poniedziałek, 8 września 2025

Rozdział 26

Inez i Piotr 

Było późne popołudnie mimo to w piekarni pachniało jeszcze świeżym chlebem. Lokal przed chwilą został zamknięty, a pracownicy zabrali się za sprzątanie. Inez wycierała blat ściereczką, automatycznymi ruchami. Była zmęczona. Ostatnie dni były dla niej ciężkie pod względem psychicznym. Teraz, kiedy wszystkie sprawy zostały wyjaśnione czuła, jak napięcie powoli zaczyna z niej schodzić. Wciąż jednak nie czuła się w stu procentach pewnie. Miała poczucie, że za chwilę jakiś kolejny problem wyskoczy do jej życia jak królik z kapelusza. 

Piotr, który przyszedł przed samym zamknięciem, siedział teraz na stołku przy ladzie i obserwowałod jakiegoś czasu w milczeniu 

— Inez — odezwał się nagle. 

Hmm? 

Jak skończysz to jedziemy do ciebie. Masz jakąś godzinę, żeby się spakować na tydzień — oznajmił. 

Zatrzymała się z dłonią zawieszoną nad blatem, powoli odwracając głowę. 

— Co? 

— Lecimy do Nowego Jorku. Dzisiaj. Wieczorem. 

Zamrugała. 

— Oszalałeś? 

— Troszeczkę. — Wyszczerzył się lekko. — Mam bilety. Znalazłem okazyjne. Wylot o świcie.  

— Piotr… 

— Nie mów nic. Po prostu… daj się namówić. Tydzień nowojorskiego powietrza, kawy z papierowego kubka, spacerów po Manhattanie, głupiego śmiechu i ciebie ze mną. Tak po prostu. 

Mam na głowie swój biznes — rzekła powoli tonem, jakim tłumaczy się komuś, że jego pomysł jest nierealny do wykonania. 

— Nie upadnie — odparł mężczyzna. — Jacek i Andrzej świetnie sobie poradzą. 

— Dlaczego rządzisz się w moim imieniu? 

— Bo widzę, że padasz na twarz i potrzebujesz trochę odskoczni. Poza tym — potrzebujemy chwili dla siebie. Tylko we dwoje, żeby coś odbudować. 

Inez patrzyła na niego przez dłuższą chwilę, jakby próbowała odczytać, czy naprawdę mówi poważnie. W końcu odłożyła ściereczkę i oparła się biodrem o blat, splatając ręce na piersi. 

A nie było jakiegoś miejsca bliżej? — spytała z ironią. — W zasięgu granic naszego kontynentu, na przykład. 

— A byłaś kiedykolwiek w Nowym Jorku? — zapytał Piotr. 

Jakoś się nie złożyło. 

Piotr wzruszył ramionami i uśmiechnął się łobuzersko. 

— I nie chciałbyś nigdy tam polecieć? 

— Tego nie powiedziałam, ale czemu akurat dzisiaj? 

Inez, mówiłaś, że na święta nic cię tutaj nie trzyma. Więc spędzimy je z moją rodziną tam. 

To fakt, Inez nie miała bliskiej rodziny w kraju, bo jej rodzice zmarli jakiś czas temu, a siostra z mężem mieszkała za granicą. Faktycznie, święta mogła spędzić w każdym miejscu, byleby mogła iść do kościoła. 

Poczuła nagle coś dziwnego — lekkie drżenie w brzuchu, jak dawniej przed czymś nieprzewidywalnym i ekscytującym. Szalonym. Ostatni raz coś takiego zrobiła… nie pamiętała, kiedy. 

Ok, zróbmy to. — powiedziała cicho. — I tak w święta prawie nikogo tu nie będzie. 

Piotr uniósł brwi. 

No to… do dzieła — rzekł. 

 

Liwia i Antek 

Ostatnie dni przed świętami były dość intensywne. Liwia starała się kończyć pracę o takich godzinach, żeby móc uczestniczyć w nabożeństwach, a po nich wygospodarować jeszcze trochę czasu dla Antka. On za to miał go w nadmiarze. Nadal czuł się słabo. Jego niemoc, to że nie może w pełni uczestniczyć w przygotowaniach do świąt oraz leczenie sprawiały, że był bardzo rozdrażniony. Każda drobnostka była jak zapalnik. Drobne niepowodzenia, których kiedyś by nie zauważył, teraz stawały się nie do zniesienia. Raz krzyczał. Innym razem milkł, zawieszał spojrzenie gdzieś w pustce i odpływał — jakby znikał na chwilę z tego świata. Cała sytuacja była trudna zarówno dla niego samego jak i jego bliskich. Ale musieli to przetrwać. Liwia wiedząc, że Antek nie jest teraz w pełni sobą, starała się nie prowokować sytuacji do kłótni i czasami zaciskała zęby, żeby nie powiedzieć za dużo. 

Tego dnia przyjechała do niego, kiedy jego rodzina była jeszcze w kościele. W jej parafii nabożeństwo skończyło się wcześniej. Rodzice Antka zaufali jej do tego stopnia, że dostała osobny klucz do domu. Mogło się zdarzyć, że on sam nie był w stanie zejść, żeby jej otworzyć, a nie chcieli, żeby godziny jej przyjazdu były uzależnione od ich obecności. Miała iść prosto na górę, ale usłyszała jakiś dźwięk dochodzący z kuchni, a po chwili trzask rozbijającego się o podłogę naczynia. Ruszyła szybkim krokiem w tamtą stronę nie ściągając butów. Antek klęczał na podłodze, wokół niego leżały kawałki stłuczonego kubka. Z dłoni ściekała herbata prosto na jego dresowe spodnie. Na jednej nogawce tworzyła się też plama z krwi, która sączyła się z przeciętego palca. W Liwii natychmiast włączył się instynkt opiekuńczy. 

— Antek! — rzuciła, podchodząc błyskawicznie. — Skaleczyłeś się! 

— Nic mi nie jest — warknął.  

Spróbował się podnieść, ale jego kolana zadrżały, musiał się podeprzeć o blat. Widać było, że kosztowało go to więcej sił, niż chciałby przyznać. 

Opatrzę ci to. Liwia sięgnęła do jego ręki. 

Odsunął się, jakby dotknięcie jej dłoni miało go sparzyć. 

— Zostaw powiedział. 

— Antek, jesteś cały blady, ręka ci drży, zaraz się przewrócisz! 

— Zostaw mnie, do cholery! 

Jej dłoń zatrzymała się w pół ruchu. Zamrugała, zaskoczona siłą tego wybuchu. Podniosła wzrok na niego. Antek, rozdygotany, patrzył na nią z mieszaniną wstydu, bólu i wściekłości. 

— Nie rozumiesz? zapytał ostrym tonem. Nie chcę, żebyś wszystko robiła za mnie. Nie jestem dzieckiem! Każdy twój gest przypomina mi, że nie mogę już sam sobie poradzić. Że jestem… całkowicie bezradny i zależny dodał schrypniętym z emocji głosem. 

Liwia poczuła, że zapiekło ją pod powiekami. 

— Nie jesteś odparła cicho. To są chwilowe ograniczenia. Ja po prostu chcę ci pomóc. 

— Ale ja nie chcę twojej pomocy! — wybuchł. — Chcę odzyskać siebie, choć na chwilę. Przestać czuć się jak pacjent nawet we własnej kuchni! A ty, rodzice… jesteście wszędzie. Mam dość tego trzęsienia się nade mną. I choć to brzmi podle, ja naprawdę… chciałbym, żebyście..., żebyś ty czasem po prostu… zniknęła. 

Nastała cisza. Przeciągła, dławiąca, wydawało się, że nawet zegar przestał tykać. 

Liwia wzięła głęboki oddech, ale nie powiedziała nic. Nie ufała swojemu głosowi. Tym razem zabolało mocno i nie dała rady tego ukryć. Musieli ochłonąć oboje. Spojrzała tylko na jego dłoń, z której nadal sączyła się cienka strużka krwi. 

— W porządku — szepnęła. — Znikam. 

Odwróciła się, zanim zobaczył, jak jej oczy się zaszkliły. Po chwili lekko trzasnęły drzwi wejściowe. 

 

Antek opadł ciężko na krzesło, zamknął oczy i próbował ogarnąć, co się właśnie wydarzyło. W momencie, kiedy Liwia wyszła poczuł, jakby wraz z nią wydostało się ciepło z pomieszczenia. Poczuł ucisk w klatce piersiowej. Pokochała go z całym tym bagażem, który teraz wlókł ze sobą. W zamian on zranił, bo chciał gdzieś ulokować złość, która miała zasłonić strach przed faktem, że staje się coraz bardziej zależny od innych. Pomyślał, że chciałby chociaż na chwilę być w pełni sobą, iść za nią, przytulić, przeprosić. Ale nawet nie miał na to siły. Uderzył pięścią w stół. Zrobi to. Nie pozwoli pokonać się swojej chorobie. Wstał powoli i podszedł do szafki, żeby znaleźć pudełko z apteczką. Opłukał dłonie nad zlewem, osuszył i przykleił opatrunek. W dalszej kolejności posprzątał podłogę. Potem musiał chwilę odpocząć. Kiedy złapał oddech, poszedł na górę, wziął prysznic i włożył na siebie czyste ubrania. Tym razem nie dresowe. Spojrzał w lustro był gotowy. 

Gdy rodzice wrócili do domu, zastali go siedzącego przy stole w kuchni i ubranego do wyjścia. Spojrzeli na niego ze zdziwieniem. 

Wybierasz się gdzieś zapytała mama. 

— Tato — odezwał się Antek wstając. — Możesz mnie zawieźć do Liwii? spytał. 

Mogę odparł ojciec. Stało się coś? 

Tak. Dlatego muszę do niej pojechać. 

To chodźmy. 

Droga minęła im w milczeniu. Antek wpatrywał się w drogę przed sobą. Jechał nie wiedząc nawet, czy ona będzie w domu. Mogła wyjść do kościoła. Albo korzystając z ładnej pogody, poszła na spacer, by jakoś uciszyć myśli. Musiał zaryzykować. Tego nie dało się załatwić przez telefon. Ani przełożyć na jutro. Nie chciał zostawiać ani jej, ani siebie — z poczuciem niedopowiedzenia, żalu i ciężaru, który mógłby się tylko pogłębiać. Bo nie traktuje się tak kobiety, którą… urwał myśl po czym uśmiechnął się do siebie. 

 

Liwia otworzyła drzwi dopiero po dłuższej chwili — ubrana w dres, na bosaka i z zaskoczeniem w oczach. Nie spodziewała się go zobaczyć tak szybko. 

Antek…? — spytała zaskoczona. 

Stał na wycieraczce, blady, z ręką opartą o futrynę. Widać było, że dużo go kosztowało, żeby tu przyjść. Serce jej zadrżało. 

— Hej — powiedział cicho. — Mogę wejść? 

Nie odpowiedziała nic tylko ujęła go za rękę i poprowadziła do salonu. Z ulgą usiadł na kanapie i spojrzał na nią, ale tym razem nie potrafił niczego odczytać z jej twarzy. Chciał coś powiedzieć, ale Liwia powstrzymała go. 

Poczekaj — powiedziała cicho i zniknęła w kuchni. 

Po chwili wróciła z kubkiem herbaty. Podała mu go ostrożnie, pilnując, by mógł swobodnie chwycić. Upił łyk. Była lekko posłodzona, zapewne miodem tak, jak lubił. Ciepło rozlało mu się po wnętrzu, nie tylko od wypitego naparu. 

— Najlepsza herbata na świecie — rzucił z lekkim uśmiechem, patrząc na nią spod oka. 

— Nie podlizuj się — mruknęła, ale kącik jej ust drgnął delikatnie. — Skąd się tu wziąłeś? 

Tato mnie podrzucił — odpowiedział. 

— Mogłeś zadzwonić — zauważyła. 

— Nie mogłem — powiedział stanowczo. — Jesteś dla mnie zbyt ważna, żebym przepraszał cię przez telefon. 

— Rozumiem — Liwia spuściła wzrok, żeby Antek na razie nie widział jej oczu. 

Minusem tego było to, że ona nie też nie widziała jego. 

— Za co? — zapytała po chwili. 

— Za to się na tobie wyżyłem, że sprawiłem ci przykrość. I… skłamałem.Urwał na chwilę. — Wcale nie chcę żebyś zniknęładokończył ściszonym głosem. 

— Dlaczego? 

Wsunął rękę pod jej brodę i zmusił do podniesienia głowy. 

— Bo cię kocham. 

Spojrzała na niego wielkimi oczyma. 

— Grasz nie fair — stwierdziła po chwili. 

Delikatny uśmiech zaigrał w jego oczach. 

Uczę się od najlepszych — odparł. 

— Będziesz się na mnie jeszcze wyżywał? 

Pokiwał głową. 

Z pewnością — rzekł. — Ale będę cię też szybko przepraszał. I zawsze będę przywracał ci uśmiech.  

Przyciągnął jej dłoń do ust i pocałował. Odwróciła rękę i z czułością pogłaskała go po policzku. Czuła jeszcze w sobie ślad wcześniejszego bólu, ten ścisk w gardle, który pojawił się, gdy usłyszała tamte słowa w kuchni. Ale był już tylko cieniem. Bo wiedziała, że kochać kogoś naprawdę to czasem znaczy przyjąć cios, który tak naprawdę nie był wymierzony w ciebie. I powstrzymać się, żeby nie oddać. A potem poczekać, aż gniew opadnie i wróci spokój. A z nim prawda. 

Oboje byli świadomi, że przed nimi jeszcze wiele trudnych dni. Że czasem Antek znowu zamknie się w sobie albo powie coś, czego potem pożałuje. Że ona też nie zawsze będzie trzymać nerwy na wodzy. Ale dopóki każde z nich będzie potrafiło przyjść i powiedzieć szczerze „przepraszam, bo cię kocham” to przetrwają każdą burzę. Uśmiechnęła się lekko, nie odsuwając ręki. 

A ja zawsze zrobię ci herbatę — powiedziała. 

Przygarnął ją do siebie, a ona wtuliła się w jego ramiona. 

Tylko nie wiem, czy zawsze będzie z miodem mruknęła w jego koszulę. 

Parsknął cicho śmiechem. 

Wtedy osłodzę sobie ją inaczej odparł cicho. 

 

Inez i Piotr 

— Miał być romantyczny wyjazd — mruknęła Inez pod nosem, patrząc z niedowierzaniem na szyld nad wejściem do jednego z popularnych lokali karaoke w dzielnicy Brooklyn. — A nie test mojej odporności na żenadę. 

Było tuż po świętach Wielkanocnych. Pierwsze dni po przylocie, Inez i Piotr spędzili u jego rodziny. Razem chodzili do polskiego kościoła i spędzali wspólnie czas. Kiedy minęły święta, rodzina zaproponowała wspólne wyjście wieczorem. Objedzeni po ucztowaniu, chętnie przyjęli propozycję. Nie spodziewali się tylko, że ktoś rzuci hasło: „karaoke”. Inez nie należała do osób uzdolnionych wokalnie, a jej znajomość języka angielskiego należała raczej do poziomu podstawowego. Ubolewała nad tym nieco, słysząc jak Piotr płynnie rozmawiał z tymi osobami, które nie mówiły po polsku. Mimo to poszli, bo lepsze to niż siedzenie cały czas w domu. 

— To jest romantyczne — bronił się teraz Piotr ledwo powstrzymując śmiech. — Wiesz, ile par zakochuje się na nowo po wspólnym śpiewaniu „Total Eclipse of the Heart”? 

Ile? — zapytała patrząc na niego z niedowierzaniem. 

—  W sumie ja też nie wiem — przyznał. Ale to tylko zabawa. Powygłupiamy się, zrzucimy trochę kalorii. 

Zanim zdążyła się odwrócić, drzwi klubu otworzyły się z hukiem, a z wnętrza wypadło dwóch mężczyzn, jeden z hawajską girlandą na szyi, drugi z butelką w ręce fałszujący coś o życiu na krawędzi. Inez zrobiła krok w tył. 

Jesteś pewien, że chcemy tam iść? — spytała Inez. 

— Zaufaj mi. 

Piotr objął ją ramieniem i wszedł do środka z takim spokojem, jakby prowadził ją na kolację przy świecach. Udali się prosto do wynajętego prywatnego pokoju. W środku powitał ich hałas, kolorowe światła i znajome twarze. Inez zamrugała kilkakrotnie. 

— Czy to… twój kuzyn? — wskazała na mężczyznę w cekinowej marynarce, który właśnie wyginał się do „Living on a Prayer”. 

Mhm. — Piotr przytaknął. — A przy stole siedzi ciocia Ela. I brat cioci Eli, Witek, ten, co zawsze coś śpiewa dopiero po czterech piwach. Niektórych osób jeszcze nie znasz, ale nie martw się — to się szybko zmieni. 

— Skąd ich tu tyle? 

— Cóż… Wszyscy chcą cię poznać. 

— W barze karaoke? 

— Żebyś zobaczyła ich w najgorszym wydaniu od razu — rzucił rozbrajająco. — Potem już tylko z górki. 

Zanim zdążyła odpowiedzieć, rozległ się głos: 

— A teraz występ specjalny! Prosto z Polski! Inez i jej partner Piotr w utworze… „The Time of My Life”! 

Inez otworzyła usta, ale zanim zdążyła zaprotestować, Piotr pociągnął ją na scenę. 

Miejmy to z głowy — rzekł. 

Kiedy muzyka ruszyła, Piotr podniósł mikrofon, Inez stanęła obok niego z wyrazem rezygnacji na twarzy… który w połowie refrenu zmienił się w śmiech. Oboje fałszowali tak, że reszta rodziny momentami zatykała uszy. Ale za zaangażowanie dostali brawa. 

W trakcie przerwy między kolejnymi występami, Piotr wyszedł do toalety, a Inez właśnie sięgała po swojego drinka. Zanim jednak zdążyła się napić, obok niej pojawił się siwy, uśmiechnięty mężczyzna z wyjątkowo szerokimi ramionami i nieco zbyt ciasną koszulą w tropikalne liście. 

— Hello, dziewuszka! Nice… to meet you!  — powiedział z entuzjazmem i złapał ją za rękę ściskając mocno. 

Yyy… nice to meet you too — odparła ostrożnie. 

— Ja George! — oznajmił dumnie mężczyzna. — Uncle! YouPeter’s dziewczyna? 

Yesuncle George — odparła Inez próbując nie wybuchnąć śmiechem. — You speakPolish? 

— Trochę. — Wujek George zrobił zadowoloną minę. — Kiełbasa, pierogi, miłość! — wyrecytował niczym zaklęcie. 

— No i masz — mruknęła pod nosem Inez. — Najważniejsze słowa. 

— Inez… good Polish name. Like my babka. She… krzyczała a lot. 

— Co robiła? 

— Krzyczała! Much, loud! — Wujek rozłożył ręce i zademonstrował głośne: — GEORGE DO DOMU! 

Inez wybuchnęła śmiechem. 

— Wujku George, a wy często tak śpiewacie karaoke? 

Every weekend! Family tradition. You come again, yes? Next time we sing „Sto lat”! You know song? 

— Oczywiście — uśmiechnęła się. — Tylko po kilku drinkach, bo inaczej nie dam rady. 

— Perfect! — krzyknął, po czym podniósł palec w górę i dodał tryumfalnie: — Polska power! 

W tym momencie wrócił Piotr i usiadł z drugiej strony Inez.  

Wujku, ale u nas „Sto lat” śpiewa się, kiedy ktoś ma urodziny — rzekł. 

Oj, tam — machnęła ręką Inez. — Może ktoś będzie miał albo zaśpiewamy dla wszystkich od razu — dodała puszczając oko do George’a. 

Great idea! — ucieszył się. — I like you 

Thank youodparła Inez. — Ale śpiewamy razem. Po polsku. 

— Challenge accepted! — Wujek George stuknął się z nią szklanką i zawołał:  

— Na zdrowie! 

Piotr tylko parsknął śmiechem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rozdział 46

Inez, Piotr i Jacek     Kilka dni później, w ciepłe letnie popołudnie , Inez z Piotrem i Jackiem wybrali się do budynku na Starym Mieście. ...