Stowarzyszenie odsuniętych na bok – after party
Rafał i Janka
Kiedy Rafał wrócił do domu, podwieziony przez Piotra, położył się na kanapie. Przez chwilę leżał bez ruchu wpatrując się w sufit. W końcu nie wytrzymał i wybrał numer Janki. Odebrała po chwili.
— Jeśli dzwonisz, żeby mi przypomnieć, że mam przerwy w pracy, to gratuluję odwagi — rzekła na wstępie.
— A jeśli dzwonię, żeby powiedzieć, że bez ciebie wieczór jest nudny jak reklamy proszku do prania?
— To znaczy, że oglądasz telewizję dla emerytów.
Rafał roześmiał się cicho.
— Od dzisiaj jestem członkiem stowarzyszenia odstawionych na bok. — oznajmił.
— Stowarzyszenia czego?! — Janka aż zachłysnęła się śmiechem. — Tacy jesteście przez nas poszkodowani? — zapytała z udawanym współczuciem.
— Nie, jesteśmy wyrozumiali, cierpimy w milczeniu. I już mamy statut. Pierwsza zasada: możemy marudzić, ale tylko w swoim gronie.
— A druga?
— Nie pamiętam…
— Hm… ty zaczynasz marudzić przy mnie, czyli właśnie złamałeś regulamin — zauważyła Janka. — I co teraz? Wyrzucą cię?
— Wcale nie marudzę — zaoponował Rafał. — Po prostu tęsknię. Nic nie było o tym, że nie można. Chciałem, żebyś powiedziała mi coś miłego.
Rafał westchnął teatralnie, po czym sięgnął po poduszkę i położył ją sobie na brzuchu.
— No, śmiało. Możesz nawet skłamać.
— Okej. — Janka zrobiła krótką pauzę. — Masz ładną… kulę — rzekła.
— Co proszę?!
— No, ta ortopedyczna. Jest całkiem elegancka, chociaż laska byłaby bardziej stylowa.
— Dzięki, naprawdę poczułem się jak mężczyzna stulecia.
Janka roześmiała się głośno, po czym dodała łagodniej:
— A tak na serio, to brakuje mi ciebie.
— Widzisz? Da się bez kpin. — Rafał uśmiechnął się. — Chociaż muszę przyznać, że jak już przechodzisz na tryb czułości, to mam lekkie ciarki. Muszę zobaczyć cię jutro na żywo, żeby przekonać się czy jeszcze naprawdę istniejesz.
— A jeśli ci powiem, że po nocnym dyżurze wyglądam jak zombie?
— To ja ci odpowiem, że i tak wolę zombie w twoim wydaniu niż kogokolwiek innego. I że przeżyłem już kilka wydań twoich obliczy i nic mi się nie stało.
— Bezczelny… Pozostali też się zrobili tacy cwani po tym spotkaniu?
— Nie wiem. Będę musiał ich o to zapytać później. Piotr jest dość odważny, ale Antek… Bardziej widzę go głaskającego swoją Liwkę i szepczącego jej kojące słowa na uszko.
Janka prychnęła śmiechem.
— Każdy ma inną tolerancję na słodycz — stwierdziła.
— To prawda, niektórzy wolą słodko-kwaśne żelki.
— Najlepsze.
— Ale tylko wtedy, kiedy są ode mnie.
— Weź, zaczynasz mówić jak bohater taniego romansu.
— Nieprawda. Bohater taniego romansu już by zdjął koszulkę.
— Rafał! — Janka parsknęła, prawie upuszczając długopis. — Idź już spać, ja tutaj pracuję.
— Dobrze, dobrze. — Uśmiechnął się, zamykając oczy. — Ale pamiętaj, że to dzięki tobie zasypiam dziś z uśmiechem.
— A ja dzięki tobie będę musiała tłumaczyć koleżankom, czemu chodzę po dyżurce z bananem na twarzy.
— Same się domyślą. Dobranoc, Janko. Kocham cię.
— Dobranoc, Rafale. Ja ciebie też.
— Co też?
— To samo, co ty mnie.
— Czyli?
— Żyli…
— Długo i szczęśliwie?
— Nie wiem, zapytaj ich.
— Ciebie pytam.
— Kocham cię — rzekła Janka i rozłączyła się.
Rafał jeszcze przez chwilę śmiał się sam do siebie.
Piotr i Inez
Piotr odwiózł Rafała i pojechał prosto do piekarni, żeby zabrać Inez do domu. Gdy zatrzymał samochód przed piekarnią, kobieta już czekała przed wejściem. Wysiadł, żeby się z nią przywitać. Jej widok trochę go rozbawił, trochę rozczulił. Włosy, miała w większym nieładzie niż zazwyczaj, policzki jeszcze były lekko zarumienione od gorącego powietrza z pieca. Na nosie widniała plama z mąki, a w rękach trzymała pachnący bochenek chleba.
— Długo tu stoisz? — zapytał lekko zaniepokojony.
— Nie, dopiero zamknęliśmy — odpowiedziała.
Uśmiechnął się czule i wytarł jej mąkę z nosa.
— Tęskniłem — rzekł.
— Bardzo?
— Bardzo. Założyłem nawet z chłopakami stowarzyszenie odsuniętych na bok.
— Co? — roześmiała się.
— Tak, postanowiliśmy jednoczyć się w oczekiwaniu na was. Dostałem nawet status kucharza.
— Ale nie potrułeś ich?
— Na razie nie zgłaszali zażaleń.
Podała mu pieczywo.
— Nasza nowa próba. Bezglutenowe i smaczne.
Piotr przytknął bochenek do nosa, wciągając zapach.
— Pachnie jak chleb — stwierdził.
— A myślałeś, że będzie pachniał inaczej? — zapytała, marszcząc brwi.
— Nie wiem — przyznał szczerze. — Za to ty pachniesz całkiem smacznie — dodał pochylając się w jej stronę i wciągając powietrze.
Zarumieniła się lekko, po czym uniosła prawą dłoń i zamachała mu przed oczyma palcami.
— Odpowiednia kolejność i będziesz mógł konsumować do woli — odparła, po czym wyminęła go i ruszyła do samochodu.
Roześmiał się na głos i wsiadł do auta w ślad za nią. Przez chwilę jechali w ciszy, a zapach chleba unosił się w kabinie, mieszając się z wieczornym powietrzem wpadającym przez uchylone okno.
— Wiesz, co jest najlepsze w takich dniach? — odezwał się wreszcie Piotr.
— Że się skończyły? — zażartowała.
— Że mogę zabrać cię stąd, od całego tego zamieszania i mieć tylko dla siebie.
Spojrzała na niego kątem oka, a potem uśmiechnęła się pod nosem. Ona też lubiła mieć Piotra tylko dla siebie.
Antek i Liwia
Kiedy drzwi zamknęły się za Piotrem i Rafałem, Antek jeszcze przez chwilę krzątał się po mieszkaniu, odkładając naczynia i porządkując salon. W końcu usiadł na kanapie, wyciągnął telefon i wystukał numer Liwii. Odebrała niemal od razu.
— Halo? — usłyszał wesoły, choć zmęczony głos.
— Dobry wieczór, czy chciałaby pani poznać członka nowo powstałego stowarzyszenia odstawionych na bok?
— Kogo? — roześmiała się Liwia. — Coś ty znowu wymyślił?
— To nie ja, to Piotr. My trzej – ja, on i Rafał – powołaliśmy oficjalne męskie stowarzyszenie dla porzuconych na czas pracy. Statut też już mamy.
— I co zawiera? — zapytała Liwka z rozbawieniem.
— Paragraf pierwszy: marudzić wolno tylko w gronie stowarzyszenia? A drugi to obowiązek śmiania się nawet z najgorszych żartów Rafała.
— Zabezpieczył się. Brzmi całkiem poważnie. Macie już wpisowe?
— Wpisowe było zrzutką. Wody, herbaty, chrupków ryżowych… Piotr ugotował makaron pełnoziarnisty z warzywami. Przeżyliśmy. Więc chyba się nadajemy.
Liwia parsknęła.
— No pięknie, czyli z nudów założyliście grupę wsparcia.
— Ej, nie z nudów, tylko z potrzeby integracji! — oburzył się Antek żartobliwie. — Ale żadne stowarzyszenie nie zastąpi twojej obecności — dodał ciepło.
Po drugiej stronie słuchawki zapadła chwila ciszy, a potem Liwia odezwała się spokojniejszym tonem:
— Cieszę się, że miałeś z kim spędzić wieczór. To ważne.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
— Ja też się cieszę. A teraz chciałbym usłyszeć, że już leżysz w łóżku, albo zaraz się kładziesz.
— Jeszcze nie… — przyznała półgłosem. — Mam trochę do skończenia.
— Nie, nie masz. — Jego ton był miękki, ale stanowczy. — Już zrobiłaś więcej niż trzeba. A ja chcę mieć pewność, że moja dziewczyna odpoczywa.
— Antek… — zaczęła, ale przerwał jej.
— Kochanie, zrób to dla mnie. Odłóż komputer, zgaś światło i połóż się. Obiecuję, że twoje studio to przetrwa, klientki cię nie opuszczą, a twój ukochany będzie mniej się o ciebie martwił.
Usłyszał jej cichy śmiech.
— Dobrze, już dobrze. Idę do łóżka. Ale tylko dlatego, że tak ładnie prosisz.
— Wcale nie proszę. Ja rozkazuję. — Udał groźny ton. — A jutro sprawdzę, czy się wyspałaś. Osobiście.
— Będę na to czekać — odparła z czułością. — Dobranoc. Kocham cię.
— Też cię kocham. Dobranoc. Śpij spokojnie.
Rozłączyli się, a Antek jeszcze przez chwilę patrzył w ciemny ekran telefonu z uśmiechem, który długo nie znikał z jego twarzy.
Kilka dni później, Antek pojechał do studia Liwii, żeby pomóc jej w porządkach. Zastukał do drzwi, bo kiedy Liwia była sama to zamykała je od środka. Miał w planach zabrać ją po pracy na masaż do Magdy.
— Cześć, kochanie — powiedział z uśmiechem, kiedy stanęła w progu. Przywitali się buziakiem. — Przyjechało twoje wsparcie. Możesz mnie wykorzystać do wszystkiego, co nie wymaga przenoszenia ciężkich rzeczy, długiego stania na nogach i sięgania na wyżyny regałów.
— No to wchodź, ale robisz to na własne ryzyko — odparła Liwia, wpuszczając Antka do środka.
— Ale nie ma nic za darmo — ostrzegł zatrzymując się w recepcji.
Przewróciła oczami.
— Tak czułam, że nie robisz tego bezinteresownie — rzekła z westchnieniem.
Spojrzała na niego unosząc brew.
— Co chcesz w zamian? — spytała krzyżując przedramiona.
— Kiedy skończymy, pojedziesz ze mną w pewne miejsce.
— Dokąd?
— Zobaczysz.
Rzuciła mu spojrzenie, po czym odwróciła się i poszła do kolejnego pomieszczenia. Uśmiechnął się lekko i podążył za nią.
— Jeśli cię poproszę, żebyś poprzecierał i zdezynfekował małe lusterka, a potem pochował je do etui to nie będzie to dla ciebie zbyt obciążające? — zapytała wskazując na stół, na którym leżało ich chyba ze dwadzieścia.
— Nie — odparł, odsuwając sobie krzesło.
Zabrał się do pracy, a Liwia w tym czasie myła pędzle. Nie rozmawiali wiele, od czasu do czasu tylko wymieniając jakieś uwagi. Głównie dlatego, że Liwii ciężko było koncentrować się na kilku rzeczach na raz.
Kilkadziesiąt minut później, Antek odłożył ostatnie lusterko do opakowania i ułożył wszystkie w dwóch większych pudełkach.
— Gdzie to ma wylądować? — zapytał, ocierając dłonie o spodnie.
— Zostaw, sama schowam, jak tylko skończę z pędzlami — odpowiedziała.
— Daj spokój, dam radę. To przecież nic ciężkiego.
Liwia skinęła głową w stronę wiszącej nad komodą szafki. Antek podszedł, uniósł pudełko i uchylił drzwiczki, by wsunąć je na półkę. Właśnie wtedy jego ciało postanowiło dać mu lekcję. Gdy wyciągnął rękę w górę, mięśnie brzucha nagle napięły się odruchowo i przeszył go znajomy, ostry jak skalpel ból w środku pod żebrami, jakby ktoś ścisnął go od wewnątrz. Zacisnął zęby, szybko pchnął pudełko do środka, żeby nie spadło, po czym zgiął się lekko w pół, kładąc dłoń na brzuchu. Drugą ręką oparł się o komodę.
— Au… okej, okej, moja wina — mruknął przez zęby, z trudem oddychając.
Liwia odłożyła pędzel, podeszła do niego i położyła mu rękę na ramieniu.
— Wszystko w porządku? — zapytała z niepokojem.
Skinął głową.
— Tak, zaraz mi przejdzie — wykrztusił pomiędzy oddechami.
— Nadal zamierzasz się upierać przy „dam radę”?
Liwia uśmiechnęła się. Spojrzał na nią z krzywym uśmiechem.
— Bardzo śmieszne — rzucił.
Wziął jeszcze kilka głębszych wdechów, żeby uspokoić organizm, po czym powoli się wyprostował.
— Koniec tego sprzątania — oświadczył. — Zabieram cię stąd.
— Antoś…
— Żaden Antoś. Przepracowywanie się jest niebezpieczne dla organizmu. Zbieraj się.
Stała jeszcze przez moment zastanawiając się, czy upierać się przy swoim, czy odpuścić, ale jedno jego spojrzenie rzucone na nią, utwierdziło ją w przekonaniu, że tym razem lepiej będzie zrobić po jego myśli.
Kilka minut później wsiedli do samochodu Antka.
— Dokąd mnie porywasz? — zapytała z cieniem podejrzliwości w głosie.
— Na relaks. — Uśmiechnął się tajemniczo. — Zasłużyłaś.
— Co wymyśliłeś?
— Za chwilę sama się przekonasz.
Liwia uniosła brew, ale nie drążyła. Dopiero gdy samochód zatrzymał się przed niewielkim, jasnym budynkiem z dużym napisem „Fizjoterapia”, zmrużyła oczy.
— Chcesz mi powiedzieć, że… przywiozłeś mnie do swojej Magdy?
— Do mojej fizjoterapeutki. — Antek poprawił ją spokojnie, z naciskiem na słowo „fizjoterapeutki”. — Magda pomogła mi stanąć na nogi. Teraz pomoże tobie złapać oddech.
— A jeśli nie chcę? — mruknęła, unosząc brodę.
— To znaczy, że boisz się, że ci się spodoba.
Spojrzał na nią z takim uśmiechem, że musiała odwrócić wzrok, by nie dać się od razu rozbroić.
Wysiedli z auta i Antek zaprowadził ją do środka. W gabinecie przywitała ich energiczna kobieta drobnej budowy, z pogodnym uśmiechem i zdecydowanym uściskiem dłoni.
— To twoja słynna Liwia? — zapytała i od razu zwróciła się do dziewczyny z ciepłym tonem w głosie. — Cieszę się, że w końcu cię poznałam. Antek często o tobie mówi.
Liwia poczuła, jak ukryta gdzieś głęboko mała iskierka zazdrości zaczyna wygasać. Uśmiechnęła się, choć nadal z rezerwą.
— Oby tylko mówił dobre rzeczy.
— Same najlepsze — potwierdził bez zawahania. — A teraz oddaj się w ręce Magdy, ja odbiorę cię za godzinę. Mam jeszcze coś do załatwienia.
— Bardzo tajemniczy dzisiaj jesteś — wyrzuciła mu Liwia.
— Nie, później ci wszystko wyjaśnię — zapewnił ją. — Bawcie się dobrze — dodał i już go nie było.
Na początku terapii Liwia była spięta. Leżała na stole, a Magda rozmawiała z nią spokojnie, pytając o pracę, o to, czy często boli ją kark, jak śpi. Po kilku minutach masażu poczuła, że napięcie w barkach zaczyna ustępować, a oddech staje się głębszy.
— Wiesz, że wyglądasz na kogoś, kto cały dzień nosi na plecach świat? — odezwała się rehabilitantka z lekkim uśmiechem.
— Może trochę… — przyznała Liwka, zaskoczona tym, jak szybko zaczyna się przed nią otwierać. — Mogę o coś zapytać?
— Jasne — odparła Magda miękko.
— W jakiej kondycji on jest… tak naprawdę?
Magda nie przerwała ruchu, ale jej głos złagodniał jeszcze bardziej.
— Powiem ci tak: w niezłej, jak na to, co przeszedł. Widzę, że nie udaje, że jest lepiej niż w rzeczywistości. Pomaga to, że jest uparty i zdeterminowany. Ale ma prawo jeszcze odczuwać ból i zmęczenie.
Liwia przełknęła ślinę.
— Czy ja mogę mu jeszcze jakoś pomóc?
— Mogę mówić całkiem szczerze?
— Jasne.
— Pozwól mu być sobą. On potrzebuje normalności, przejścia z roli pacjenta do roli coraz bardziej sprawnego mężczyzny. I chciałby, żebyś bardziej zadbała o siebie.
— Mówił ci to? — zdziwiła się Liwia.
Magda przerwała na chwilę masowanie i podeszła do kobiety tak, żeby ta widziała jej twarz.
— To jest normalne, że między pacjentem, a terapeutą wywiązuje się pewna więź — powiedziała. — Jesteś psychologiem więc chyba wiesz, o czym mówię. Nie obgadujemy cię, ale czasami, kiedy Antek tutaj przychodzi widzę, że jest spięty. Martwi się tym, że przez to, że byłaś przy nim tyle czasu wcześniej, teraz musisz tak bardzo nadganiać z innymi rzeczami. Stres nie służy nikomu.
— Masz rację — przyznała Liwka, czując jakieś ukłucie głęboko w środku. — Zatem… zrobię pierwszy krok w kierunku poprawy. Znajdziesz czas, żeby wpisać mnie na listę stałych pacjentów?
— Pewnie — odparła Magda ze śmiechem, po czym wróciła do masażu.
Liwia westchnęła głęboko i poczuła, że napięcie w jej ciele ustąpiło niemal całkowicie.
Antek tymczasem pojechał do firmy. Nie było go tam przez długi czas, ale dzięki swoim współpracownikom z zespołu, miał ogólny wgląd w to, co się działo podczas jego nieobecności. Przywitał się krótko z tymi, którzy byli w biurze i zapowiedział oficjalny powrót za jakiś miesiąc. W końcu Michał zaciągnął go do swojego gabinetu i zamknął za nimi drzwi. W międzyczasie sekretarka zdążyła zostawić im dwie filiżanki herbaty na stoliku.
Michał spojrzał na kolegę i przez moment nic nie mówił.
— Siadaj — odezwał się w końcu. — Wyglądasz, jakby cię było trochę mniej, ale w oczach znowu masz ten błysk — powiedział.
Antek uśmiechnął się i usiadł na kanapie.
— Ten błysk mam już od dawna — odparł puszczając oko do kumpla. — Wpadłem zobaczyć, jak sobie dajecie radę beze mnie — zażartował.
— O widzę, że sarkazm też już wrócił na swoje miejsce — stwierdził Michał z krzywym uśmiechem. — Udało się nam nie dopuścić do większych kryzysów, twój dział daje radę, kierowcy nie urządzili żadnego strajku — jest dobrze.
Antek roześmiał się.
— Widzę, że ty też dajesz radę — odparł. — Bardzo tęsknisz?
— Bardzo — odburknął Michał. — Cieszę się, że niedługo wracasz, zajmiesz się tym całym kramem, a ja w końcu wezmę kilka tygodni urlopu.
Antek spojrzał ciepło na niego.
— Zasłużyłeś, jak nikt — przyznał. — Tyle czasu ogarniałeś wszystko sam, dając mi możliwość całkowicie wymiksować się od tego… całego kramu. Jesteś najlepszym szefem pod słońcem.
Michał spojrzał na niego lekko szklistym wzrokiem.
— Najlepszą nagrodą jest to, że wróciłeś — powiedział cicho.
Pociągnął nosem.
— Skończmy ten ckliwy wątek — dodał, sięgając po filiżankę z herbatą.
Antek sięgnął po drugą.
— Słuchaj… — zaczął — jest coś, co chciałbym ci powiedzieć. Tak na boku.
Michał uniósł brwi.
— Mam się bać?
— Nie — Antoni uśmiechnął się. — Wrócę do pracy za miesiąc, bo najpierw chcę w pełni dojść do siebie i w końcu zrobić jeszcze jedną, ważną rzecz. Myślę o oświadczynach. Mam plan. Jeszcze wszystko dopracowuję, ale… to już ten czas.
Michał uśmiechnął się szeroko.
— No wreszcie, człowieku. Już myślałem, że będziecie się tylko gapić na siebie do emerytury.
— Po prostu chciałem to zrobić wtedy, kiedy znowu będę sobą — powiedział Antek cicho.
Michał sięgnął i ścisnął mu ramię.
— Kibicuję wam z całego serca — rzekł. — Jakbyś potrzebował pomocy, to mów. Mamy swoje miejscówki w wielu miejscach.
— Wiem, sam ogarniałem niektóre — odparł Antek z nutą ironii. — A tak serio, dzięki, Stary.
Antek poklepał Michała po dłoni, którą ten nadal trzymał na jego ramieniu.
— Muszę jechać — rzekł, wstając. — Liwia na mnie czeka. Jesteśmy w kontakcie i widzimy się niebawem.
— Jasne, trzymaj się i powodzenia.
Antek skinął głową i opuścił biuro.
Jakiś czas później znowu zaparkował przed znajomym budynkiem. Wszedł do środka akurat w momencie, kiedy Liwia i Magda wychodziły z gabinetu.
— I jak? — zapytał z błyskiem w oku.
— Dobrze. — Liwia próbowała zachować powagę, ale kąciki jej ust same drgnęły. — Nawet bardzo.
— Wiedziałem.
— Nawet… umówiłam się z Magdą na kilka następnych spotkań.
Antek zmrużył oczy, przesuwając spojrzeniem od niej do fizjoterapeutki i z powrotem.
— Aha — mruknął z udawaną powagą. — Odbyło się tajne posiedzenie rady nadzorczej mojego zdrowia.
Liwia spłonęła lekkim rumieńcem.
— Nic nie knułyśmy…
— Mhm — uniósł brew. — Ja wszystko widzę.
— Możesz widzieć — odparła Liwka buńczucznie. — A teraz zabierz mnie na obiad.
Magda parsknęła śmiechem. Antek spojrzał na swoją dziewczynę z rozbawieniem.
— Zaczynasz mówić ludzkim językiem, Liwio — stwierdził.
W samochodzie, gdy ruszyli spod gabinetu, przez chwilę panowała cisza. Radio grało coś spokojnego, a Liwia bawiła się palcami na kolanach.
— Ty ciągle masz w sobie tę myśl, że musisz być silniejsza — stwierdził Antek cicho. — Jakbyś cały czas musiała mnie osłaniać.
Liwia drgnęła lekko.
— Były momenty, w których naprawdę tego potrzebowałem — przyznał. — Gdybyś wtedy nie była twarda, pewnie sam bym się rozsypał. Ale teraz… — przerwał, szukając słów. — Pora, żebyśmy zrównali swój krok. Nie potrzebuję psychologa, potrzebuję kobiety. Partnerki. Wrzuć bardziej na luz. Stawiaj się, jak masz ochotę. Kłóć się ze mną, kiedy coś ci nie pasuje. Ale nie musisz być dla mnie mądrzejsza, silniejsza, twardsza. Chcę ciebie, nie twoich analiz.
Na jej twarzy pojawił się trochę niepewny uśmiech.
— Potrzebuję trochę czasu, żeby się tego nauczyć — rzekła.
— Wiem. — Antek zatrzymał się przed skrzyżowaniem i nachylił lekko w jej stronę. — Chętnie ci pomogę w tej nauce — dodał.
Liwia uniosła brew, a w jej oczach błysnęło rozbawienie.
— Uczennica i dziewczyna w jednym pakiecie? Całkiem sporo wymagasz.
— Mogę negocjować warunki. — Uśmiechnął się zaczepnie. — Ale łatwo nie będzie.
— No to masz pecha, bo ja się łatwo nie poddaję. — Nachyliła się do niego jeszcze bliżej. — Ale może rzeczywiście spróbuję… być po prostu twoją dziewczyną. Z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Antek wyciągnął rękę i splótł ich palce.
— Biorę bez zastrzeżeń — rzekł.
Wypuścił jej dłoń i ruszył dalej, bo światło zmieniło się na zielone. Liwia oparła się wygodniej w fotelu, zerkając na niego z przekornym uśmiechem.
— Wiesz co, Antek? Ja naprawdę chciałabym wiedzieć, skąd się to u ciebie bierze? Cała ta troska, delikatność, wrażliwość? Bo czasem mam wrażenie, że trafił mi się niemal idealny facet.
Antek prychnął cicho, kręcąc głową.
— Idealny? Oj, kochanie, naprawdę nie chciałabyś zobaczyć mnie w wersji sprzed paru lat. — Uśmiechnął się krzywo, jakby wspominał coś, co jednocześnie go bawiło i trochę zawstydzało. — Byłem uparty, potrafiłem zamknąć się w sobie na całe tygodnie, wszystko musiałem robić sam i udowadniać, że daję radę. Zero subtelności.
— Nie wierzę. — Liwia uniosła brew, jakby chciała go sprowokować.
— Serio. — Spojrzał na nią przelotnie. — Myślę, że dopiero choroba mnie trochę przestawiła. Wiesz…, kiedy nagle traci się kontrolę nad swoim ciałem, planami, człowiek uczy się patrzeć inaczej. Doceniać ludzi, którzy przy nim zostają. I wtedy już nie chce marnować czasu na udawanie, że jest twardzielem nie do zdarcia. A przy tobie… to jest po prostu łatwe. Nie muszę kombinować, nie muszę grać. Troska czy delikatność nie są żadną sztuczką, to się samo pojawia, kiedy naprawdę ci na kimś zależy.
Liwia uśmiechnęła się ciepło, choć w jej oczach zatańczyło wzruszenie.
— No dobra, czyli nie ideał, tylko wersja „po przejściach”?
— Raczej wersja „po aktualizacji” — zażartował, rozluźniając atmosferę. — Nadal pełna błędów w systemie.
— Ale kompatybilna z moją — stwierdziła Liwka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz