Babski wieczór
Inez, Janka i Liwia
Przed samym rozpoczęciem długiego weekendu majowego, Inez, Janka i Liwia postanowiły spotkać się w babskim gronie. Co najmniej dwie z nich miały za sobą tak ciekawe przeżycia, że szkoda było nie podzielić się nimi z pozostałymi. Lokal, który tym razem wybrały mieścił się w centrum miasta. Ktoś miał świetny pomysł na jego aranżację. Dominował kolor w odcieniu miodu. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiające sielskie krajobrazy opływające tym słodkim przysmakiem. Menu było bogate w ofertę tak, że każdy mógł znaleźć coś dla siebie: od przystawek, przez dania obiadowe aż do różnych rodzajów pizzy. Kobiety zamówiły swoje wybrane potrawy i tradycyjnie już karafkę z winem.
— No dobra, — zaczęła Janka — u mnie w zasadzie nic się nie działo, ale mamy tutaj królową nowojorskich kasyn oraz gwiazdę czerwonych dywanów. Która pierwsza opowiada, co wyczyniała w ostatnim czasie?
— Zacznijmy od tych czerwonych dywanów — zaproponowała Inez. — Sama jestem ciekawa, jak to wyglądało na żywo. A, no i jak się spodobał Antek twoim rodzicom?
Liwia roześmiała się podnosząc kieliszek. Zrobiła to w taki sposób, żeby koleżankom rzuciła się w oczy jej bransoletka.
— Co to? — zainteresowała się Janka nachylając się, żeby lepiej obejrzeć biżuterię. — To od niego? — spytała.
— Pokaż. — Inez wzięła Liwię za rękę. Delikatnie dotknęła serduszka. — Uuuu, cudo — skomentowała.
— To już taki prezent z gatunku: „traktuję cię poważnie” — stwierdziła Janka. — Nieźle.
Liwka wzruszyła ramionami.
— Jest poważnie — rzekła jakby od niechcenia. — A co do samej gali...
— Czekaj, czekaj — przerwała jej Inez. — Co to znaczy „poważnie”?
— To znaczy, że wszystko chyba zmierza w jednym kierunku — odparła Liwia. — Ale na spokojnie. A co do gali... — wróciła do tematu. — Miałam stres, jak nigdy. Cały czas myślałam tylko o tym, żeby nie potknąć się o sukienkę i nie zrobić widowiska. Szczęśliwie wszystko skończyło się dobrze. Powiedziałam, co miałam do powiedzenia, podziękowałam i zeszłam ze sceny bez upadku.
— A wspólny obiad? Jak wypadł? — spytała Janka.
Liwia uśmiechnęła się i upiła łyk wina.
— Z początku wszyscy, może poza moim bratem, byli lekko spięci, ale potem już się zrobiło swojsko — rzekła. — A w ogóle to Aladyn też został nagrodzony — dodała.
— Antek odbierał nagrodę?
— Nie, nikt nie wiedział, że on jest związany z ta firmą. Michał odebrał statuetkę. Potem chwilę rozmawialiśmy. Później inni goście wciągnęli mnie w dyskusję, ale zauważyłam kątem oka, że Wojtek podszedł do Antka i mu powiedział coś, co go poruszyło. Nie wnikam... Niech zostawią sobie coś dla siebie.
— No to już oficjalnie, — Inez oparła się o oparcie krzesła z teatralnym westchnieniem — masz chłopa, co się nadaje. Gratulacje.
— To prawda — dodała Janka. — Widać, że on cię kocha i szanuje. A co było rano? — zaciekawiła się.
— Kiedy rano?
— No, pisałaś, że się wymieniliście pokojami na noc. To było takie zabawnie romantyczne, a co było potem?
Liwka upiła kolejny łyk wina i zachichotała.
— Zadzwonił do mnie po przebudzeniu i powiedział, że mam piękne i gustowne ubrania, ale wolałby włożyć swoje — rzekła. — Każde wróciło do swojego pokoju.
— Tak po prostu? — spytała Inez wyraźnie rozczarowana.
Liwia spojrzała na nią z rozbawieniem.
— A jak inaczej?
— Liczyłam na jakieś obudzenie pocałunkiem albo coś...
Janka roześmiała się.
— To nie Królewna Śnieżka — rzekła.
— A śniadanie zjedliście razem? — dopytywała Inez.
— Nie, osobno.
— Chcesz powiedzieć, że zeszliście się dopiero przy samochodzie?
— W recepcji.
— Co ty tak drążysz? — zniecierpliwiła się Janka. — Mają się całować cały czas?
— Oni się w ogóle nie całują — oznajmiła Inez.
— A co to? Harlequin jakiś? Widać mają swoje własne rozumienie romantyczności — stwierdziła koleżanka.
Inez nie wyglądała na przekonaną.
— Chłop, który wszystko trzyma na wodzy — podejrzane — mruknęła.
— Aż się boję zapytać, co wy robiliście z Piotrem w Nowym Jorku — rzekła Liwia. — Rozumiem, że u was aż kipiało od czułości — dodała z przekąsem.
— Właśnie też nie — Inez z westchnieniem oparła policzek na dłoni.
Pozostałe kobiety spojrzały na siebie i parsknęły śmiechem.
— A, czyli tobie tego zabrakło i sprawdzałaś, jak było u mnie, żeby mieć co wypominać Piotrowi? — zapytała Liwia. — No to przykro mi. Może trzeba było się zainteresować tymi Włochami, jak ci tak brakuje doznań? — zasugerowała.
Inez wyprostowała się.
— No, no, no. Bardzo zabawne — odparła. — Wcale nie było nam do śmiechu, jak się do nas doczepili. A Piotr normalnie... jak jakiś James Bond... zaczął się do nich stawiać. Dobrze, że ta cała Lila uratowała sytuację. Mam dość takich przygód na całe życie.
— Ale wygraną macie?
— No — Inez ożywiła się. — Udało się to wszystko załatwić tak, żeby nikt się nie doczepił.
— To co? Gdzie robicie następną ekspansję? — zapytała Janka. — Może na Sycylii? Kolegów spotkacie.
— Nie, dziękuję — oświadczyła Inez kategorycznie. — Teraz zabieram się za pracę w mojej piekarni. Ponoć niedaleko ma się wybudować jakaś sieciówka. Już się zaczynają reklamować. Może się okazać, że stracę klientów.
— Nie martw się na zapas. Bronicie się jakością.
— To się okaże. Tamci podobno też mają dobrą jakość, a ceny niższe — stwierdziła Inez ponuro.
— Ale macie stałych klientów od lat, tak łatwo was nie porzucą.
— Powiem Antkowi, że jak zaczną zamawiać słodkości u konkurencji to z nim zrywam — oświadczyła Liwia.
Koleżanki spojrzały na nią z zaciekawieniem.
— No dobra, żartowałam — przyznała rumieniąc się. — Ale oni na pewno nie przestaną robić zakupów u was.
— A ty, Janka? Co planujesz na majówkę? Masz jakieś wolne w pracy czy dyżur? — spytała Inez.
— Udało mi się wygospodarować trzy dni — odparła kobieta z triumfem. — Warto było wziąć dyżur w Wielkim Tygodniu. Jadę na wieś. Zabieram Rafała i jego dzieci.
— O, proszę — rzuciła Liwia. — Będzie przedstawienie rodzinie. Robi się poważnie.
— Zaraz tam poważnie. Na luzie, dobra okazja, żeby trochę odpocząć. Gorzej, jak dzieciaki będą chciały przygarnąć jakiegoś kota albo szczeniaka. — Janka wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
— Następna ryzykantka — zaśmiała się Inez.
— Zapowiada się ciekawy weekend — stwierdziła Liwka.
— A wy macie jakieś plany? — spytała Janka Liwię.
— Nie — kobieta pokręciła głową. — Zaczynają się komunie i mam poumawiane klientki. A Antek postanowił, że spędzi trochę czasu z siostrzeńcami. Kupił im nowy zestaw klocków, więc będzie wielka akcja budownicza.
— To co, dziewczyny? Pora wznieść toast — stwierdziła Inez. — Za co tym razem?
— Jak w tej piosence: “Niech żyje miłość!” — rzuciła Liwia.
— “Niech wiecznie trwa!”
Stuknęły się kieliszkami i każda upiła trochę wina. Kolejny babski wieczór przyniósł im, jak zwykle: trochę szaleństwa, trochę wsparcia i bardzo dużo śmiechu.
Janka i Rafał
Kiedy nadszedł dzień wyjazdu na wieś, Krzyś i Lenka, jak nigdy, pierwsi byli gotowi do wyjścia z domu. Ich plecaki, spakowane stały w przedpokoju, na nich spoczywały nakrycia głowy, a obok miś Lenki, bez którego noc dziewczynki byłaby nieprzespana. Emilka włożyła swoje rzeczy do małej walizki, a Rafał z racji poruszania się o kulach też spakował się do plecaka. Do wsi mieli dojechać pociągiem, co było dodatkową atrakcją dla najmłodszych. Z dworca miał ich odebrać brat Janki. Teraz musieli zjeść śniadanie i poczekać na Jankę. Kiedy już wszyscy się zebrali, Rafał zamówił taksówkę, która miała ich wszystkich zmieścić i dowieźć na dworzec.
Pociągiem jechali tylko kilka stacji, ale dzieci i tak były zachwycone. Wyglądały przez okno i podziwiały krajobrazy. Nawet Emilia oderwała się od swojego smartfona i wpatrzyła w mijane kwitnące drzewa i łąki pełne żółtych mleczy. Kilkanaście minut później, kiedy wysiedli, Rafał zatrzymał się i wciągnął głęboko powietrze.
— To jest to — stwierdził. — Pachnie wsią.
Janka uśmiechnęła się pod nosem.
— Chodźcie — powiedziała machnąwszy ręką na całą czwórkę. — Mój brat już czeka. A moja mama upiekła na nasz przyjazd swój popisowy bochen chleba z mąki pełnoziarnistej.
Brat Janki, Tadek, okazał się niewysokim, krępym mężczyzną z podobnie bujną czupryną, jaką miała jego młodsza siostra. Poczucie humoru też miał podobne. Przywitał się z wszystkimi uściskiem ręki, po czym najpierw wpakował dzieci na dwa tylne siedzenia siedmioosobowego samochodu, potem na środkowych ulokowały się Emilia z Janką, a Rafał z przodu.
— Mamy dzieci w podobnym wieku — rzekł Tadek do Rafała, kiedy ruszyli. — Tylko u mnie stanęło na dwóch chłopakach. Filip będzie miał towarzystwo. Janka mówiła mu o Krzysiu, ucieszył się, że będzie miał komu pokazać, jak zbierają rano z dziadkiem jajka w kurniku.
Rafał roześmiał się.
— O tak, moim dzieciom doskonale zrobi taka żywa lekcja wiejskiego życia i zwyczajów — odparł.
— Szkoda, że ty jesteś taki połamany, też znalazłbym ci jakieś zajęcie.
— Ja mu znajdę — rzuciła Janka z za ich pleców.
Tadek parsknął śmiechem.
— A to się na pewno chłopak nie będzie nudził — stwierdził.
— Janka, a jakie macie zwierzęta w gospodarstwie? — zapytała Lenka z tylnego siedzenia.
Kobieta odwróciła się lekko w jej stronę.
— Mamy kury, kaczki i kozy — odpowiedziała. — W stadzie jest kilka małych. Będziecie mogli je zobaczyć i pogłaskać.
— Naprawdę? — ucieszyła się dziewczynka. — Małe kózki są takie śliczne.
— To prawda. Jest też jeden koziołek. I jest prawie cały czarny.
— I jego tez można pogłaskać?
— O, jak mu przyniesiesz coś do jedzenia to będzie za tobą chodził jak pies.
Lenka zrobiła wielkie oczy.
— Tato! Kupisz mi kozę? — zawołała.
— Nie! — padła stanowcza odpowiedź.
— Dlaczego? — zapytała córka rozczarowana.
— Kochanie, kiedy pobędziesz chwilę z tymi zwierzętami, przekonasz się, że one nie nadają się do chowania w mieszkaniu — wyjaśnił ojciec.
— Dlaczego?
— Pozwolę ci samej to odkryć.
— A jak odkryję, że jednak się nadaje? — nie poddawała się Lenka.
— To zamieszkasz z nią sama — odparła Emilia.
— Nie lubię was.
Lenka założyła ramiona na piersi i zrobiła obrażoną minę, ale jak tylko wysiedli z samochodu na podwórku przed rodzinnym domem Janki i zobaczyła spacerujące po trawniku kaczki z małymi żółtymi kaczątkami zapomniała o fochach i pobiegła przyjrzeć się im z bliska.
W międzyczasie z budynku gospodarczego, ubrany w dżinsowe ogrodniczki i flanelową koszulę, z rozwianymi kręconymi włosami, wyszedł młody chłopak i zaczął zmierzać w kierunku gości.
— To jest mój syn... — zaczął Tadek.
— Marcel?! — przerwała mu Emilia zdziwiona.
— Emi?! — zdziwił się chłopak.
— Ty tu mieszkasz? — spytała zaskoczona dziewczyna.
— A moja ciocia to dziewczyna twojego taty?
Janka parsknęła śmiechem. W tym momencie poczuła na sobie wzrok Rafała. Spojrzała na niego i zobaczyła jego oskarżycielskie spojrzenie.
— Wiedziałaś, że oni się znają? — zapytał.
— Z początku nie skojarzyłam, że chodzi o mojego bratanka — odparła. — Później coś mi zaczęło się składać, ale pomyślałam, że zrobię im niespodziankę.
— Niespodziankę? — powtórzył. — Mieliśmy tu przyjechać na wypoczynek, a nie na romantyczną schadzkę mojej córki.
Wszyscy spojrzeli na niego.
— Tato, nie rób mi obciachu — rzekła cicho Emilia.
— Rafał, jeśli zepsujesz swojej córce weekend na oczach chłopaka, który się jej podoba i jego rodziny, to ona ci tego nigdy nie daruje — szepnęła Janka. — Zrobisz jej krzywdę — dodała.
Mężczyzna wziął głęboki wdech po czym obrócił się w stronę kolegi córki i wyciągnął do niego rękę.
— Ale skoro tak wyszło to... jestem Rafał, chłopak twojej cioci.
Emilia odetchnęła z ulgą, Janka również.
— Dzień dobry, ja jestem Marcel — odparł jej bratanek i uśmiechnął się.
Janka w duchu zabiła mu brawo. Brawo młody, pomyślała, nie szarżuj, ale trzymaj fason. Dalsze rozmowy przerwał głośny dźwięk traktora, który właśnie wjechał na podwórko. Po chwili zatrzymał się przed stodołą i wysiedli z niego starszy pan i młody chłopiec w wieku Krzysia. Podeszli, żeby się przywitać. Janka dokonała prezentacji i przedstawiła swojego tatę i drugiego syna Tadka, Filipa.
— Jesteś Krzysiek? — zwrócił się tamten do swojego rówieśnika.
— Tak — odparł syn Rafała.
Podali sobie ręce.
— Pokażę ci potem kozy — rzekł Filip.
— Ja też chcę zobaczyć kozy — wtrąciła Lenka, która w międzyczasie skończyła zachwycać się kaczkami. Głównie dlatego, że jej uciekły na inny koniec podwórka. Filip rzucił na nią wzrokiem.
— Nie wiem, czy to wytrzymasz — odparł.
— Oczywiście, że wytrzymam — oznajmiła stanowczo. — Janka mi obiecała, że zobaczę małe kózki i koziołka.
Filip wzruszył ramionami.
— Dobra, możesz iść z nami — rzekł. — Ale jak ci się nie spodoba zapach to się nie krzyw.
Marcel ogarnął wzrokiem wszystkie dzieciaki, a potem spojrzał na Emilkę.
— Pójdziemy wszyscy — zakomenderował. — Ktoś musi mieć na was oko.
— A tymczasem chodźmy do domu — rzekła Janka. — Goście zostawią sobie rzeczy w pokojach i zejdziemy do kuchni. Potem będzie mnóstwo czasu, żeby oglądać gospodarstwo.
Janka rozdzieliła towarzystwo po pokojach. Rafał dostał pokój gościnny na parterze, żeby nie musiał wspinać się o kulach po schodach. Krzyś został ulokowany w pokoju z Filipem. Janka wiedziała, że chłopaki będą mieli przez dwa dni swój świat — jeśli się polubią. Emilia i Lenka dostały pokój Marcelego, a on sam przeniósł się na te dwa dni do pokoiku na stryszku stodoły, który kiedyś został urządzony, jako miejsce zabaw dla dzieci. Z czasem stał się przytulną samotnią, z której chłopak lubił korzystać, kiedy czasami chciał wyrwać się z domu. W jego pokoju, w domu, stało pianino, na którym uczył się grać. Teraz Emilka spojrzała na nie.
— Zagrasz coś później? — zapytała chłopaka, który pomógł dziewczynom rozgościć się w jego czterech ścianach.
— Pewnie — odrzekł. — Jak mi twój tato pozwoli w ogóle wejść na górę podczas twojej obecności — dodał.
Janka, która pomagała Lence rozpakować rzeczy spojrzała na niego.
— Spokojnie — rzekła z uśmiechem.
Później, kiedy wszyscy zebrali się w kuchni, Janka przedstawiła gościom swoją mamę i bratową — Lucynę. Po pomieszczeniu roznosił się zapach świeżo pieczonego chleba oraz wiejskiego masła i ziół. Każdy dostał po grubej kromce pieczywa i smarowidła do wyboru: masło, twarożek ze szczypiorkiem, konfitury. Do picia była herbata owocowa dla dzieci i kawa dla dorosłych.
Rafał upił łyk i z zadowoleniem patrzył, jak dzieciaki robią sobie kanapki. Po chwili gospodyni położyła na stole talerz świeżo ugotowanych jaj na twardo.
— Dzieciaki, bierzcie po jajeczku — powiedziała. — Ktoś chce majonez?
Uniósł się las rąk.
— Przytyję pewnie po tym weekendzie — stwierdziła Emilka ze śmiechem. — Ale wszystko jest takie pyszne.
— Mi to nie będzie przeszkadzało, jak przybędzie ci kilogramów — rzekł Marcel.
— To już zawsze tak będzie wyglądać? — spytał Rafał Jankę półgłosem.
— To jest miłe — odparła kobieta. — Sam się zachowujesz podobnie — dodała.
— Co?! — wyrwało mu się głośno.
Rozmowy przy stole ucichły i kolejny raz wszystkie spojrzenia skierowały się w jego stronę.
— Tato znowu snuje teorie spiskowe — rzekła Emilia.
— Nie, — sprostowała Janka — tym razem usłyszał coś o sobie.
Pozostali roześmiali się.
— Nie zachowuję się, jak zakochany małolat — mruknął Rafał.
Janka uśmiechnęła się. Cel: odwrócić uwagę nadopiekuńczego ojca od nastoletniej córki — osiągnięty.
Po posiłku Marcel zabrał dzieci do zagrody, żeby pokazać im kozy. Zwierzęta rzeczywiście były rozkoszne, ale i dość żywe. Jeden mały koziołek podskoczył z zaskoczenia do Lenki, co wywołało pisk i salwę śmiechu. Po parunastu minutach nastolatkowie wrócili do domu, a Filip pokazał Krzysiowi i jego siostrze kurnik oraz rząd grządek z warzywami.
Po obiedzie, który został zjedzony jakiś czas później, zrobiło się na tyle ciepło, że rodzina rozłożyła leżaki i koce przed domem. Janka usiadła obok Rafała na wiklinowym fotelu i podała mu książkę, którą wcześniej zabrał ze sobą. Nie otworzył jej. Zaczęli rozmawiać. O pracy, o dzieciach, o tym, jak dobrze robi taki wyjazd na łono natury, nawet jeśli trwa tylko niecałe trzy dni.
— Chciałbym tu jeszcze przyjechać — rzekł mężczyzna patrząc na biegające przed nimi dzieci, które grały w berka. — Ale już bez kul. Zagrać z chłopcami w piłkę albo iść z Lenką na spacer w pole.
— Myślę, że da się to załatwić — odpowiedziała Janka z uśmiechem.
Rafał oparł się wygodnie na leżaku i przymknął oczy. W pokoju na piętrze rozległ się dźwięk pianina. Melodia była spokojna, wyciszała.
— Marcel urzęduje z Emilią w pokoju — mruknął.
— Obiecał, że coś jej zagra — odrzekła Janka.
— Ładnie gra.
— To prawda. Uczy się od małego.
— Jak jest zajęty pianinem to raczej nie będzie w stanie w tym samym czasie całować mojej córki, co nie?
Janka uniosła głowę, spojrzała na Rafała i wybuchnęła śmiechem.
— Masz jakąś obsesję — stwierdziła. — Emilka przeżywa swoje pierwsze zakochanie. Pierwsze motyle w brzuchu, zauroczenia, uśmiechy, trzymanie za ręce. Powinieneś ją wspierać, a nie zachowywać się jak zazdrosny i nadopiekuńczy ojciec.
— A jak on ją skrzywdzi, zostawi?
— A może ona jego? W tym wieku jeszcze nie ma niczego “na zawsze”. Poradzą sobie. Kto z nas nie przeżywał pierwszych zauroczeń i pierwszych rozstań?
— No właśnie chyba ja — przyznał Rafał. — U nas z Natalią to się tak naturalnie rozwinęło. Była pierwszą dziewczyną i potem już wszystko zmierzało do ślubu.
— Za to u twoich dzieci wszystko może wyglądać zupełnie inaczej. Emilia może mieć z dziesięciu chłopaków zanim któregoś wybierze na męża. Ale pierwszą miłość zawsze będzie pamiętać. I myślę, że Marcel jest dobrym kandydatem na chłopaka. A kto wie, w którą stronę pójdzie ich znajomość?
— Janka ma rację — rzekła Lucyna, która usłyszała końcówkę rozmowy i właśnie dosiadła się na leżak po drugiej stronie szwagierki. — Trzeba obdarzyć dzieci zaufaniem i pozwolić im przeżyć ten czas na ich sposób. My nie mamy córki, gdybyśmy mieli to Tadek pewnie zachowywałby się tak samo, jak ty. Ale uczymy naszych synów odpowiedzialności i szacunku do kobiet.
— Ja tego samego próbuję nauczyć Krzysia — odrzekł Rafał. — A dziewczyny próbuję nauczyć czegokolwiek. Została im babcia, która w jakiś sposób ogarnia te wszystkie kobiece sprawy, w których ja jestem zielony. Trochę ciężko jest mi wczuć się w emocje mojej córki. Bardziej myślę, jak ktoś, kto wie, jak zachowują się chłopcy w tym wieku.
— Zdążyłam już poznać trochę twoje dzieci i widziałam was razem choćby w szpitalu — powiedziała Janka. — Jesteście świetnie zgraną paczką. Potraficie ze sobą rozmawiać na poważnie, na wesoło. Przytulacie się, jesteście otwarci. Jeśli twoja córka będzie miała problem z facetem to będziesz pierwszą osobą, do której przybiegnie, żeby się wypłakać, bo wie, że jej ojciec ją pocieszy, przytuli i podbuduje jej pewność siebie. Ale o tym, “jak on pięknie gra, jaki jest przystojny, jak mu się błyszczą oczy, jak się uśmiecha” raczej powie przyjaciółce.
— Ja wiem, czy on jest taki przystojny — zastanowił się Rafał. — Jakieś sterczące korkociągi na głowie i chudy jak szczapa.
Janka i Lucyna spojrzały na siebie i parsknęły śmiechem.
— Właśnie o tym mówię — rzekła Janka.
Tymczasem w pokoju na piętrze panował przyjemny nastrój — przez koronkowe firanki do środka wpadało światło rzucając na podłogę miękkie cienie. Marcel usiadł przy pianinie, a Emilia zajęła miejsce na kanapie. Miała stąd dobry widok na klawiaturę i profil chłopaka. Przyglądała się jego długim palcom, które z wprawą poruszały się po klawiszach.
— To coś twojego? — zapytała po chwili wsłuchiwania się w nieszybką, ale dość wesołą melodię.
Marcel pokiwał głową twierdząco.
— Podoba ci się? — spytał.
— Jest piękna — odpowiedziała cicho. — Jakbyś opowiadał nutami jakąś historię.
Marcel uśmiechnął się i nie przestając grać, spojrzał na nią kątem oka.
— A o czym, według ciebie?
Emilia przez moment zawahała się, jakby bała się wyznać, co naprawdę myśli.
— O relacji między dwojgiem ludzi — rzekła w końcu. — Miałam wrażenie, że te dźwięki na początku były takie delikatne, jakby ktoś chciał się do kogoś zbliżyć, ale jeszcze nie wie, co się z tym wiąże. Czy nie zostanie wyśmiany albo odrzucony. Później melodia staje się bardziej żywa i wesoła, nieśmiałość została pokonana, nawiązała się znajomość i okazuje się, że jest fajnie.
Dźwięki na chwilę się urwały. Marcel spojrzał w jej stronę. Nie było w jego twarzy rozbawienia ani niepewności, tylko spokojna uważność.
— Faktycznie, moje myśli idą w podobnym kierunku, kiedy to gram — odparł.
Emilia uśmiechnęła się lekko. Jej policzki były zaróżowione, ale nie od gorąca.
— Nauczyłbyś mnie kiedyś zagrać coś na pianinie? — zapytała.
— Jasne — odpowiedział bez wahania. — Mogę ci pokazać coś prostego. Chodź tu.
Przesunął się, robiąc jej miejsce na ławie. Emilia usiadła obok niego. Ich ramiona delikatnie się musnęły, co wywołało u niej lekki dreszcz, ale nie odsunęła się. Marcel ułożył jej rękę na klawiaturze.
— Spróbuj nacisnąć te trzy klawisze — rzekł prowadząc jej palce po klawiszach.
Potem puścił ją, żeby sama powtórzyła ćwiczenie. Z instrumentu popłynęły trzy dźwięki — lekko nierówne, ale czyste.
— Super — pochwalił ją. — Teraz dodamy kolejny.
Zaczęli grać prostą sekwencję. Jej palce początkowo niepewne, stopniowo nabierały pewności. Marcel cały czas siedział blisko, czasem poprawiał jej rękę, lekko przesuwając jej palec albo pokazując, jak ma go ułożyć.
— Ale to ładne — powiedziała, gdy udało jej się powtórzyć całą frazę. — Jakbyśmy grali coś razem.
— Bo gramy — odpowiedział cicho i przy jej następnym powtórzeniu dodał do tego swoją melodię.
Ona grała cały czas to samo jedną ręką, a on na dwie tworzył własny akompaniament. Czasami Emilia się pomyliła, czasami Marcel zawahał, ale coś im wychodziło. Kiedy skończyli, na chwilę zapadła cisza. W powietrzu unosił się zapach starego drewna i rozgrzanych od słońca podłóg. Za oknem szczekał pies.
— Dziękuję — powiedziała Emilka po chwili cicho.
— Za co?
— Że chcesz się ze mną dzielić tym, co lubisz.
Marcel wzruszył ramionami i lekko skinął głową w stronę klawiatury.
— Gramy dalej? Dobrze sobie radzisz.
— Chętnie — odparła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz