być jakiś jego potomek albo potomkini — rzekł Jacek. — Jeśli to kobieta, to mogła zmienić nazwisko na zaczynające się na literę K.
— To prawda. Poszukam czegoś więcej na temat rodziny pana Anatola.
— A tak przy okazji… — rzuciła Inez. — Dostałam dzisiaj maila z urzędu.
Wszystkie spojrzenia przeniosły się na nią. Piotr nie wytrzymał.
— I?
— Muszę wybrać się do Antka. Zaniosę mu coś dobrego.
— Dostałaś kasę?
— Tak.
Jacek roześmiał się.
— Ho, ho — zawołał. — No to… chyba w końcu zaczniemy inwestować tu na poważnie — rzekł.
— Mam wrażenie, że ten ktoś, kto przyniósł nam tę książkę wie o tym i chce nam pomóc w utrzymaniu tego lokalu — stwierdził Piotr. — Taka historia sprawi, że to miejsce nabierze tajemniczości.
— Samo to miejsce nie, ale gdybyśmy umiejętnie wpletli tę tajemniczość w naszą promocję i zaangażowali klientów w poszukiwania skarbu starej piekarni…
— To przyciągniemy ich tutaj sporo — dokończył Jacek.
— Nie powinniśmy najpierw sami odkryć, co jest tym skarbem? — podsunął Piotr.
— Oczywiście, że tak — odparła Inez. — Jako agent nieruchomości masz świetny pretekst, żeby zajrzeć do tego budynku.
— Tak, chcę go wynająć dla znajomej…
— W takim razie… bierzemy się do dzieła. Jestem ciekawa, gdzie nas to wszystko zaprowadzi.
Inez zamknęła książeczkę nieco gwałtownie, a delikatny pyłek kurzu uniósł się przed jej nosem sprawiając, że kichnęła. Mężczyźni roześmiali się.
— Byle nie do alergologa — rzekł Piotr.
Liwia i Antek
Liwia marzyła o tym, że kiedyś nadejdzie dzień, w którym pokaże Antkowi rodzinne „królestwo”. On sam też był ciekawy, jak wygląda laboratorium, w którym powstawały, między innymi, jej kosmetyki. Przyjechali samochodem i zaparkowali na podjeździe przed piętrowym domem.
— Tutaj mieszkają moi rodzice — powiedziała Liwka, kiedy wysiedli. — Na tyłach ogrodu jest budynek, w którym powstają nasze wyroby. Obecnie rządzi tam Wojtek — dodała. — Chodźmy.
Przeszli za dom i stanęli przed parterowym, oszklonym pawilonem. Liwia otworzyła ciężkie drzwi laboratorium za pomocą karty magnetycznej i gestem zaprosiła Antka do środka. Najpierw minęli część biurową, w której założyli odzież ochronną, a następnie znaleźli się na hali produkcyjnej. We wnętrzu unosił się zapach cytrusów, ziół i jeszcze czegoś, czego Antek już nie był w stanie rozpoznać. Wzdłuż ścian stały regały z rzędami buteleczek, a na środku znajdowało się kilka roboczych stanowisk — błyszczących i sterylnych. Jedno z nich zapełnione było stojakami z próbówkami i jakimiś preparatami. Stał przy nim Wojtek, ubrany w fartuch i rękawiczki. Na twarzy miał założoną maseczkę i okulary ochronne. Skończył coś mieszać i odwrócił się w stronę przybyłych gości.
— Witajcie — rzekł, podchodząc do nich i jednocześnie odsłaniając twarz. — Antek, dobrze cię widzieć w lepszej formie — dodał uśmiechając się.
Ściągnął rękawiczki i podali sobie dłonie.
— To ja dziękuję, że mnie wpuszczacie za kulisy — odpowiedział Antoni, rozglądając się z zaciekawieniem. — Czuję się trochę, jak w serialu kryminalnym albo science-fiction — dodał. — To tutaj powstał ten rewelacyjny żel pod prysznic, który od ciebie dostałem? — spytał, zatrzymując wzrok na Liwce.
Potwierdziła skinieniem głowy.
— Chcesz spróbować zrobić swój? — zapytała.
— Nie, wystarczy mi jak sobie popatrzę — zaoponował, unosząc ręce. — Nie chciałbym zrobić tutaj niepotrzebnego zamieszania.
— Spokojnie — rzekł Wojtek. — Będę ci wszystko mówił, zobaczysz, że to fajna zabawa — zapewnił.
— No, nie wiem…
Antek nadal był sceptyczny, ale po chwili stanął obok Wojtka i razem zaczęli coś tworzyć.
— Spróbuj dodać tu kroplę — rzekł brat Liwii po chwili, wsuwając mu do ręki buteleczkę z pipetą.
Antek pochylił się nad szkłem, ostrożnie nacisnął pompkę i spojrzał na niego jak uczeń, który nie jest pewien, czy zrobił dobrze.
— Na pewno nie wybuchnie? — upewnił się.
Wojtek roześmiał się.
— Nie bój się — odparł.
— Dobra… dam radę — rzekł Jaroszyński i puścił pompkę.
Wojtek coś zamieszał i po chwili przed nimi uniósł się zapach lawendy, mięty i czegoś owocowego.
— Pachnie jak… początek wakacji — stwierdził Antoni wciągając powietrze.
Rodzeństwo Pachów roześmiało się równocześnie.
— To już brzmi jak reklama — rzekła Liwka.
Stała jeszcze przez chwilę przy mężczyznach obserwując ich pracę. W końcu oznajmiła, że idzie wybrać sobie kilka rzeczy z magazynu. Kiedy mężczyźni zostali sami, Wojtek podszedł bliżej i oparł się o blat.
— Jak się czujesz? — spytał poważnym tonem.
Antek wyprostował się znad stołu i spojrzał na brata Liwki.
— Jeszcze dochodzę do siebie, ale na razie wszystko jest w porządku — odparł.
— Cieszę się, naprawdę — rzekł Wojtek. — Liwia mówiła, ile cię to wszystko kosztowało i widzieć cię w tak dobrej formie to naprawdę… radość.
— Dzięki.
Antek spuścił głowę.
— A ty i moja siostra… — Wojtek drążył dalej.
Jaroszyński spojrzał na niego i uśmiechnął się lekko.
— Co chcesz wiedzieć?
— Zależy ci na niej.
— Oczywiście, że zależy. Kocham ją.
Teraz to Wojtek spuścił głowę.
— Martwimy się trochę o nią — przyznał. — Trzymała się długo, ale teraz jakby trochę… opadła z sił.
— Zauważyłem to — odrzekł Antek. — Dlatego staram się być przy niej i wspierać ją na każdym kroku. Zamierzam… chciałbym zostać z nią… najlepiej na zawsze.
Wojtek spojrzał na niego.
— A ona o tym wie?
— Tak oficjalnie jeszcze nie, ale to mądra kobieta więc z pewnością domyśla się, do czego zmierza nasza relacja.
Antoni uśmiechnął się. Wojtek położył mu dłoń na ramieniu.
— Mam nadzieję, że do szczęśliwego finału — rzekł. — A ja cieszę się, że zostaniesz członkiem naszej rodziny. Dobrze, że moja siostra trafiła właśnie na ciebie.
— To miłe. Ja powiedziałbym, że miałem wielkie szczęście, że trafiłem na twoją siostrę.
Obaj wymienili krótkie spojrzenie — jakby zawarli między sobą milczące porozumienie. W tej chwili wróciła Liwia, niosąc w ręku małe pudełeczko.
— Skończyliście już? — spytała.
— Właściwie tak — odrzekł Wojtek prostując się. — Dopracuję to i podrzucę ci przy najbliższej okazji.
— Super, dziękuję — rzekła. — Poprosiłam Kazika, żeby zaniósł mi kilka kartonów z kosmetykami do samochodu. Potrzebuję uzupełnić zapasy w studiu. Ale to zabrałam ze sobą — dodała, otwierając trzymane pudełko.
Wyciągnęła z niego tubkę, którą włożyła do kieszeni swojego fartucha. Pudełko wyrzuciła do kosza. Następnie podeszła do Antka, ujęła jego dłonie i ściągnęła z nich rękawiczki, które też wyrzuciła. Wyjęła z kieszeni kosmetyk, odkręciła zakrętkę, usunęła zabezpieczenie i wycisnęła trochę zawartości opakowania na wierzch dłoni mężczyzny, po czym rozsmarowała dokładnie wcierając ją w skórę. Po chwili te same czynności powtórzyła na drugiej ręce. Skończyła, zakręciła opakowanie i wrzuciła Antkowi do kieszeni, patrząc mu przy tym wymownie w oczy.
— Specjalnie zapomniałem o kremie, żebyś mogła tak właśnie zrobić — rzekł, nie tracąc rezonu.
Wojtek, który przyglądał się tej scenie w milczeniu, teraz parsknął śmiechem.
— Przy okazji zrobiłam sobie peeling — oznajmiła Liwka z nutką sarkazmu.
— Świetnie, kobiety powinny mieć gładkie dłonie.
Liwia przewróciła oczami.
— Antek, pamiętaj, że to próbka testowa — rzucił Wojtek, wciąż rozbawiony. — Każde kolejne opakowanie musisz zdobyć uczciwie, czyli kupić.
— Jasne, o ile aplikacja będzie prosto z rąk producentki — odpowiedział Antek, mrugając do Liwii, a ona w końcu nie wytrzymała i roześmiała się razem z nimi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz