Rafał i Janka
Kilka dni po zdjęciu gipsu z nadgarstka, Rafała czekała kolejna sesja rehabilitacyjna. Dopóki nie usprawnił i nie wzmocnił kończyny nie mógł korzystać z kul. W ogóle odnosił wrażenie, że jak już stanie na nogi to pierwsze, co zrobi to się przewróci. Przy niesprawnej ręce, jego zajęcia z rehabilitantem były dość ograniczone.
Wcześniej skupiali się głównie na mobilizacji stawu kolanowego i biodra w pozycji leżącej lub siedzącej, czasem z pomocą specjalnych szyn. Ćwiczył mięśnie ud i pośladków, by nie dopuścić do ich całkowitego osłabienia. Czasami wykonywał statyczne napięcia, nie ruszając nogą wcale. Nie było mowy o pionizacji — brak jednej sprawnej ręki oznaczał, że nie mógł utrzymać się na kulach ani nawet samodzielnie przesiąść się z łóżka na wózek bez ryzyka. Wszystko wymagało asekuracji, a jego rola ograniczała się właściwie do biernego udziału.
Obecnie jego ćwiczenia wyglądały już nieco inaczej. Ręka, choć nadal słaba, nie odmawiała już posłuszeństwa przy najprostszych czynnościach. Palce zginały się pewniej, a nadgarstek z trudem, ale jednak znosił ciężar ciała. Jego rehabilitant, Adam, był mężczyzną w średnim wieku, opanowanym, z twarzą, z której trudno było cokolwiek wyczytać, z wyjątkiem jednej rzeczy: cierpliwości. Pojawiał się każdego dnia z tym samym spokojem, gotów przejść z Rafałem ten powolny, frustrujący proces powrotu do sprawności. Dzisiaj też przyszedł punktualnie i od razu przeszedł do rzeczy.
— Zaczniemy od tego, co już znasz — powiedział, rozkładając przed nim matę i kładąc na niej niewielki zestaw przyrządów. — A potem zobaczymy, jak twój nadgarstek poradzi sobie z większym obciążeniem. Rafał zaczął wykonywać najpierw proste ruchy, potem po raz pierwszy uniósł się do siadu, opierając ciężar ciała na obu dłoniach. Jego ręka drżała, ale nie od bólu — tylko od wysiłku. To było dobre zmęczenie.
Pół godziny później siedział zmęczony na brzegu łóżka i ciężko oddychał, ale jednocześnie czuł satysfakcję. Wiedział, że jest na dobrej drodze do tego, żeby niedługo ręka mogła utrzymać ciężar jego ciała, a tym samym on będzie mógł w końcu wstać i poruszać się samodzielnie. Na ten moment niczego więcej nie pragnął. Rehabilitant, zbierając sprzęt, rzucił mu jeszcze kilka słów otuchy, zanim pożegnał się i opuścił salę. W drzwiach minął się z Janką. Pielęgniarka weszła do środka i uśmiechnęła się do Rafała, gdy zobaczyła zmęczenie, ale też zadowolenie na jego twarzy.
— Jak poszło? — zapytała.
Rafał spojrzał na nią, wciąż oddychając ciężko.
— Dobrze — odparł. — Czuję zmęczenie, ale też zaczynam wyglądać dnia, kiedy wreszcie wstanę z tego łóżka — dodał.
— Najwyższa pora — stwierdziła Janka żartobliwie. — Wszystkie mamy już dość twojego marudzenia i dziwnych żartów.
Rafał rzucił jej spojrzenie mówiące, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że się z nim droczy.
— A ja mam dość codziennego kłucia, szpitalnego żywienia i docinków pewnej pielęgniarki — odgryzł się.
— Ach tak? Czyli nie potrzebujesz pomocy przy założeniu opaski na rękę? I nie chcesz przesiąść się na wózek, żeby trochę się przewietrzyć?
— Chcę — odparł potulnie.
Janka roześmiała się i sięgnęła po elastyczną opaskę leżącą na stoliku po czym usiadła przy jego boku. Czuł delikatność jej dotyku, kiedy zaczęła ostrożnie nakładać ją na nadgarstek. Pomogła mu delikatnie unieść rękę, by osłona wpasowała się idealnie, stabilizując staw w odpowiedni sposób.
— Dzięki — powiedział, czując, jak napięcie w nadgarstku powoli ustępuje.
Kiedy skończyła, spojrzała na niego z uśmiechem, ale w jej oczach było coś więcej – zrozumienie, troska.
— Odpocznij teraz trochę. Później zabiorę cię na spacer — oznajmiła.
Rafał skinął głową, a ona pomogła mu się położyć, delikatnie przesuwając poduszkę pod jego głowę. Potem przykryła go kocem.
— Wygodnie? — zapytała, nie patrząc mu wprost w oczy, ale jej głos był cichy, niemal miękki.
— Tak, dzięki — odpowiedział.
Janka przez chwilę stała, obserwując go i jakby sprawdzając, czy jeszcze czegoś nie potrzebuje. W końcu podała mu wodę. Potem uśmiechnęła się lekko, a jej oczy znowu spotkały się z jego spojrzeniem.
Wtedy zadzwonił jego telefon. Sięgnął po niego i zerknął na wyświetlacz marszcząc brwi.
- To Emi – rzekł i odebrał połączenie. — Tak córcia?
Janka wyszła z sali, żeby mógł spokojnie porozmawiać. Cieszyła się, że Rafał jest coraz bliżej stanięcia na własnych nogach. Ten miesiąc był dla niego naprawdę trudny a mimo to zniósł go bardzo cierpliwie. Ciekawa była, co będzie dalej. Czy będą kontynuować znajomość, kiedy Rafał opuści szpital. Najpierw jednak musiał dojść do pełnej formy no i spędzić trochę czasu z rodziną, która też na pewno za nim tęskniła. Na wszystko przyjdzie pora w odpowiednim czasie.
Liwia i Antek
Liwia nie zastanawiała się już, czy powinna tu przyjść. Po prostu to zrobiła. Weszła do sali w podobnej porze co dzień wcześniej i od razu zauważyła różnicę. Antek wyglądał gorzej niż wczoraj. Miał bardziej przygaszone spojrzenie, cera wydawała się jeszcze bledsza, a na skroni błyszczał pot. Leżał z głową opartą o zagłówek łóżka, a jego lewa ręka spoczywała bezwładnie na pościeli.
Liwka zatrzymała się przy drzwiach.
— Hej — rzekła cicho.
Uniósł lekko powieki i spojrzał na nią. Nie wyglądał na zaskoczonego.
— Znowu przyszłaś — stwierdził fakt.
— Znowu — przytaknęła.
Przesunęła wzrokiem po nim.
— Jak się dziś czujesz?
Westchnął cicho, jakby samo mówienie było wysiłkiem.
— Lepiej odkąd weszłaś — odparł.
Liwia podeszła bliżej, przyglądając mu się uważnie.
— Czarujący w każdym położeniu — skwitowała z uśmiechem.
— Na więcej dzisiaj nie licz — odparł, ale też się lekko uśmiechnął.
— A jak jest naprawdę? — spytała Liwia już poważnie.
Chciała sprawdzić, czy Antek odpowie jej szczerze czy będzie cały czas skrywał prawdziwe uczucia pod żartami albo ironią. Spojrzał na nią badawczo, jakby chciał się upewnić, czy naprawdę jest gotowa na pełną otwartość. W końcu odchylił głowę na poduszkę i ponownie przymknął oczy.
— Naprawdę zaczyna mnie wszystko boleć, w ustach czuję posmak metalu a jedzenie zaczyna smakować, jak wióry. O ile w ogóle jestem w stanie coś przełknąć.
Liwia zerknęła na jego czoło.
— Masz gorączkę? — spytała.
— Temperatura jeszcze mieści się w normie.
Nie czekając na więcej wyjaśnień, Liwia sięgnęła po wilgotny ręcznik, który leżał na stoliku i delikatnie przetarła jego skórę. Nie zaprotestował.
— Lepiej?
— Tak.
Przesunęła wzrokiem po jego dłoni leżącej na pościeli. Bez zastanowienia ujęła ją w swoją. Była chłodniejsza niż reszta ciała. Antek nie otworzył oczu, ale lekko ścisnął jej palce.
— Nie masz dziś ciekawszych rzeczy do roboty? — zapytał nagle.
— A co? Chcesz się mnie już pozbyć?
Spojrzał na nią.
— Nie — odparł. — Po prostu są bardziej ekscytujące sposoby na spędzanie wolnego czasu niż siedzenie tutaj.
Liwia spojrzała na niego łagodnie. Znowu zaczął się zamykać. Wiedziała, że albo ciągle jest jej niepewny, albo chce zostawić jej furtkę, żeby mogła odejść. Ona jednak nie wybierała się nigdzie w najbliższym czasie.
— Całe mnóstwo — przyznała przekornie. — Jak wrócisz do domu to możesz któryś zaproponować. Chętnie dołączę do ciebie.
Nie odpowiedział od razu. Ale po chwili z jego ust wyrwało się ciche parsknięcie.
Ta kobieta zaczynała delikatnie wkradać się do jego serca, a on jakkolwiek próbował ją stamtąd usunąć, wychodziło to coraz słabiej. Zaczynała stawiać opór a jemu coraz bardziej się to podobało. Mimo to ciągle miał wątpliwości, czy wpuścić ją tam tak po prostu. Chciał, ale w tym wszystkim nie chodziło o niego tylko o nią. Czy będzie potrafił mimo swojego stanu zadbać o jej potrzeby, otoczyć ją opieką. Wiedział, że przez większość czasu będą skupiać się na nim, on będzie wymagał pomocy. Będzie przechodził przez różne etapy związane z jego wyglądem, samopoczuciem, pewnością siebie. Na pewno pogorszy się jego stan psychiczny, co zaowocuje drażliwością i humorami. Dlatego zastanawiał się, czy powinien ją w to wciągać. Czy nie lepiej byłoby poczekać, aż się ze wszystkim upora — o ile się upora — i ewentualnie wtedy prosić o jeszcze jedną szansę. Miał to już jakoś poukładane. Nie przewidział tylko, że ona może go spotkać właśnie w szpitalu — tam, gdzie niczego nie da się ukryć. Dzisiaj nie miał siły z nią walczyć. Może sama zrezygnuje albo on spróbuje z nią jeszcze porozmawiać, kiedy będzie w lepszej formie. Na razie pozwolił sobie cieszyć się jej obecnością. Po cichu.
Przymknął oczy. Liwia położyła mu na czole dłoń. Poczuł delikatne ukojenie, jakie niósł chłód jej skóry. Wypuściła jego rękę, co przyjął z lekkim niezadowoleniem. Po chwili poczuł na czole wilgoć. Położyła mu kompres. Drgnął lekko, ale nie otworzył oczu.
— W porządku? — zapytała cicho.
Mruknął coś niewyraźnie, ale z tonu można było wywnioskować, że to aprobata.
Liwia przez chwilę siedziała obok niego w ciszy. Patrzyła, jak oddycha. Jak napięcie w jego ramionach powoli odpuszcza. Kiedy kompres stracił chłód, Liwia zamoczyła go ponownie, po czym znów delikatnie przyłożyła go do jego czoła.
— Nadal nie mogę się przyzwyczaić do tego, że tu jesteś — powiedział nagle cicho.
— Antek, nie myśl teraz o tym — odparła. — Odpoczywaj, zdrzemnij się. Będzie czas na to, żeby się posprzeczać kto, gdzie powinien być — dodała sprawiając, że na jego twarzy znowu pojawił się uśmiech.
— Czyli zakładasz, że ten moment nadejdzie? — zapytał przekornie.
— Oczywiście, dlatego tym bardziej musimy poczekać, żeby mieć równe szanse na wymyślanie kontrargumentów. Tak naprawdę wszystko będzie zależało od tego, czy pozwolisz zwyciężyć rozumowi czy sercu.
— Skąd wiesz, że moje serce ma tu cokolwiek do powiedzenia? — spytał.
— Gdyby nie miało to już dawno wyrzuciłbyś mnie z tej sali i zabronił lekarzom mnie wpuszczać — odparła. — A tamten romantyczny spacer, kiedy sypał śnieg odbył się z litości? — odbiła piłeczkę.
Antek momentalnie otworzył oczy.
— To ty nie masz litości — rzekł oskarżycielskim tonem. — Tamten spacer… — urwał, bo głos odmówił mu posłuszeństwa — był pełen nadziei — dodał po chwili.
— Nadziei na co, Antku? — zapytała Liwia pochylając się lekko w jego stronę.
— Na to, co może nigdy nie nadejść — odpowiedział cicho.
— A może właśnie nadeszło? Zrobiłeś, co mogłeś, żeby mnie tu nie było, a mimo to jestem.
Zamilkli na chwilę. Jego wzrok zawisł na jej twarzy.
— A jeśli cię skrzywdzę? — zapytał w końcu, całkiem odsłaniając się w tym pytaniu. — Nie przez złe intencje, tylko przez całą tą sytuację.
Liwia nie odwróciła wzroku. Nie poruszyła się nawet o centymetr.
— To wtedy też tu będę — powiedziała spokojnie. — Tylko trochę bardziej wkurzona.
Antek parsknął krótkim śmiechem. Słabym, ale prawdziwym.
— Ty naprawdę jesteś uparta — stwierdził.
— Nie, po prostu wiem, że czasem warto być blisko, nawet jeśli nie wiadomo, co będzie dalej.
Antek spoważniał.
— Boję się. Nie wiem, czy jestem gotowy na to, żeby dać się pokazać od swojej najsłabszej strony — wyszeptał.
Liwia wzięła go za rękę.
— Nie zrobię niczego, co będzie cię męczyło, krępowało albo sprawiało ci dyskomfort — odparła. — Na razie pozwól mi przyjść tu jutro.
Przez chwilę się w nią wpatrywał, a potem skinął głową i opadł na poduszkę.
* * *
Przyszła następnego dnia. Stanęła w wejściu i rzuciła to swoje „hej”. Potem podeszła do łóżka i przyjrzała mu się uważnie.
— Jak się czujesz?
To pytanie też było stałym punktem programu
Posłał jej słaby uśmiech.
— Wiesz, chciałem powiedzieć, że świetnie, ale jakoś nie mam siły kłamać.
Liwia uśmiechnęła się lekko.
— No to dobrze.
— Co dobrze?
— Że nie masz siły kłamać. Wolę prawdę.
Antek parsknął cicho.
— No to prawda jest taka, że czuję się jak wrak człowieka.
— Tak myślałam.
Bez pytania usiadła obok i sięgnęła po chłodny kompres. Przyłożyła go do jego czoła delikatnym ruchem.
— Naprawdę uparłaś się, żeby być tu codziennie? — zapytał nagle.
Rzuciła mu spojrzenie.
— Po prostu daję ci szansę na przebywanie w doborowym towarzystwie.
— Czy może próbujesz na mnie swoich psychologicznych sztuczek i czekasz, kiedy będę chciał się wygadać?
— Nie czekam na to specjalnie. Masz prawo przeżywać wszystko na swój sposób. Nie chcę być przy tobie psychologiem.
Spojrzał na nią uważnie.
— A kim chcesz być?
— Przede wszystkim przyjacielem. Chcę, żebyś czuł się przy mnie tak, jak wtedy na kolacji. Swobodnie, bezpiecznie, żebyś mi kiedyś zaufał.
Spuścił wzrok.
— Tylko teraz jestem trochę w innej sytuacji niż wtedy na kolacji — powiedział cicho. — Nie jestem tak pewny siebie jak wtedy.
— Każdy ma chwile zwątpienia.
— Nie mam siły, żeby się tobą zaopiekować.
— Nie zawsze potrzebna jest siła, czasami wystarczy obecność.
— Moja przyszłość jest niepewna.
— Moja też.
— Jestem teraz totalnie skupiony na sobie. Moje myśli krążą głównie wokół jednego tematu.
— Teraz większość uwagi będzie się skupiać na tobie, ale przyjdą momenty, w których to wszystko zacznie się stawać rutyną.
— Boję się.
— Więc możemy ten strach podzielić między więcej osób. Albo między nas dwoje.
— Nie chcę być dla ciebie ciężarem.
— Nie każdy ciężar jest nie do zniesienia.
Antek podniósł wzrok. W jego spojrzeniu pojawił się mały ognik.
— Zaczynasz wkurzać mnie tym, że na wszystko masz racjonalną odpowiedź — powiedział.
Liwia uśmiechnęła się szeroko
— Na to nie mam — odrzekła zrezygnowanym tonem.
Antek spojrzał na nią z niedowierzaniem i parsknął śmiechem.
— A jutro? — zapytał.
Liwia przechyliła głowę.
— A jutro co?
— Jutro też będziesz miała czas?
Zaczepił ją. Ale w jego głosie było coś więcej.
Zamiast odpowiedzieć od razu, pochyliła się i ostrożnie poprawiła kompres na jego czole.
— Myślę, że się znajdzie — odpowiedziała po chwili. — O ile nie wkurzę cię bardziej.
Uśmiechnęła się.
— Tamten wieczór… — zaczął nagle Antek cicho — miał być początkiem. Ale potem… diagnoza, strach przed leczeniem, przed tym, co będzie… Widziałaś na tym oddziale ludzi po chemii, widziałaś ich rodziny, które płaczą po kątach, żeby przy chorych udawać silnych. Po leczeniu czeka mnie operacja. Potem pewnie dalsze leczenie. Przez długi czas będę… sama wiesz. Chciałem ci tego oszczędzić. Zrobiłem to w sposób radykalny, żebyś przestała mnie lubić, żebyś się na mnie wkurzyła, stwierdziła, że jestem beznadziejny i zapomniała o mnie. A ty wparowałaś tutaj bezczelnie, rozgościłaś się i podważasz każdy mój argument. Liwia… — Głos mu się załamał. Antek przerwał na chwilę i westchnął ciężko — jeśli wyciągniesz do mnie dłoń, mogę ją chwycić i już nie chcieć jej wypuścić. Naprawdę poradzisz sobie z tym?
Liwia patrzyła na niego a wzruszenie ściskało jej gardło. To był moment na jej decyzję. Antek już ją podjął.
— Wierzę, że nie jesteśmy w tym sami — rzekła. — Że czuwa nad nami Boża Opatrzność. Może tam, gdzie Ty widziałeś koniec, On widział początek? Nie wiemy, co będzie jutro ani pojutrze. Wiemy tylko, co dzieje się tu i teraz.
Liwia wyciągnęła przed siebie rękę.
— Chcę, żebyś ją chwycił i możesz trzymać ją tak długo, jak chcesz albo jak długo będziesz potrzebował. Możesz robić to w przenośni i dosłownie. Nie potrafię zostawić ciebie z tym wszystkim więc tylko ty możesz zdecydować, gdzie postawić granicę.
Antek nie odpowiedział, ale po chwili jego dłoń odnalazła jej palce i zacisnęła się na nich z nieoczekiwaną pewnością. Jego powieki zaczęły się zamykać, oddech zwolnił. Tym razem nie walczył ze zmęczeniem — pozwolił sobie odpłynąć czując, że właśnie otrzymał coś bardzo cennego, czego utrata może go wiele kosztować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz