Janka i Rafał
Późnym wieczorem, kiedy większość mieszkańców i gości zbierała się już do spania, Janka i Rafał wyszli na ganek i usiedli razem na stojącej tam huśtawce. Było już chłodniej więc Janka przyniosła koc, którym przykryła ich oboje. Przez chwilę siedzieli w milczeniu, słuchając świerszczy i wpatrując się w gwieździste niebo. Ciepłe światło lampy nad drzwiami rzucało na nich miękkie cienie.
— Fajnie tak, — powiedział cicho mężczyzna przeczesując dłonią włosy i zerkając w stronę ciemnych pól — usiąść razem, powdychać świeże powietrze. Zatrzymać się w tej codziennej bieganinie.
— To prawda — przyznała Janka poprawiając koc. — Chociaż nie przypuszczałam, że kiedyś będę tak sobie siedzieć z facetem, który... — urwała na moment uśmiechając się lekko.
— Który co? — zapytał Rafał łagodnie przechylając się lekko w jej stronę.
— Ma troje dzieci, wiele w życiu przeszedł a mimo to zachował pogodę ducha i poczucie humoru — zakończyła.
Odwróciła się do niego i pocałowała go krótko, ale bez wahania. Westchnął głęboko, po czym objął ją i przysunął bliżej. Janka ułożyła głowę na ramieniu Rafała czując jego spokojny oddech.
— Na początku tak nie było, ale z czasem jakoś to ogarnęliśmy — rzekł cicho patrząc gdzieś w przestrzeń. — Musiałem pokazać dzieciom, że nadal mogą być radosne i żyć pełnią życia. To nie znaczy, że zapomną o mamie.
— Udało ci się to, dzieciaki są wspaniałe — stwierdziła Janka. — Mogą być sobą i zachowywać się na tyle lat, ile mają. Jesteś bardzo mądrym ojcem.
Rafał roześmiał się.
— To pozostało mi jeszcze zadbać o nas — rzekł ciepło.
— To też ci nie najgorzej wychodzi — przyznała Janka wtulając się w niego bardziej.
— Mhm — mruknął. — Zwłaszcza od kiedy nie jestem już zakładnikiem Siostry Szpili.
Janka uniosła głowę I spojrzała na niego z udawanym oburzeniem.
— Nie podobała ci się moja opieka? — spytała z wyrzutem.
— Bardzo mi się podobała — odparł spoglądając jej w oczy. — Gdyby nie była tak doskonała, nie siedzielibyśmy tutaj dzisiaj, razem — dodał i nachylił się, żeby ją pocałować. — Tego też nie robilibyśmy — rzekł po chwili muskając nosem jej skroń.
Janka uśmiechnęła się i znowu oparła głowę o jego ramię.
— Zawsze chciałaś być pielęgniarką? — spytał nagle Rafał bawiąc się rękawem jej bluzki.
— Kiedy zaczynałam szkołę średnią to myślałam, że zostanę nauczycielką — odparła kobieta z lekką nostalgią. — Chciałam iść na studia polonistyczne, ale zaangażowałam się w szkolne koło PCK i stwierdziłam, że chciałabym pracować w szpitalu, albo wyjeżdżać na jakieś misje.
— Ambitnie — powiedział Rafał z uznaniem.
— No, ale na razie nie byłam na żadnej — dodała z uśmiechem. — A ty? Skoro pracujesz jako konserwator to pewnie masz jakiś zawód techniczny.
Pokiwał głową i przeciągnął się lekko.
— Elektryk. Nawet miałem przez jakiś czas własną firmę, ale pochłaniała bardzo dużo czasu, a ja potrzebowałem mieć go więcej dla dzieci. Akurat pojawiła się oferta pracy w szpitalu. Osiem godzin i mogłem wracać do domu. — Rafał uśmiechnął się przekornie. — A dodatkowo, w soboty, dorabiam sobie jako nauczyciel w technikum zaocznym.
— Poważnie? — spytała Janka zaskoczona. — To wiele wyjaśnia — stwierdziła marszcząc lekko czoło.
— Tak? Co na przykład?
— Masz talent pedagogiczny — odpowiedziała. — Choćby ta sytuacja z Krzysiem, gdzie trzeba było zachować spokój, a jednocześnie być stanowczym. Są rodzice, których by bardziej poniosły nerwy.
Rafał uśmiechnął się pod nosem i spojrzał w bok, w głąb ciemnego ogrodu.
— Na sali siedziały kobiety. Samotny ojciec, w dodatku chwilowo poruszający się o kulach, stający w obronie swojego syna i honoru zmarłej żony. Nie zmiękłoby ci serce?
— Już dawno mi zmiękło — mruknęła Janka pod nosem.
Na ganku zapanowała cisza, przerywana jedynie dźwiękami natury. Huśtawka kołysała się lekko, w oddali szczekał pies. W tej scenerii było więcej spokoju i intymności niż w niejednym hotelowym apartamencie.
Rafał odchylił głowę i spojrzał w niebo.
— Wiesz… może i nie jestem rycerzem na białym koniu, ale za to umiem naprawić bojler i zrobić naleśniki bez przypalania. To też się liczy, nie? — zapytał.
Janka parsknęła śmiechem i pokręciła głową.
— Reklamę i marketing też sobie nieźle przyswoiłeś — rzekła.
— Chyba działa, bo jednak siedzisz tu ze mną pod kocem — powiedział z figlarnym uśmiechem szturchając ją lekko ramieniem.
— Działa — przyznała mrużąc oczy. — Ale tylko dlatego, że ja jestem kobietą o wielkim sercu i niskich wymaganiach.
Rafał zarechotał.
— O wielkim sercu to się zgodzę. Z tymi wymaganiami to już chyba niekoniecznie. Pamiętam twoje miny, jak pierwszy raz przygotowałem ci makaron.
— Bo ty go wtedy soliłeś… po ugotowaniu!
— Uważam to za kreatywność — obruszył się teatralnie. — Po prostu z przejęcia zapomniałem posolić wodę. Takie wpadki zdarzają mi się raz na kilka lat. Ale za to całkiem nieźle całuję.
Jankę nagle złapał atak kaszlu.
— No dobra — poprawił się nachylając się ku niej. — Doskonale. Ale wiesz, zawsze warto się upewnić.
Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, pocałował ją tak, jakby świat kończył się właśnie na tym ganku, pod tym kocem. Gdy po chwili się odsunął, Janka uśmiechnęła się.
— No dobra — rzekła imitując jego wcześniejszy ton, — całkiem niezły ten twój kurs doszkalający.
— A to dopiero pierwszy moduł — rzucił z błyskiem w oku. — Myślę, że to szkolenie będzie bardzo rozłożone w czasie.
— Ważne, że indywidualne — parsknęła Janka.
Huśtawka zaskrzypiała lekko, jakby przytakiwała ich śmiechowi. Gdzieś wysoko nad nimi spadła gwiazda, ale żadne nawet tego nie zauważyło skupiając się jedynie na swoim towarzyszu. Posiedzieli w ciszy jeszcze przez chwilę, po czym i oni rozeszli się do swoich pokoi.
Następnego dnia dzieci już od pierwszego piania koguta były na nogach. Był to fenomen, bo kiedy trzeba było wstać do szkoły albo przedszkola, to nie szło ich dobudzić. Dziadek Filipa zabrał najmłodsze pociechy na obchód gospodarstwa. Karmiły kozy i drób, a do domu, na śniadanie, wróciły z koszykiem jajek i bańką mleka. Z racji świątecznego dnia, tego dnia żadnych innych prac nie wykonywano. Po śniadaniu wszyscy poszli do kościoła.
Późnym popołudniem Lucyna, Janka i jej mama zaczęły szykować prowiant na grilla. Rafał, który niewiele mógł pomóc na podwórku też zgłosił się do prac kuchennych. Marcel i Emilia pomagali wynosić gotowe produkty na zewnątrz. Na tacy położona została marynowana w ziołach karkówka, ponacinane odpowiednio kiełbaski i pokrojone na plasterki albo kawałki różne warzywa. W kuchni przygotowywano także sałatki i napoje. Dziadek postawił grill w cieniu starej jabłoni i zaczął rozpalać ogień. Po jakimś czasie, kiedy zrobił się żar, Tadek zaczął kłaść na kratce mięso. Pozostali zwabieni zapachem rumieniącej się karkówki zaczęli zajmować miejsca na rozstawionych leżakach oraz krzesłach. Dzieci nie mogły usiedzieć w miejscu więc wzięły piłkę i zaczęły grać “w kolanko”. Kto nie odbił piłki musiał uklęknąć najpierw na jedno, potem na drugie kolano. Jeśli odebrał piłkę wracał do postawy stojącej.
Rafał, mimo kontuzji, siedział na krześle ogrodowym i doglądał stopnia wysmażenia mięsa trzymając w jednej ręce widelec, a w drugiej kubek z lemoniadą.
— Uważaj, bo ta karkówka zaraz będzie spalona i będzie po wszystkim — zawołała Lucyna podchodząc z półmiskiem pełnym świeżych warzyw.
— Nic się nie martw, ja ją tylko delikatnie przypiekam. Robię z niej gwiazdę dzisiejszego grilla — odpowiedział Rafał z udawaną powagą.
— Gwiazdą to ty będziesz, jak nie przypalisz kiełbasy — mruknęła Janka, siadając obok niego z talerzem sałatki.
Rafał spojrzał na nią spod byka.
— Widzę, że moja dziewczyna bardzo we mnie wierzy — rzekł.
— W ciebie wierzę, ale twoje umiejętności kulinarne to inna bajka — zażartowała Janka.
Emilia z Marcelem przynieśli z domu dzban z kompotem z rabarbaru i porozstawiali kubki.
W końcu pierwsze kawałki mięsa i warzyw były gotowe. Rafał z pomocą Janki ściągnął je z grilla, położył na talerzu, który kobieta postawiła na środku stołu. Wszyscy zaczęli się częstować. Przy stole, usiedli dorośli, a pomiędzy nimi z doskoku pojawiały się dzieci. Rozmowy toczyły się leniwie: o pogodzie, o ogórkach w słoikach oraz czy w tym roku znowu będzie susza. Lucyna z teściową co chwilę donosiły coś z domu — a to sernik, a to miskę z ogórkami małosolnymi. Pojawiła się nawet nalewka z pigwy, “na trawienie”, jak określiła z uśmiechem mama Janki.
Słońce zaczęło się obniżać, rzucając na trawę długie cienie. Emilia i Marcel siedzieli razem na huśtawce — ona z talerzem sałatki jarzynowej, on z karkówką, którą próbował jeść tylko za pomocą widelca. Rozmawiali o muzyce i o tym, czy spotkają się w tygodniu po szkole. W końcu wstali i poszli razem na spacer w stronę lasu.
Jakiś czas później, Janka przeciągając się po kolejnej porcji sernika uznała, że czas się ruszyć.
— Pójdziemy na chwilę za stodołę? — zapytała cicho nachylając się w stronę Rafała.
Spojrzał na nią nieodgadnionym wzrokiem, w którym pojawiła się iskierka humoru.
— Po prostu stamtąd jest najpiękniejszy widok na zachodzące słońce — dodała rumieniąc się lekko.
Rafał ruszył pierwszy, a Janka szła tuż za nim. Obeszli budynek i wyszli na niewielki pagórek porośnięty trawą. Widok, który rozpostarł się przed nimi był cudem natury. Słońce chyliło się ku horyzontowi, zalewając pola ciepłym, złocistym światłem. Cienie wydłużały się leniwie, a niebo powoli zmieniało barwy — z błękitu na pomarańcz, róż i fiolet, jakby ktoś rozlał akwarele na aksamitnej tkaninie. W oddali słychać było odgłosy grillowania i śmiechy, ale tutaj, na górce, panowała cisza, przerywana tylko śpiewem skowronka i szelestem liści.
— No nie powiesz mi, że nie warto było się tu doczołgać — rzuciła Janka z uśmiechem.
— Warto — odparł.
Usiedli na dużym, płaskim kamieniu. Kobieta położyła dłoń na jego dłoni, a on ścisnął ją lekko.
— Dziękuję ci — powiedział.
— Za co?
— Za ten wyjazd. Za to, że nas tu zabrałaś. Za to, że jesteś.
Zaśmiała się cicho. Rafał przekręcił się lekko w jej stronę, próbując przytrzymać równowagę. Potem pochylił się i pocałował ją w skroń.
— Dawno nie czułem się tak dobrze i spokojnie, jak w ten weekend — rzekł. — Noga, dzieci, życie... ten ostatni czas był dość stresujący. Tutaj świat na trochę zwolnił. Potrzebowałem tego.
— Jestem pielęgniarką — powiedziała. — Muszę przewidywać potrzeby moich pacjentów.
— A, czyli ciągle jestem twoim pacjentem? — spytał Rafał udając, że go to dotknęło.
— To było takie ogólne stwierdzenie — odparła kobieta. — Skoro potrafię przewidzieć, czego chcą pacjenci to dostrzegę też, czego tobie brakuje — dodała tytułem wyjaśnienia.
— To mi czegoś brakuje? — zażartował mężczyzna.
— Nie łap mnie za słówka.
— A za co innego mogę?
Janka spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.
— Co ci chodzi po głowie? — spytała.
Roześmiał się.
— Nic z tych rzeczy, o których pomyślałaś.
— Skąd wiesz, o czym pomyślałam?
— Rumieniec cię zdradza.
— Nie gadam z tobą — wyrwała rękę z jego dłoni i wstała. — Wracam do domu.
— Ej, nie zostawiaj mnie tutaj — zawołał Rafał i też się podniósł. — Robi się ciemno, ścieżka jest wyboista.
Wrodzone poczucie troski o drugą osobę kazało jej się zatrzymać i poczekać na niego. Rafał podparł się mocniej na kulach i westchnął teatralnie.
— No, prowadź, Florence Nightingale mojej duszy — rzucił z przekąsem ostrożnie stawiając nogę.
— Bardziej „field nurse na włościach”, ale niech ci będzie — parsknęła Janka stając obok i lekko dotykając jego ramienia, żeby w razie czego go podeprzeć.
Ruszyli powoli w stronę stodoły. Kiedy jedna z kul poślizgnęła się na kępie trawy, natychmiast złapała go za łokieć, gotowa zareagować.
— Spokojnie, spokojnie — mruknął. — Testuję twoje odruchy ratunkowe.
— Świetnie ci idzie — odparła Janka z ironią. — Jeszcze jeden test, a będziesz miał przymusowe skierowanie na rehabilitację domową.
— Grozić kalece...
— Tatooo! — rozległ się głos Krzysia dochodzący z za stodoły. — Lenkę ugryzł jakiś owad i ma spuchniętą rękę.
— Już idę — zawołał Rafał.
— Krzysiu, chodź tutaj i asekuruj tatę w drodze do domu, a ja pobiegnę zająć się Lenką — krzyknęła Janka.
— Poradzę sobie — odparł Rafał. — Będę szedł wolno.
— W razie czego krzycz. Nasz pies, Bobik, potrafi wytropić jeże.
— Wzruszające — zakpił mężczyzna.
Janka uśmiechnęła się, ucałowała go w policzek i pobiegła przed siebie.
Rafał nieco wolniej podążył za nią z synem u boku. Zanim dotarł na miejsce, Janka już zajęła się dziewczynką.
— Spokojnie — rzekła siedząc w kuchni na krześle przy stole z Lenką na kolanach. — Wystąpiła reakcja alergiczna, ale to nic groźnego. Więcej strachu.
Rafał zajął miejsce na drugim krześle obok nich i przejął córkę sadzając ją sobie na zdrowej nodze i obejmując. Dziewczynka wtuliła się w jego ramiona i pociągnęła lekko nosem, ale już nie płakała.
— Boli? — zapytał cicho.
Pokręciła głową.
— Swędzi?
— Troszkę — wymamrotała w jego szyję.
Odwrócił lekko głowę i pocałował Lenkę w czoło. Janka patrzyła na nich z uśmiechem na ustach i lekko szklistym wzrokiem. Kiedy Rafał był z nią sam na sam, czasami zachowywał się jak duży chłopiec: dogryzał, przekomarzał się, wygłupiał. Przy dzieciach stawał się mężczyzną — troskliwym, odpowiedzialnym, czułym. To była bardzo pociągająca mieszanka i Janka coraz częściej czuła, że choć nie była częścią tej rodziny od początku, to może z czasem będzie mogła stać się dla niej naprawdę ważna.
Kiedy nadszedł dzień powrotu Janki, Rafała i dzieci do domów, wszyscy mieli nosy lekko spuszczone na kwintę. Lenka i Krzyś pakowali plecaki, ale szło im to jakoś wolno i opornie. Emilia i Marcel, z samego rana, wybrali się na spacer do lasu. Kiedy zatrzymali się przy niewielkim strumyku, Marcel znalazł płaskie kamienie i pokazał Emilii, jak się „puszcza kaczki”. Potem wyjął z kieszeni smartfona i przesłał dziewczynie jakiś plik.
— Co to? — zapytała.
— To ten utwór, który ci zagrałem, kiedy przyjechałaś — wyjaśnił. — Chcę, żebyś go miała. Dla siebie.
— Dziękuję — powiedziała Emilka ze wzruszeniem. — Na pewno będę do niego często wracać.
— Tak naprawdę jest dla ciebie — rzekł Marcel nieśmiało. — Tylko szukałem odpowiedniej okazji, żeby ci go podarować. Dzięki cioci mogłem go zagrać na żywo.
— Jest piękny.
Emilia w podziękowaniu objęła Marcela, a on ją przytulił.
W tym czasie Janka pomagała mamie w kuchni przy przygotowaniu pożegnalnego obiadu — królować miał rosół na wiejskiej kurze, na drugie przewidziane były ziemniaki z koperkiem, schabowe z kapustą zasmażaną, a na deser szarlotka. Rafał z ojcem Janki siedzieli na ławce przed domem i pijąc kawę rozmawiali o pracy, rodzinie i życiu na wsi.
Po obiedzie, dzieci poszły pożegnać się z kozami. Kiedy w końcu wszyscy byli gotowi do wyjazdu, Tadek odwiózł całą gromadkę na stację. Do pociągu wsiadali nie tylko z plecakami i walizkami, ale też z torbami pełnymi wiejskich przysmaków.
Podczas jazdy dzieci zdawały się być przygaszone. Emilka włożyła słuchawki do uszu, włączyła coś w telefonie i zamknęła oczy. Pogrążyła się całkowicie w swoim świecie.
— Hej, nie martwcie się — rzekła Janka. — Zabiorę was tam jeszcze nie raz. Obiecuję — dodała z uśmiechem.
Lenka siedząca obok niej przytuliła się. Krzyś wyciągnął z siatki pudełko z umytymi główkami rzodkiewek, otworzył i zaczął chrupać. Pozostali też sięgnęli po tę przekąskę. Musieli jakoś wrócić do codzienności po tej trzydniowej odskoczni. Ale jeszcze nie w tym momencie. Teraz jeszcze przez chwilę pozwolili sobie myślami błądzić po wiejskim podwórku, lesie albo pagórku za stodołą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz