Liwia i Antek
Liwia nie była pewna, czy Antek nie zmienił zdania. Ale nie zamierzała się teraz wycofywać. Zatrzymała się na moment przed drzwiami jego sali biorąc cichy oddech. Ucieszy się, że przyszła? Nie dowie się, dopóki nie sprawdzi.
Delikatnie uchyliła drzwi i zajrzała do środka. Antek był sam. Leżał z głową opartą o poduszkę, z przymkniętymi oczami, a kroplówka powoli skapywała. Zrobiła ostrożny krok do przodu.
— Hej — rzekła cicho.
Drgnął lekko i otworzył oczy. Kiedy ją zobaczył, przez chwilę wyglądał na zaskoczonego, ale zaraz potem jego wyraz twarzy złagodniał.
— A jednak przyszłaś — stwierdził.
— Nie chciałam zawieść twojej mamy — wyjaśniła, uśmiechając się szeroko.
On też się uśmiechnął. Liwia podeszła bliżej i usiadła na krześle przy jego łóżku.
— Jak się dziś czujesz?
Westchnął cicho, jakby próbował ocenić swoje własne samopoczucie.
— Trochę lepiej. Chyba. — Przesunął wzrokiem po sali. — Chociaż przyznaję, że nie spodziewałem się, że w ogóle będę miał tutaj jakichś gości.
Liwia oparła dłonie na kolanach.
— Jeśli ci przeszkadzam…
— Nie. — Nie dał jej dokończyć. Spojrzał na nią uważniej i dodał ciszej: — Nie przeszkadzasz.
Ich spojrzenia na chwilę się spotkały.
— Nadal mnie to zastanawia... — odezwał się nagle Antek, przekrzywiając głowę i przyglądając się jej uważnie. Liwia uniosła brwi.
— Co takiego? — zapytała.
— Twój wolontariat. — Jego głos brzmiał spokojnie, ale w oczach widać było zainteresowanie. — Skąd się u ciebie wziął taki pomysł?
Liwia zawahała się na moment, jakby układała myśli.
— Zaczęło się jeszcze na studiach. — Spojrzała gdzieś w bok, jakby wspomnienia same do niej wracały. — Na początku to było bardziej z ciekawości. Chciałam zobaczyć, czy to dla mnie, czy dam radę.
— I dałaś?
— Tak. — Skinęła głową. — Ale… to nie było łatwe. Praca w takim miejscu nigdy nie jest.
— Więc dlaczego tu wracasz?
Przez chwilę nie odpowiadała. Jakby szukała właściwych słów.
— Bo ma to sens. — Spojrzała na niego z powagą. — Bo czasem wystarczy być przy kimś, żeby było mu choć trochę łatwiej.
Antek patrzył na nią przez dłuższą chwilę.
— Brzmi znajomo — powiedział w końcu cicho.
Liwia uniosła brew.
— Tak?
— Moja mama mówiła coś podobnego. Kiedy dowiedziałem się, że to nowotwór, ona pierwsza powiedziała, że muszę mieć wokół siebie ludzi, którzy mi pomogą. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem.
Liwia zmarszczyła brwi.
— Byłeś sam, kiedy się dowiedziałeś?
Antek odwrócił wzrok na chwilę.
— Tak. Lekarka poprosiła mnie do gabinetu po wynikach badań. Chyba wiedziałem, że coś jest nie tak, ale nie spodziewałem się… tego.
— I co zrobiłeś?
Uśmiechnął się krzywo.
— Najpierw poczułem się, jakbym dostał czymś w głowę. Patrzyłem na ludzi dokoła mnie, ale miałem wrażenie, że są za jakąś szybą. Potem pojechałem do firmy. Miałem umówione spotkanie. Miałem wrażenie, że działam na jakimś autopilocie. Jakby mi ktoś odciął emocje i uczucia. W końcu dopadł mnie Michał i wyciągnął ze mnie prawdę. Później pojechałem do domu i powiedziałem rodzicom i siostrze. A potem się zaczęło.
Liwia nie odrywała od niego wzroku.
— Miałeś prawo być przerażony.
— Wtedy się do tego nie przyznawałem. — Uśmiechnął się smutno. — Ale tak. Byłem.
Zapanowała między nimi cisza. Liwia odetchnęła po czym wzięła go delikatnie za rękę. Zauważyła, że w jego oczach pojawił się cień zmęczenia.
— Może powinieneś odpocząć? - zasugerowała.
Westchnął, jakby niechętnie się z tym zgadzał. Odchylił głowę na poduszkę i przymknął oczy.
— Może — przyznał.
— Chcesz, żebym jeszcze tu posiedziała z tobą? — spytała Liwia
Skinął głową i delikatnie objął palce jej dłoni swoimi. To chyba było najlepszym dowodem, że jej obecność rzeczywiście mu nie przeszkadzała.
Babski wieczór
Inez, Liwia i Janka
Inez i Janka dostały wiadomość od Liwii, że potrzebuje się z nimi spotkać, bo wydarzyło się coś ważnego i musi się komuś wygadać. Dodała tylko, że Antek się odnalazł. Janka widząc jej wiadomość nie miała dobrych przeczuć. Facet, który ewidentnie jest zainteresowany kobietą nagle przestaje się odzywać i słuch o nim ginie – to było niepokojące.
Inez zaproponowała, żeby wobec tego spotkać się u niej w mieszkaniu. Zgarnęła z pracy jakieś wypieki i po drodze kupiła wino. Zeszły się wszystkie wieczorem i usiadły na wygodnych sofach w salonie.
Inez otworzyła butelkę, wcześniej zaparzyła też herbatę z korzennymi przyprawami.
Blask lampy stojącej w kącie dawał poczucie przytulności, a po całym pokoju roznosił się zapach goździków, cynamonu i pomarańczy. Liwia usiadła między Janką a Inez. W rękach trzymała kubek z herbatą i zastanawiała się od czego zacząć. Miała wrażenie, że jak tylko otworzy usta i wypowie pierwsze słowo, coś się rozpadnie — albo ona, albo ten misternie budowany spokój, który próbowała utrzymać od rozmowy z Antkiem.
— Coś się stało, prawda? — zapytała Janka.
Liwia spojrzała na nią niepewnie. Przez chwilę milczała, próbując się nie rozkleić od razu. Ale wystarczyło, że Inez położyła dłoń na jej ramieniu — delikatnie, jakby nie chciała naciskać — a wszystko w niej puściło.
— On jest chory — wyszeptała. — Naprawdę chory.
Zapanowała cisza. Janka odstawiła swój kubek na stolik. Inez nie cofnęła ręki. Liwia zamknęła oczy i z trudem przełknęła ślinę. Czuła, jak ściska ją w gardle. Dziewczyny nie naciskały, czekały aż będzie w stanie kontynuować.
— Ma guza... — rzekła Liwia po chwili. — Ja... byłam w odwiedzinach u pana Stefana i usłyszałam z za parawanu taki sam głos, jaki ma Antek. Nie mogłam powstrzymać się, żeby nie sprawdzić... I to był on — urwała na chwilę, żeby wziąć głębszy oddech. — Leżał z przymkniętymi powiekami, wyglądał jakby po prostu spał. Tylko te monitory i kroplówka przypominały, że to nie jest tylko zwykły sen. A potem otworzył oczy i spojrzał na mnie…
Głos Liwii zaczął chrypieć. Odchyliła głowę do tyłu i zamrugała, żeby powstrzymać cisnące się łzy. Odchrząknęła i po chwili kontynuowała:
— Takim wzrokiem, że nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Przez chwilę poczułam się tak, jakbym przekroczyła granicę, której nie powinnam była przekraczać. Jednocześnie czułam ulgę, że już wiem. Nie dlatego, że to dobra wiadomość — tylko dlatego, że jego milczenie nabrało sensu.
Janka westchnęła, po czym ujęła dłoń Liwii.
— Liwia… wiesz, że masz ogromne serce. Jako wolontariuszka nie raz byłaś przy osobach chorych, ale teraz to nie będzie krótkie spotkanie na kilka godzin, tylko prawdziwa bliskość. Jeśli zdecydujesz się być z nim naprawdę, jeśli dasz mu nadzieję, czeka was długa droga. Nie będzie momentów, kiedy można się wyłączyć i odpocząć. Chemia to nie leczenie, po którym codziennie jest trochę lepiej. Wręcz przeciwnie… i oboje będziecie musieli mierzyć się z trudnymi emocjami, bezradnością, zmęczeniem.
Zamilkła na chwilę, patrząc Liwii w oczy z troską.
— Czy jesteś gotowa na to wszystko? Nie pytam po to, żeby cię zniechęcić, tylko dlatego, że chcę, żebyś była pewna swojej decyzji. Bo widzę, jak bardzo ci zależy.
— Nie jestem. — Liwia pokręciła głową. — To mnie przeraża. Ale on też nie był na to gotowy, a musi się z tym zmierzyć. Jeżeli mogę swoją osobą w jakikolwiek sposób sprawić, że będzie mu nieco łatwiej, to chcę być przy nim — zrobiła krótką przerwę. — Zresztą nie chodzi tylko o chorobę — wyjaśniła. — Chodzi o niego samego. Antek ma w sobie coś takiego, że mam wrażenie, że nawet mimo słabości będzie potrafił sprawić, że będę czuła się przy nim bezpieczna i zaopiekowana. Jednocześnie ja też chcę być dla niego wsparciem. Jeśli mnie dopuści do siebie.
Janka westchnęła.
— Wiesz, że on może tego tak nie odczuwać? — zapytała.
Być może w tym momencie uparcie sprowadzała koleżankę na ziemię, ale chodziło o to, żeby Liwia na pewno wiedziała, na co się pisze i wzięła pod uwagę to, że ona też będzie miała prawo do tego, żeby pokazywać swoje emocje. Żeby nie stała się tylko opiekunką i terapeutką.
— Wiem — Liwka skinęła głową z cichym westchnieniem, — ale jeśli nie zaryzykuję to mogę stracić coś naprawdę cennego. Kilka tygodni temu Antek podjął decyzję za nas oboje. Skoro dane mi było poznać prawdę, to chcę mieć szansę, by samej zdecydować. Nie mam zamiaru wywierać na nim presji, ale jeśli on zrezygnował z nas tylko ze strachu, to chcę uświadomić mu, że są silniejsze uczucia, które mogą ten lek pokonać.
— Miłość nigdy nie przychodzi w idealnych momentach — wtrąciła milcząca dotąd Inez. — Zawsze coś się sypie, zawsze coś boli. Ważne, żebyś wiedziała, czego chcesz i żebyś nie dała się skrzywdzić.
Liwia wzięła głęboki oddech.
— Chcę zaryzykować. I nieważne, jak długo to potrwa. Nie mam żadnej gwarancji, ale… myśl o tym, że miałabym zrezygnować ze strachu… Nie umiem tego zrobić. Poznałam już Antka na tyle, żeby wiedzieć, że nie będzie chciał mnie skrzywdzić i nie wykorzysta mnie. Jeśli nie będzie w stanie odwzajemnić uczuć to na pewno powie mi to wprost.
— Ale będziesz wtedy cierpieć… — rzekła Janka z troską w głosie.
— Janka, on teraz cierpi bardziej — odparła Liwia z mocą. — Może ten czas nas wzmocni i sprawi, że oboje przeżyjemy coś, co nas scali i sprawi, że razem będziemy silniejsi.
— Oby tak było — odparła Inez.
Pamiętaj tylko, że ty też się liczysz — powiedziała Janka. — Nie tylko jego choroba. Także twoja codzienność, twoje emocje. Nie zagub się w tym wszystkim.
— A jeśli czasem się pogubisz — dodała Inez — to masz nas.
Liwia uśmiechnęła się przez łzy.
— Dziękuję wam. No dobra, oderwijmy się na chwilę od smutnych tematów — rzekła ocierając oczy. — Inez, jak było na kolacji z Piotrem?
Kobieta uśmiechnęła się z lekkim przekąsem, opierając się wygodniej o poduszki.
— Było… intensywnie — powiedziała z namysłem. — Jakbyśmy się zatrzymali w jakimś zawieszeniu między tym, co było, a tym, czego nie potrafimy jeszcze nazwać.
— To bardzo poetyckie, ale trochę niezrozumiałe — mruknęła Janka, rozśmieszając Liwię.
Inez przewróciła oczami.
— Jego historia nadal brzmi jak wątek jakiegoś serialu o rodzinnych układach — rzekła. — Jeszcze mi powiedział, że nie wziął ślubu kościelnego na wypadek, gdybyśmy się kiedyś mieli zejść z powrotem.
— W sumie… jakoś nie znalazłaś nikogo po nim, a teraz znowu się spotkaliście. Macie szansę na realny związek — stwierdziła Liwia.
Inez wzruszyła ramionami.
— Najpierw muszę mu zaufać, a on cały czas mi śmierdzi jakimiś machlojkami — oznajmiła.
Janka roześmiała się.
— I jeszcze włazi ci z buciorami w twoje uporządkowane życie i wprowadza chaos — dopowiedziała.
— Też.
— I miesza w sercu — dodała Liwia rozbawionym tonem.
— Dokładnie.
— Okropny jest — stwierdziła Janka.
— A do tego przystojny — rzekła Liwia.
— I czarujący
— Elokwentny
— Przestańcie — przerwała Inez.
Spojrzała na Jankę.
— Przyganiał kocioł garnkowi… co u pana „ni momy”?
Liwia parsknęła śmiechem.
— Jego dzieci zaczęły nas swatać — odparła Janka. — I w ogóle niemiłosiernie go wkopują przede mną — dodała.
— A co on na to?
— Zdaje się robić z tego dobry użytek, żeby wyjść na bardziej żałosnego i wzbudzić moje współczucie.
— Z jakim skutkiem? — spytała Liwia.
— Czasami mu się udaje — przyznała Janka rumieniąc się lekko. — Ale wiecie, jak jest… To wszystko jest spowodowane sytuacją. Gość od miesiąca leży w szpitalu, widzi tylko nas i dzieci, które go odwiedzają. Proste, że musiał się z nami zżyć. Ale w końcu wróci do domu i do swojego świata.
— I wtedy się okaże, czy nadal mu będzie zależało na tobie, czy byłaś tylko odskocznią od nudnej szpitalnej codzienności — skwitowała Inez.
— Dokładnie. Będzie miał mnóstwo rzeczy do nadrobienia, dzieciaki do ogarnięcia. Czas pokaże, co z tego wyjdzie.
— A ja myślę, że wszystko się skończy dobrze u każdej z nas — rzekła Liwia. — Może na początku będzie trudno, żeby nas wzmocnić i zahartować, ale potem będzie pięknie. Tak czuję. I dlatego potrzebne nam są te spotkania we trzy, żeby nawzajem się wspierać. I mam nadzieję, że kiedyś zasiądziemy tutaj całą szóstką: Inez z Piotrem, Janka z Rafałem a ja z Antkiem. Razem będziemy pić wino, jeść coś smacznego i cieszyć się swoją obecnością.
— I za to wypijmy — Janka uniosła swój kieliszek, a wraz z nią pozostałe dziewczyny.
— Za przyjaźń i za miłość!
— Niech trwają wiecznie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz