Liwia i Antek
Z rana Antek czuł się na tyle dobrze, że postanowił pójść na poranną mszę w szpitalnej kaplicy. Czuł, że potrzebuje dodatkowego umocnienia. Kiedy nabożeństwo skończyło się, nie miał ochoty od razu wracać na oddział. Został jeszcze chwilę w ławce. Cisza i spokój panujące w kaplicy przynosiły mu ukojenie i pomagały układać myśli. A miał ich całe mnóstwo. Zastanawianie się nad tym, co go czeka było jedną z nich, a kolejna to osoba Liwii, która ciągle stała mu przed oczami.
Ksiądz Jan — kapelan, który właśnie wyszedł z zakrystii zauważył go. Za chwilę wybierał się z komunią do chorych, ale miał jeszcze kilka minut czasu. Podszedł do Antka, którego zdążył poznać na oddziale. Byli w podobnym wieku. Zauważył, że mężczyzna jest osobą otwartą i kontaktową, ale w temacie swojej choroby zamyka się. Wczoraj zamienił kilka słów z Kingą, która zdradziła mu, że Antkiem interesuje się Liwia.
— Czujesz się dzisiaj lepiej? — zagadał z uśmiechem.
— Jakoś się trzymam — odparł Antoni.
— Idę za chwilę na oddział, ale kaplica będzie otwarta. Możesz sobie siedzieć, ile będziesz potrzebował — poinformował ksiądz.
Antek skinął głową. Przez moment wyglądał, jakby walczył ze sobą.
— Czy myśli ksiądz, że otwarcie się na bliską relację z drugą osobą w mojej sytuacji jest przejawem egoizmu? — zapytał nagle.
— Czy druga strona też jest otwarta na taką relację i w pełni świadoma z czym się to wiąże? — spytał ksiądz siadając obok w ławce.
— Tak twierdzi.
Antek w kilku zdaniach nakreślił rozwój sytuacji między nim a Liwią od momentu wesela. Ksiądz Jan uśmiechnął się.
— Czasami bronimy się przed czymś, bo patrząc po ludzku, wydaje nam się, że możemy drugą osobę skrzywdzić, albo boimy się odsłonić przy niej nasze słabości. Tymczasem Boża perspektywa może być zupełnie inna. Może On przysłał Liwię właśnie teraz jako dar dla ciebie. Może wcale jej nie skrzywdzisz, bo jej siła będzie wystarczająca, by cię w tym nie osądzać, ale zrozumieć. A kiedy oboje przetrwacie ten trudny okres, wasza więź może stać się jedną z najtrwalszych, bo będziecie wiedzieli, co tak naprawdę jest istotne w życiu. Również ty, mimo swoich słabości możesz być dla Liwii oparciem, którego nie dałby jej nikt inny. Twoja siła płynie z serca i podparta jest wartościami, w które wierzysz. A to dla niej może być ważniejsze od twojej kondycji zdrowotnej. — Ksiądz odwrócił się i wskazał na duży krzyż wiszący w prezbiterium. — Jeśli nie ufasz sobie, zaufaj Jemu. On jest najlepszym przykładem na to, że miłość może być okupiona cierpieniem, ale zawsze zwycięża. Zostawiam cię z tą myślą, bo czekają na mnie chorzy — dodał wstając.
Po chwili niosąc komunię, opuścił kaplicę. Antek spojrzał na krzyż i zamyślił się. “Dar dla ciebie”, te słowa zakołatały mu w głowie. Zaczął się modlić o odwagę i Boże prowadzenie w tej relacji. Dla siebie i dla Liwii. I o zaufanie.
Kilka godzin później będąc już w swojej sali zerknął na zegar na ścianie. Liwia zawsze przychodziła o tej samej porze. Dziś było inaczej. Nie spodziewał się, że to go ruszy, a jednak coś uwierało go pod skórą. Może zmęczenie, może ta nieznośna kroplówka, a może to, że przez ostatnie dni przyzwyczaił się do jej obecności bardziej, niż chciał to przyznać.
Nagle drzwi się otworzyły.
— Hej…
Przyszła. Spóźniona, ale przyszła.
— No proszę, jednak się zjawiłaś — mruknął, próbując brzmieć lekko. — A już myślałem, że jednak się wycofałaś.
Liwia przewróciła oczami, ale w jej spojrzeniu czaiła się uwaga.
— Tak, tak. I na pewno byłeś o krok od egzystencjalnego kryzysu przez tą niepewność.
— O dwa — rzucił półżartem.
Ale wcale tak bardzo nie żartował. Liwia nie skomentowała tego. Po prostu usiadła obok.
— Coś się stało? — zapytał.
— Nie — odpowiedziała. — Miałam wymagającą klientkę i musiałam poświęcić jej więcej czasu niż zakładałam początkowo.
— Ale ostatecznie wyszła zadowolona?
— Ostatecznie tak.
— Dobrze
Zamknął oczy.
— To co? — mruknął. — Jutro masz wolne?
Liwia uniosła brwi.
— Wolne? — powtórzyła zdezorientowana.
Wzruszył lekko ramieniem.
— No bo już nie musisz tu przychodzić. Wracam do domu.
— Do rodziców? — zapytała w końcu.
— Tak. Samemu byłoby ciężko.
— To dobrze — skinęła głową, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. — Powinieneś mieć kogoś blisko.
— Mam — odpowiedział. — Mam ich. — Zawahał się na ułamek sekundy, po czym spojrzał na nią. — I ciebie.
Uśmiechnęła się w odpowiedzi.
— Co teraz? — zapytała cicho. — Jakie masz plany na kolejne dni? Co powiedziała Kinga?
Zacisnął usta. Widzieli pacjentów na oddziale, widzieli, jak wygląda leczenie. Nie musiał jej tego malować w dramatycznych barwach, ale czuł, że zasługuje na odpowiedź.
— Przez kilka dni będzie gorzej. Mdłości, osłabienie, zawroty głowy. Standard. Potem powoli będzie się poprawiać. Za trzy tygodnie kolejny wlew.
— A między tym? — W jej głosie była nuta czegoś, czego nie potrafił nazwać.
— Między tym… — Westchnął. — Będę odpoczywał.
Liwia uśmiechnęła się lekko.
— Myślałam o czymś… — zaczęła w końcu. — Jak będziesz się czuł… Może spotkalibyśmy się w tym czasie?
Antek uniósł brwi, ale nie wyglądał na zaskoczonego. Może nawet czekał na te słowa.
— Chcesz przyjechać na wieś?
— Jeśli nie masz nic przeciwko.
Przez chwilę nic nie mówił. Tylko patrzył na nią, a w jego spojrzeniu było coś nowego, coś, co sprawiło, że ciepło rozeszło się po jej wnętrzu.
— Nie mam.
Liwia kiwnęła głową, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie. Jakby ta decyzja zapadła dużo wcześniej, a teraz po prostu wypowiedziała ją na głos.
— To przyjadę.
Antek zamknął na chwilę oczy, pozwalając, by słowa wybrzmiały w ciszy. Po raz pierwszy od dawna nie czuł, że z czymś walczy.
— Dobrze — powiedział cicho. — Przyjedź.
Kiedy Antek zasnął, Liwia wyszła z jego sali i natknęła się na Kingę.
— Jesteś tu piąty dzień z rzędu. Udało ci się złamać jego opór — stwierdziła lekarka.
Liwka westchnęła.
— To dopiero początek — odparła. — Ale póki co mnie nie wyrzucił ani razu —uśmiechnęła się.
— Naprawdę zależy ci na nim, prawda? — spytała Kinga z troską w głosie.
— Naprawdę — potwierdziła Liwia.
Lekarka zerknęła na zegarek.
— Mam teraz chwilę, chodź na herbatę.
Po chwili obie usiadły na kanapie w dyżurce z kubkami w rękach.
— Jak się poznaliście? — zapytała Kinga.
Liwia uśmiechnęła się.
— W wakacje, w Rzymie.
— To ponad pół roku temu! — zawołała zdumiona lekarka.
— Tak, moja koleżanka dostała udaru cieplnego i Antek nam wtedy pomógł. Drugi raz spotkaliśmy się już w Polsce kilka tygodni temu. — Liwia spojrzała na towarzyszkę. — Kinga, czy nadal nie możesz mi nic powiedzieć na temat stanu jego zdrowia? Wiem, że ma guza, że czeka na operację...
Kinga zawahała się.
— Na razie podajemy mu chemię i terapię celowaną, żeby guz się zmniejszył —zaczęła po chwili. — Liczę, że uda się to osiągnąć trzema cyklami. Potem postaram się wyciąć to w całości tak, żeby oszczędzić jak najwięcej tkanki mięśniowej. Po operacji zobaczymy... chcę, żeby została już tylko sama terapia. To jest dużo bardziej znośne dla organizmu chociaż też nie będzie miał lekko.
Liwia spojrzała na koleżankę uważnie. Próbowała wyczytać coś z jej twarzy. Miała wrażenie, że kiedy lekarka mówiła o Antku, wydawała się bardziej skupiona niż zwykle, jakby oprócz profesjonalizmu kierowało nią coś jeszcze.
— Sądzę, że ciebie i Antka łączy coś więcej niż relacja pacjent-lekarz — stwierdziła w końcu spokojnym tonem.
Kinga uśmiechnęła się.
— Trudno przed tobą ukryć cokolwiek —rzekła bez złośliwości. — Chodziliśmy razem do klasy w liceum. Ale to nie ma znaczenia w moim zaangażowaniu w jego leczenie.
— Wiem. Zawsze dajesz z siebie wszystko dla dobra pacjenta — powiedziała Liwia tonem zapewnienia, że jej pytanie nie miało drugiego dna.
Kinga spoważniała. Przysunęła się bliżej, jakby chciała skrócić dystans nie tylko fizyczny, ale też emocjonalny i chwyciła Liwię za rękę.
— Liwia, — zaczęła łagodnie, ale stanowczo — on na razie się trzyma, ale obie dobrze wiemy, że za chwilę przyjdzie kryzys. Jego ciało będzie protestować, jego umysł będzie szukał ucieczki. Jeśli nie pozwolisz mu się odgrodzić — twoje wsparcie na drodze jego leczenia będzie dla niego nieocenione.
— Jeśli pozwoli mi jego stan zdrowia i on sam, na pewno nie pozwolę mu skupić się tylko na sobie i na chorobie — oznajmiła Liwia.
Kinga spojrzała na nią z mieszaniną szacunku i troski.
— Tylko nie zapominaj też o sobie, dobra? Ta walka, choć jego, może cię kosztować więcej niż przypuszczasz.
Liwia uśmiechnęła się lekko, ale w tym uśmiechu było coś twardego, głęboko zakorzenionego.
— To nie będzie tylko jego walka — rzekła.
Przez chwilę obie milczały. Ale była to cisza pełna zrozumienia. Liwia dobrze wiedziała, że nie słowa będą świadczyć o jej determinacji, ale czyny i to, czy sama też da radę w całej tej sytuacji.
Inez i Piotr
Wracając z pracy Inez miała tego dnia wyraźną ochotę wstąpić do pobliskiej knajpki i napić się drinka na rozluźnienie przed snem. Zazwyczaj nie piła sama, ale ostatni czas był dla mniej na tyle emocjonujący, że miała ochotę sprawić sobie jakąś przyjemność. Weszła do lokalu i usiadła na wysokim stołku przy barze.
— Martini, klasyczne — rzuciła barmanowi i westchnęła ciężko.
Po chwili mężczyzna postawił przed nią kieliszek. Po kilku łykach poczuła, jak napięcie w ramionach puszcza. Dźwięki w tle — cicha muzyka, stłumione rozmowy — przestały ją irytować. Zamiast tego zaczęła kiwać się lekko w rytm jakiejś starej piosenki, która zawsze kojarzyła jej się z wiosną. Drink szybko się skończył, a ona zaczęła czuć delikatny szum w głowie.
— Jeszcze jedno? — zapytał po chwili barman widząc jej pusty kieliszek.
Spojrzała na niego.
— A co tam — uśmiechnęła się. — Dzisiaj zasłużyłam.
Drugi drink sprawił, że jej uśmiech stał się szerszy, a rzeczywistość jakby bardziej miękka. Zaczęła gadać do siebie pod nosem, a potem do barmana, który cierpliwie kiwał głową.
— …po prostu... zjawił się po kilkunastu latach i powiedział, że musiał zniknąć dla dobra rodziny..., że tak naprawdę nie był żonaty — oznajmiła. — Rozumiesz to?
Zaśmiała się i czknęła. Barman zerknął na nią z rozbawieniem.
Inez nagle wyciągnęła telefon i długo wpatrywała się w ekran. Wreszcie kliknęła nazwisko i przystawiła telefon do ucha.
— Halo? — odezwał się Piotr.
— Czeeeeść — powiedziała przeciągle, z entuzjazmem kogoś, kto wypił dokładnie o jeden kieliszek za dużo. — Zgadnij, kto właśnie pije drugiego drinka. Zgadnij!
— Inez? — jego głos od razu był czujny. — Gdzie jesteś?
— No przecież mówię! W barze. Tego… no… gdzie serwują to dobre martini. Mam świetny humor, wyobraź sobie. W końcu się wyluzowałam, po wielu ostatnich atrakcjach, jakie zafundowało mi życie i pewna osoba, która pojawiła się w nim po dłuuuuuugim czasie nieobecności.
— Wszystko w porządku?
— No jasne! Jest świetnie. Wspaniale. Tylko… mam do ciebie pytanie — powiedziała z nagłym ładunkiem sarkazmu. — Kiedy dokładnie uznałeś, że zniknięcie bez słowa to najlepsza strategia życiowa?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Inez… nie teraz, nie przez telefon.
— A właśnie, że teraz. Bo teraz mam odwagę. I luz. Wiesz, że przez ciebie nie ufałam ludziom przez lata? Że wciąż się zastanawiam, co zrobiłam nie tak?
Zapadła chwila ciszy.
— Co nic nie mówisz? — zapytała. — Ty zawsze taki wygadany, na wszystko mający odpowiedź i wszystko wiedzący najlepiej...
— Wcale tak nie jest — zaprzeczył. — Inez, jesteś pijana. Poczekaj tam na mnie, zaraz przyjadę.
— Nie jestem pijana, najwyżej lekko wstawiona — sprostowała kobieta. — Nie musisz po mnie przyjeżdżać. Dam sobie radę. Tak jak zawsze. Bez ciebie —prychnęła i zakończyła połączenie. Odłożyła telefon na blat, ale po kilku minutach zaczęła co chwilę zerkać na drzwi. Sama siebie tym irytowała. Niecałe dwadzieścia minut do lokalu wszedł Piotr. Rozejrzał się i ruszył w jej stronę. Miała ochotę schować się pod stolik.
— Co tu robisz? — spytała z pretensją w głosie, mimo że jej serce przyspieszyło.
— Mówiłem, że przyjadę po ciebie — powiedział spokojnie stając obok.
— A ja powiedziałam, że nie musisz. Obejdę się bez ciebie.
Zeszła z krzesła i zachwiała się. Piotr momentalnie ją złapał.
— Picie nigdy nie było twoją mocną stroną — stwierdził cicho.
— Znalazł się znawca — mruknęła.
– Zabiorę cię do domu - rzekł.
Spojrzała na niego wzrokiem, jakby właśnie uświadomiła, że naprawdę stoi przed nią.
– Do sklepu! - powiedziała.
Piotr powstrzymał uśmiech.
- Jakiego sklepu? - spytał.
- Zoologicznego. Rozważam właśnie kupno papugi, która będzie powtarzać „Zostawił mnie Piotr, ale mam to gdzieś”.
Parsknął śmiechem. Nie mógł się powstrzymać.
– To byłby dość… specyficzny wybór zwierzaka terapeutycznego - stwierdził.
– Co? – rzuciła z udawaną urazą, ale w oczach miała błysk rozbawienia. – Jeszcze powinna powtarzać “nie ufaj mu za grosz” - dodała.
Piotr kiwnął głową.
– Masz rację - przyznał. - Osobiście ci taką znajdę, a teraz chodź.
Wziął jej torebkę i poprowadził ją w stronę wyjścia.
- Dlaczego z tobą jadę? - zapytała po chwili, kiedy już siedziała w jego samochodzie, a on właśnie zapinał jej pasy.
- Bo mimo wszystko jestem osobą, przy której czujesz się bezpiecznie - odparł uśmiechając się.
- Paradoks... czuć się bezpiecznie przy osobie, która jest niebezpieczna... - wymamrotała Inez ziewając szeroko. W samochodzie było ciepło. Oparła się wygodnie, przymknęła oczy i poczuła, że odpływa.
Piotr zerknął na nią, kiedy zatrzymał się na czerwonym świetle. Jej głowa opadła delikatnie na bok, usta miała lekko rozchylone, a dłonie złożone na kolanach z pozorną pokorą. Uśmiechnął się pod nosem.
– Papuga… serio – mruknął i pokręcił głową. – Chociaż może by mi pomogła w rozmowach z tobą.
Światło się zmieniło i ruszył dalej. Po kilkunastu minutach dojechali na miejsce. Piotr zaparkował pod blokiem, zgasił silnik i westchnął. Sięgnął do tyłu po jej torebkę i lekko szturchnął ją w ramię.
– Inez. Jesteśmy.
– Mmm... nie teraz... śpię z papugą – wymamrotała, nie otwierając oczu.
– Papuga odleciała. Ja zostałem – powiedział, nachylając się bliżej. – Pomogę ci wejść na górę, dobra?
– Jeśli mnie wniesiesz... uznam, że jednak cię trochę lubię – wymruczała, z uśmiechem ledwie widocznym w półśnie.
– Zapomnij, mój kręgosłup jest za stary na takie ekscesy - odparł.
Otworzył drzwi, wysiadł i przeszedł na jej stronę. Delikatnie pomógł jej wysiąść. Zachwiała się lekko, ale złapał ją pod ramię, zanim zrobiła krok.
– Kiedyś byłeś bardziej romantyczny - rzuciła.
- A ty nie piłaś samotnie drinków w barach.
- Nie miałam powodu.
- Jeśli upijasz się z mojego powodu, to chyba nie jestem ci całkiem obojętny - stwierdził.
Inez spojrzała na niego spod półprzymkniętych powiek. Przez chwilę nic nie mówiła, tylko opierała się na jego ramieniu, jakby zastanawiała się, czy warto odpowiedzieć. W końcu westchnęła.
– Nie jesteś - odparła, - ale powinieneś być. Żebym nie wpadła przez ciebie w nałóg.
Piotr spojrzał na nią nie mogąc się zdecydować, czy bardziej chce się zaśmiać, czy zamknąć ją w objęciach. Wybrał to pierwsze.
– A może jednak powinienem wciągnąć cię w jakiś nałóg? – rzucił zaczepnie. - Na przykład... wieczory filmowe w dresie. Albo wieczorne, wiosenne spacery, jak zrobi się cieplej. Po pracy. Przynajmniej nie będziesz skręcać w stronę baru.
Zaśmiała się. Piotr otworzył drzwi na klatkę schodową i poprowadził ją powoli po schodach. Jej dłoń mocno trzymała się jego przedramienia, a każdy krok był ostrożny, jakby chciała uniknąć spotkania z grawitacją. Pod drzwiami mieszkania wyjął jej klucze z torebki. Wsunął je w zamek.
– Dasz radę sama? – zapytał, kiedy drzwi się uchyliły.
Wyprostowała się, po czym sięgnęła po swoje rzeczy i weszła do środka. Kiedy nie wiedział, czy już się odwrócić i zacząć schodzić, złapała go za rękę i wciągnęła do środka. Zaskoczony zatrzymał się tuż przed nią.
- Napijesz się ze mną herbaty - zdecydowała.
Zamknęła drzwi i zdecydowanym ruchem pociągnęła go do kuchni.
- A po herbacie? - zapytał uśmiechając się pod nosem.
- Pójdziesz sobie - odpowiedziała z szerokim uśmiechem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz