poniedziałek, 8 września 2025

Rozdział 27

Inez i Piotr 

Następnego wieczoru, Piotr znowu zorganizował dla nich wyjście. Tym razem już bez rodziny, ale nie powiedział, dokąd pójdą. Kiedy znaleźli się na głównej ulicy od razu otoczyły ich różnorodne dźwięki i zapachy. Inez stała przez chwilę w bezruchu z szeroko otwartymi oczami. 

O rany… – szepnęła. Do tej pory widziałam to tylko w filmach. 

Teraz masz na żywo odparł Piotr z uśmiechem i pociągnął ją za rękę. Chodź, musimy zdążyć na metro. 

Metro? 

Prawdziwy Nowy Jork zaczyna się pod ziemią. 

Zeszli do stacji. Inez trzymała się Piotra kurczowo jak dziecko, które po raz pierwszy wsiada do rollercoastera. Ludzie mijali ich w szaleńczym tempie, nikt się nie zatrzymywał, nikt nie patrzył. 

Piotr, tu śmierdzi jak… skrzywiła się wolę nie wiedzieć, co. 

Witamy w New York City, kochanie. 

Inez nie mogła nie zauważyć, że kochanie” w jego ustach zabrzmiało bardzo naturalnie. Komponowało się z nocnym klimatem tego miasta. I pasowało jej, jak nigdy.  

W wagonie metra usiadła i już po chwili obok niej usadowił się jegomość grający na banjo. Na głowie miał czapkę w kształcie hamburgera. Inez spojrzała na Piotra szeroko otwartymi oczami. 

Czy… to się dzieje naprawdę? spytała. 

Tak potwierdził. I to nie koniec. 

Dojechali do Midtown, a potem Piotr poprowadził ją przez kilka przecznic aż dotarli do eleganckiej kamienicy. 

Co my tu robimy? zdziwiła się Inez. 

Zaglądamy do mojej znajomej rzucił Piotr z tajemniczym uśmiechem i nacisnął domofon. 

Po chwili weszli do środka. Wnętrze wyglądało jak te, których fotografie umieszczano w znanych designerskich magazynach — marmurowa posadzka, lustra w złotych ramach i olbrzymi wazon z kwiatami... Inez ukradkiem dotknęła płatków. Były żywe. 

Piotr, my tu pasujemy jak boczek do wegańskiej restauracji szepnęła. 

Zanim zdążył odpowiedzieć, w pomieszczeniu pojawiła się starsza kobieta ubrana w coś pomiędzy szlafrokiem a wieczorową suknią. Na głowie miała turban, bogato zdobiony piórkami i koralikami. 

Petruś! zawołała z wyraźnym wschodnioeuropejskim akcentem. Myślałam, że przyjedziesz z tą twoją aktorką z serialu o lekarzach! 

Z kim?! spytała Inez. 

Potem ci wytłumaczę odpowiedział cicho. Nie, tym razem jestem z najpiękniejszą kobietą z Polski powiedział i wskazał na Inez. Przedstawiam: Inez.  

Ooooo, Polka? A ja jestem Białorusinka Kobieta przytuliła Inez tak mocno, że ta straciła równowagę i wylądowała na obfitej piersi gospodyni. Jak się masz, moje słoneczko? Mów mi Lila. To od Liliya. Bardzo dobrze, że tu jesteś! Piotr mówił, że ty pięknie pieczesz. Ciasto? Serniczek? Tak? 

Yyy… tak… znaczy yes… I bake… much cake Inez plątała się w odpowiedziach próbując jednocześnie się uśmiechać i nie zostać uderzoną długim kolczykiem Białorusinki. Po chwili uwolniła się z objęć. 

Serniczki też. dodał Piotr z powagą. Ale dzisiaj niczego nie pieczemy, dzisiaj idziemy do kasyna. 

Kasyna?! Inez zrobiła wielkie oczy. Mając na myśli przygodę w Nowym Jorku myślałam o zwiedzaniu Piątej Alei. 

Tam już byliśmy, przed świętami. Teraz czas na coś bardziej szalonego. 

Piotr zaprowadził ją na piętro do gościnnej sypialni z łazienką. 

Masz pół godziny powiedział. Przebierz się, zrób się na bóstwo. Buty masz pod łóżkiem, kosmetyki są w szufladzie. A jak czegoś ci zabraknie to napisz mi smsa. 

Odwrócił się, żeby wyjść. 

Piotr zatrzymała go. Kim jest ta twoja aktorka z serialu o lekarzach? spytała naśladując głos Lili. 

Koleżanką, z którą kiedyś tutaj byłem odpowiedział spoglądając na nią. 

Aha 

Zawrócił i stanął przed Inez patrząc na nią badawczo. 

I na pewno więcej z nią tutaj nie będę dodał. Ani nigdzie indziej. 

Ok. 

To idę. 

W porządku. 

Kiedy za Piotrem zamknęły się drzwi, Inez rozejrzała się po pokoju. Wszystko było w idealnym porządku. Jakby nikt nigdy nie dotykał rzeczy w nim się znajdujących. Pachniało świeżym praniem i drogimi perfumami. Kiedy zobaczyła leżącą na łóżku wieczorową suknię w kolorze starego złota z lejącego materiału prawie zemdlała z wrażenia. Do tego były czarne buty i dodatki. Kosmetyki też były nowe. Skąd u Piotra dostęp do takich luksusów, zastanawiała się. Skoro miała zrobić się na bóstwo, musiała najpierw się odświeżyć. Weszła do łazienki i… zamarła. Marmurowe kafelki, podświetlane lustra, ogromna wanna, prysznic większy niż jej sypialnia i… toaleta. A raczej urządzenie, które tylko z grubsza przypominało znany jej sedes. Podeszła bliżej. Z boku wystawał panel sterujący. Guziki, światełka, dziwne symbole jeden wyglądał jak fontanna, drugi jak rurka z fontanną, a trzeci jak… podwójna fontanna? 

Nie… mruknęła. Nie teraz. Ja tylko chciałam się załatwić. Czy to tak dużo? 

Dotknęła ostrożnie pokrywy. Nic się nie stało. Nacisnęła przycisk. Toaleta wydała z siebie dźwięk „bip” i… dalej nic. Inez westchnęła ciężko i chwyciła za telefon. Zrobiła zdjęcie i wysłała na rozmowę grupową do dziewczyn. Dziewczyny, ratunku. Tu jest kibelek jak z kosmosu. Jak to się obsługuje? Pierwsza odpisała Janka: HAHAHA! To nie kibel, to centrum dowodzenia NASA! Liwia napisała po chwili: Naciśnij pierwszy przycisk z lewej. On wygląda na otwierający klapę. Inez: Nacisnęłam. Nic się nie dzieje. Janka: Może trzeba coś powiedzieć? „Open Sesame”? 🤣 Inez: Bardzo śmieszne. Ja się zaraz posikam. Liwia: Antek mi zerka przez ramię (i ryje ze śmiechu). Mówi, żebyś spróbowała zamachać gdzieś w pobliżu nogą, ręką. W pobliżu czego? Zrezygnowana Inez zbliżyła się ponownie i… wtedy pokrywa sedesu uniosła się automatycznie. Inez aż podskoczyła. Dobra. Sam się otwiera. Mamy przełom, napisała do dziewczyn. Usiadła nieufnie, gotowa uciekać w każdej chwili. Ale wszystko szło dobrze. Do momentu, gdy niechcący nacisnęła coś łokciem na panelu. Psssst! 

Zimny strumień wody wystrzelił spod siedzenia, trafiając ją centralnie tam, gdzie absolutnie nie chciała zostać trafiona. 

Aaaaaaa!! wrzasnęła zrywając się z miejsca. 

Toaleta z szumem zaczęła się sama myć, zamknęła pokrywę i zagrała melodię „Für Elise”. Inez stała w samym ręczniku, z mokrą pupą i nie wiedziała, czy płakać, czy się śmiać. Ktoś zapukał do drzwi. 

Is everything alright, miss? usłyszała męski głos. 

Everything is very clean, thank you rzuciła, dusząc śmiech. 

Zerknęła na telefon, który zawibrował w jej dłoni. Janka napisała: Żyjesz? zapytała Janka. Tak. Jestem świeża jak nigdy, odpisała Inez. Idę pod prysznic. Wygląda normalnie, ale nigdy nie wiadomo..., dodała w kolejnej wiadomości. W razie czego zgłosimy, żeby szukali cię w czeluściach Hudson River, odpisała Janka. Liwia wysłała tylko roześmiane buźki. Inez odłożyła telefon i poszła odkrywać kolejne łazienkowe niespodzianki. 

Kiedy kilkadziesiąt minut później Lila wprowadziła ich do jednego z najbardziej ekskluzywnych kasyn w Nowym Jorku, wyglądali jak para z okładki magazynu. Nikt nie rozpoznałby w Piotrze człowieka, który rano pił kawę w dresie, a w Inez dziewczyny, którą trzeba było instruować, jak działa azjatycka inteligentna toaleta. Ich gospodyni szepnęła coś Piotrowi na ucho wskazując różne miejsca w sali, a potem gdzieś poszła. Mężczyzna wymienił gotówkę na żetony. Inez miała zamiar podejść do jakiegoś kolorowego automatu z jednookim bandytą, ale Piotr złapał ją za rękę i pociągnął w stronę ruletki. 

Ty chyba żartujesz mruknęła, kiedy kazał jej obstawić pole. 

Wcale nie. To jedna z bardziej przewidywalnych gier. 

Tak, przewidywalna jak pogoda w marcu. 

Spokojnie. W razie czego ja stawiam. Baw się. 

Nie była przekonana, ale z pomocą Piotra rzuciła żeton na jakiś numer i czekała. W tym czasie rozejrzała się po sali i zauważyła, że po drugiej stronie stołu do ruletki stoi grupa dobrze ubranych facetów. Z daleka słyszała, że mówią bardzo ekspresyjnym tonem więc stawiała na to, że są Włochami. Inez przypomniała sobie wszystkie filmy gangsterskie, jakie kiedykolwiek oglądała. Wszystkie kończyły się źle. Koło się zatrzymało. Krupier oznajmił wynik, a ona… wygrała. 

CO?! wyrwało jej się. To znaczy… o, super. 

Widzisz? Piotr uśmiechnął się zadowolony. A mówiłaś, że to przypadek. 

Zaczęła zbierać wygraną, ale zauważyła, że włoska ekipa nagle zrobiła się bardzo zainteresowana jej działaniami. Jeden z mężczyzn powiedział coś do drugiego, skinęli głowami i ruszyli w ich stronę. 

Piotr… może wymienimy te żetony? szepnęła. 

Dobry pomysł. 

Szybkim krokiem udali się do okienka. Inez zaczęła się lekko pocić, a jej wewnętrzny alarm wył jak straż pożarna. Włosi szli za nimi. Piotr to zauważył. 

Weźmy tę kasę i spadamy stąd mruknął. 

Tak tylko… oni zastawili nam wyjście odparła przez zaciśnięte zęby, kiedy obracając się lekko dostrzegła, że dwóch z nich ustawiło się na drodze do drzwi. 

That’s not what we agreed on powiedział jeden z Włochów, patrząc na Piotra. 

Bierz kasę i wyjdź przez zaplecze. Ja zajmę się resztą i przyjadę po ciebie. 

Jaką resztą?! Inez spojrzała na niego jak na wariata. 

Nie dyskutuj teraz. Mamy może minutę przewagi. 

Inez na moment zamarła. Piotr wyprostował się, spojrzał na Włocha bez mrugnięcia okiem. 

We didn’t agree on anything. Maybe you should back off before this evening gets… unpleasant. 

Ton jego głosu był spokojny, ale tak lodowaty, że Inez poczuła, jak przechodzi ją dreszcz. Nie czekała dłużej na to, co się stanie. Pobiegła w stronę zaplecza. Szła szybko, nawigując wzrokiem po ścianach aż zauważyła drzwi „Staff Only”. Pociągnęła za klamkę. Zamknięte. Walnęła pięścią. Po chwili otworzyły się i stanął w nich wielki mięśniak. 

Can I help you, miss? 

Yes. Piotr… my boyfriend… I mean… he said I should go here. Inez mówiła, jakby jej język był z waty, ale wystarczyło imię. 

Come in mężczyzna zrobił przejście. What did Piotr say? 

That we meet in the car. 

Wyszli na tyły kasyna. W ciemnej alejce rozbłysły światła, a chwilę później samochód niemal z piskiem hamulców zatrzymał się przed nią. Drzwi od strony pasażera otworzyły się. 

Wsiadaj powiedział Piotr z wnętrza auta. 

Samochód gładko sunął przez nocny Nowy Jork. Piotr patrzył przez szybę, jak światła miasta odbijają się w mokrym asfalcie. Inez siedziała w milczeniu przez całą pierwszą minutę jazdy. Drugą już nie wytrzymała. 

Powiesz mi, o co w tym wszystkim chodziło. 

Piotr milczał jeszcze chwilę. W końcu westchnął. 

Mieli jakąś ustawkę co do wygranej. Pomylili mnie z innym gościem, bo wszedłem taki elegancki, pewny siebie i nieznajomy. Na szczęście pojawiła się Lila i wyjaśniła im, że ja jestem tylko jej znajomym i przyszedłem się zabawić. 

To dlaczego nie bawimy się dalej tylko uciekamy? 

— Bo się nabuzowali i zrobili nerwowi. Lepiej się tam teraz nie kręcić. 

Uśmiechnął się kątem ust. Inez spojrzała na niego z ukosa. Złość trochę z niej zeszła. 

Nic ci nie zrobili? 

Nie. I nie zrobią. 

Dlaczego to wszystko brzmi jakoś dziwnie w twoich ustach? 

Nie wiem - odparł Piotr. Bo sobie dokładasz do tego drugie tyle w swojej wyobraźni? Nie ma w tych zdarzeniach żadnego ukrytego dna. Nie mam powiązań z mafią. Po prostu chciałem zorganizować nam ciekawy wieczór. Lila nie powiedziała, że szykuje się taki cyrk u nich. Poszlibyśmy gdzieś indziej. Ale za to wygrałaś niezłą kasę. Musimy to wszystko legalnie załatwić, żeby się nikt doczepił przy kontroli. 

Świetnie, podnoś mi dalej ciśnienie odparła Inez zgryźliwie. Gdzie my w ogóle jedziemy? zainteresowała się. 

Na razie do domu Lili. Odstawię jej auto i zabierzemy nasze rzeczy. 

Ale nie nocujemy tam? 

Nie, wracamy do domu. 

To dobrze, nie mam ochoty na kolejne przygody z toaletą z chińskim panelem sterowania. 

Piotr parsknął śmiechem. 

To stąd były te krzyki... mruknął. 

Inez spojrzała na niego z przerażeniem w oczach. 

Słyszeliście mnie? 

W całym domu.  

Kobieta opadła na oparcie siedzenia i zamknęła oczy. 

Nigdy już z tobą nigdzie nie polecę. Narobiłam sobie i tobie wstydu za wszystkie lata stwierdziła. 

Nie przesadzaj rzekł Piotr. Lila była zmartwiona, że zapomniała ci powiedzieć, jak się to obsługuje. Twoja... godność bardzo ucierpiała? zapytał z łobuzerskim uśmieszkiem. 

Moja godność była raczej mocno zaskoczona odparła Inez z całym dostojeństwem. 

Roześmiali się oboje. Jakkolwiek skończyła się ich szalona przygoda, Inez wiedziała, że zapamięta ją na całe życie. Inni zwiedzali sobie muzea, zabytki, najważniejsze punkty na mapie Nowego Jorku. Ona uciekała przed mafią z kasyna. Szkoda, że ktoś tego nie nakręcił. Może jeszcze zrobiłaby karierę w Hollywood? Zamiast pracować w piekarni. A właśnie... 

Piotr 

Mhm? 

Ja nie piekę serniczków. 

 

Janka i Rafał 

Janka na święta wyjechała do rodziny na wieś. Jej rodzice z pomocą syna i synowej, prowadzili niewielkie gospodarstwo, z którego zawsze przywoziła jakieś smakołyki. Kiedy weszła do dyżurki z reklamówką wypchaną po brzegi, zapachniało świeżo wypieczonym chlebem, wędzonym boczkiem i czymś, co kojarzyło się z domem na wsi. Postawiła siatkę na stole i uśmiechnęła się do zebranych kolegów i koleżanek. 

— Święta przeżyłam. Rodzina też. Przywożę wam trochę wiosennej dobroci — oznajmiła. 

Miłodziad, który już od progu łypał na torbę z miną łowcy, podszedł szybko, jakby bał się, że ktoś inny zdobędzie łup przed nim. 

— Czy to… czy to są prawdziwe jajka? Takie od kur, które mają imiona? 

Janka parsknęła śmiechem. 

— Tak, Miłodziad. Każde jajko ma swoją kurzą historię. Tam masz nawet podpisaną partię od Felicji i Teodory. Te niosą najlepsze. 

— Cudownie. — Pochwycił jedno jajo jak relikwię. — To będzie najsmaczniejsza jajecznica. Napiszę poemat przed jej smażeniem. 

Janka rozpakowała torbę i zaczęła rozdzielać: jajka, słoik z pasztetem, kiełbasa, chleb na zakwasie, a nawet kilka słoików ogórków kiszonych „takich jak kiedyś”. 

— Mam więcej w domu. A jak ktoś będzie bardzo miły, może dostanie mały słoiczek konfitury z mirabelek. Moja bratowa robi takie, że można się w nich zakochać. 

Miłodziad spojrzał na nią poważnie. 

— To ja oficjalnie przechodzę na tryb nadzwyczajnej uprzejmości. 

Nie rozpędzaj się, bo i tak nie masz szansrozległo się od progu. 

Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę i zobaczyli stojącego w drzwiach Rafała. Jeśli ktoś pomimo kul, potrafił nonszalancko opierać się o framugę, to właśnie on. Janka od razu poczuła, jak miękną jej nogi, ale ukryła swoje emocje, próbując upchnąć torbę z jedzeniem na niewielkiej półce. 

— Chcesz to zgnieść? — padło pytanie z jego strony podszyte lekką ironią. 

Zarumieniła się lekko czując, że wszystkie spojrzenia przesunęły się teraz na nią. Postawiła reklamówkę z powrotem na stole i uniosła wzrok.  

Jedzonko zostało już rozdzielonepowiedziała. Został tylko słoik najlepszej konfitury mojej bratowej dodała. 

Nie chciała mówić przy wszystkich, że osobna torba przysmaków dla rodziny Rafała czekała u niej w mieszkaniu, żeby im ją dostarczyć. W tym także słoik konfitury. Nieco większy niż ten, który wzięła do szpitala. 

I ja go zaklepałem oświadczył Miłodziad. 

Smacznego powiedział Rafał. Ja tylko wpadłem w odwiedziny wracając z rehabilitacji wyjaśnił. Do swoich ulubionych pielęgniarek dodał znaczącym tonem. 

A dużo ich masz?spytała Janka unosząc brew. 

Ulubionych wiele, ale tylko jedną wybraną. 

Fiu fiu skwitowała Ela, koleżanka Janki. 

Głodny jestem oznajmił nagle Miłodziad. Czy mogę sobie zrobić kanapkę z tych smakołyków? 

Janka pokiwała głową.  

— A dla swojego ulubionego pacjenta nie masz nic? spytała Ela rozbawiona całą sytuacją przenosząc wzrok z Janki na Rafała i z powrotem. 

Nie powiedziałam, że on jest moim ulubionym pacjentem odrzekła Janka.  

Jej odpowiedź wywołała salwę śmiechu. 

Obstawiam, że w domu ma jeszcze niejedną wałówkę stwierdził Miłodziad ze śmiechem krojąc grubą pajdę chleba. Miał przy tym minę, jakby chciał ją zjeść już wzrokiem. 

Jak to pachnie zachwycił się wciągając nosem powietrze. Jak położymy na tym pasztet i ogórka...  

W tym momencie zadzwonił telefon. Janka podniosła słuchawkę, przez chwilę słuchała po czym spojrzała na Miłodziada z mieszaniną rozbawienia i współczucia. 

Doktorze Dębski, jest pan proszony na SOR oznajmiła udając oficjalny ton. 

Miłodziad spojrzał na nią wzrokiem totalnie bez wyrazu, po czym wziął ukrojoną pajdę chleba, oderwał kawałek i wsadził sobie do ust. Następnie wyszedł z dyżurki bez słowa zabierając resztę kromki.  

Rozpacz w czystej postacirzuciła za nim Janka. 

Ja też będę się zbierał rzekł Rafał. Obiecałem dzieciakom, że zrobię im pizzę. Ale miło by mi było, gdyby się ktoś chciał ze mną pożegnać tak bardziej na osobności — dodał. 

Janka podeszła do niego z uśmiechem i razem wyszli na korytarz. Ruszyli w stronę windy, ale nie wzywali jej od razu. 

— Przyjdziesz wieczorem? — spytał Rafał. 

Kobieta zaprzeczyła. 

— Dzisiaj mam nockę — oznajmiła.Ale jutro wpadnę, jak się wyśpię. Jeśli mogę, oczywiście. 

— Możesz.  

Zadźwięczał dzwonek windy. Ktoś wysiadał na ich piętrze. Po chwili drzwi się otworzyły i wyszedł z niej pan Zbysiu — konserwator. 

— Kogo moje oczy widzą? — zawołał, kiedy zobaczył stojących razem Rafała i Jankę. — Tak tu sobie razem gruchacie, a nasza Siostra Szpila to powinna Rafałkowi wbić niejedną igłę i to porządnie za to dokuczanie jej kiedyś. 

— Niech mi pan wierzy, panie Zbysiu, że zrobiła to wiele razy — odrzekł Rafał wpatrując się w Jankę z uśmiechem. — Ale zadziałał mój urok osobisty i ją nieco obłaskawiłem po tylu tygodniach przebywania na jej oddziale. 

Przeniósł spojrzenie na konserwatora. 

— A co pan tu robi? Jest coś do naprawienia na ortopedii? 

Na razie nie, ale siostra Janka przywiozła mi coś dobrego z domu — odrzekł pan Zbysiu takim tonem, jakby zdradzał największy sekret. — Więc przyszedłem odebrać moją porcję. A ty? Zasłużyłeś na coś z tych pysznych smakołyków? 

Rafał roześmiał się. 

— Jeśli ja nie, to moje dzieci na pewno. A to oznacza, że mi też coś skapnie — powiedział. 

Ty to wiesz, jak się ustawić. 

— Raczej one wiedzą, jak ustawić mnie. 

Pozostali też się roześmiali. 

Janka spojrzała na pana Zbyszka i wskazała głową korytarz prowadzący do ich części oddziału. 

— Chodźmy, panie Zbyszku, wszystko czeka na lodówce. Bratowa zapakowała też kilka drożdżówek z jabłkami, takich z kruszonką. Wiemy, że pan lubi. 

Uwielbiam, ale nie śmiałem marzyć — westchnął konserwator, poprawiając czapkę z daszkiem. — Będę miał dzisiaj ucztę ruszył w stronę dyżurki. 

Rafał wezwał windę, ale jeszcze raz odwrócił się do Janki. 

— To ja się żegnam rzekł. 

Janka podeszła do niego bliżej, zerkając przez ramię czy pan Zbysiu już odszedł. Kiedy konserwator skręcił za zakręt i zniknął im z pola widzenia, spojrzała na Rafała. 

— Do zobaczenia jutro? upewniła się. 

Mam nadzieję odparł. 

Wspięła się na palce delikatnie się go przytrzymując i musnęła jego policzek lekkim pocałunkiem. Rafał na moment przymknął oczy. 

— Znowu będę o tym myślał pół dnia — mruknął. — Pewnie przypalę pizzę. 

— Nie zwalaj na mnie — uśmiechnęła się. — Dzieci ci nie wybaczą. 

Nadjechała winda i drzwi otworzyły się. 

— Tylko obiecaj, że ten słoik mirabelek jeszcze się dla mnie znajdzie rzekł Rafał wchodząc do środka. 

— Zobaczymy, czy zasłużysz — rzuciła zaczepnie. 

Drzwi windy się zamknęły, a Rafał zniknął za nimi. Janka ruszyła za panem Zbyszkiem. Na twarzy miała uśmiech, a jej serce już tęskniło za kolejnym spotkaniem. 

To się porobiło stwierdził pan Zbysiu, który czekał za zakrętem. Szkoda Rafała, bo to zawsze wypadek i połamanie kości niczym dobrym nie jest, ale gdyby nie to, to może by się już nigdy nie zakochał. A młody, przystojny czemu nie miałby sobie znaleźć kogoś na resztę życia? Dzieciaki ma fajne, ale kiedyś pójdą w świat. A po pani też widać szczęście. 

No cóż, trochę mnie zaskoczył przy bliższym poznaniu odparła pielęgniarka. 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rozdział 46

Inez, Piotr i Jacek     Kilka dni później, w ciepłe letnie popołudnie , Inez z Piotrem i Jackiem wybrali się do budynku na Starym Mieście. ...