Rafał i Janka
Kilka dni później Rafał zaczął robić pierwsze kroki o kulach. Nie były to długie dystanse, bo jego ręka jeszcze nie była w pełni sprawna, ale dawało mu to poczucie większej niezależności i swobody.
Dzisiaj postanowił spróbować przejść się kawałek po korytarzu. Podniósł się powoli z łóżka i chwycił kule. Każdy krok wymagał wysiłku, ale dawał mu poczucie, że odzyskuje kontrolę nad własnym ciałem. Stawiał nogę ostrożnie – ta w ortezie musiała być uniesiona — ale pewnie. Był coraz bliżej celu. Czyli dyżurki pielęgniarek. Dzieliło go od niej kilka metrów.
Na korytarzu poczuł, jak z każdym krokiem jego mięśnie drżą coraz bardziej, ale uparcie brnął dalej. W jego głowie już tworzył się obraz: zaskoczona mina Janki, uśmiech, może jakieś zabawne docinki z jej strony. Nagle poczuł, że ręce za chwilę odmówią mu posłuszeństwa, a noga, na której cały czas balansował ugnie się pod nim i jak nic runie na ziemię. Zatrzymał się na chwilę, próbując zachować równowagę. „Błagam, tylko nie wywróć się na jej oczach”, powiedział sobie w myślach jednocześnie szukając wzrokiem najbliższego krzesła i szacując jaką ma do niego odległość. Zachwiał się, a przed jego oczami zamigotały plamy i pot oblał mu ciało. Wtedy poczuł, jak ktoś chwyta go pod ramię i stabilizuje jego równowagę. W powietrzu rozniósł się znajomy zapach delikatnych perfum.
— Rafał, co ty wyprawiasz? — usłyszał zdumiony głos Janki.
Spojrzał na nią z uśmiechem, próbując zachować resztki godności. Jednocześnie czuł, że trzęsie się jak galareta.
— Chciałem cię zaskoczyć —odpowiedział.
Janka spojrzała na niego z mieszaniną troski i rozbawienia.
— „Zaskoczyć”, mówisz? — w jej głosie pojawiła się nuta ironii. — Zaskoczony to ty będziesz, jak wylądujesz na łóżku z powrotem w gipsie — stwierdziła. — Chodź, odwiozę cię na salę. Widać, że twoje plany rozwoju samodzielności nadają się do ponownego przeanalizowania.
Rafał, w pokornej postawie, pozwolił Jance posadzić się na wózku. W zasadzie poczuł ulgę, kiedy usiadł.
— Było całkiem blisko — powiedział z lekkim uśmiechem.
— Blisko tego, żeby kolejny raz zbierać cię połamanego z podłogi — dodała Janka wioząc go do sali.
— Ale i tak jestem z siebie dumny, że dotarłem aż tutaj.
— Twoje tempo w rehabilitacji jest naprawdę dobre, ale nie trzeba się spieszyć. Ciesz się tym, co już osiągnąłeś i stopniowo sięgaj po więcej.
Janka dowiozła Rafała pod samo łóżko. Kiedy zatrzymała wózek, spojrzała na niego z ciepłym, lekko rozbawionym uśmiechem.
— No, jesteśmy z powrotem — oznajmiła.
Rafał zerknął na nią czując w sobie dziwną falę ulgi. Janka stała obok niego i to w jakiś sposób sprawiło, że jego serce zaczęło bić szybciej. Zawsze, kiedy tego potrzebował, ona spieszyła z pomocą. Wiedział, że nie robi tego tylko dlatego, że jest jej pacjentem.
— Dzięki — powiedział, gdy Janka pomogła mu wstać z wózka. Jego nogi były jeszcze niepewne, ale jej wsparcie było wystarczająco silne, by poczuł się bezpiecznie. Delikatnie pomogła mu usiąść. Kiedy nachyliła się nad nim, jej twarz znalazła się blisko jego twarzy tak, że mógł poczuć na skórze ciepło jej oddechu. — Bez ciebie bym sobie nie poradził.
— Nie ma sprawy, Rafał. Po to tu jestem — odparła.
Jej palce przejechały po jego ramieniu, jakby w ten sposób chciała dać mu znać, że zawsze może liczyć na jej pomoc. Ich spojrzenia spotkały się i przez krótką chwilę panowała cisza. Wtedy, niespodziewanie, to ona zrobiła krok do przodu, wciąż trzymając rękę na jego ramieniu.
— Janka... — zaczął, a jego głos zabrzmiał trochę głębiej niż zwykle. Poczuł, jak jej dłoń przesuwa się delikatnie po jego klatce piersiowej i zatrzymuje tuż obok serca.
Nie czekając na więcej słów, drugą ręką Janka objęła jego szyję i ich wargi spotkały się w czułym, niespiesznym pocałunku. Rafał poczuł jej ciepło, zapach, bliskość, a w jego piersi pojawiła się fala różnych emocji. Nagle Janka zamarła.
Poderwała się gwałtownie, jej oczy otworzyły się szerzej, jakby nagle wróciła do rzeczywistości i zorientowała się, że pocałowała swojego pacjenta. Jej policzki natychmiast oblały się rumieńcem.
— Ja… przepraszam! — wymamrotała cofając się o krok. — Ja nie powinnam… to było… nieprofesjonalne. Przepraszam, Rafał.
Odwróciła się szybko. Zdążył jeszcze unieść rękę, jakby chciał ją zatrzymać, ale ruszyła szybkim krokiem do wyjścia.
— Muszę wrócić na dyżur — powiedziała i tyle ją widział.
Został sam. I choć nie wiedział dokładnie, co to wszystko znaczyło, jedno było pewne – ten dzień właśnie przestał być zwyczajny.
Janka weszła do dyżurki szybkim krokiem i zatrzymała się przy zlewie. Oparła się dłońmi o blat, wpatrzona w kafelki przed sobą. Właśnie zaczęło do niej docierać, co się właściwie wydarzyło. Pocałowała Rafała. W szpitalu, na oddziale. Gdyby ktoś wszedł wtedy…
Zamknęła oczy, próbując się uspokoić. Ona jest pielęgniarką, on pacjentem. To nieprofesjonalne. To... nie powinno się wydarzyć, ale kiedy tak nachyliła się nad nim, poczuła jakieś dziwne przyciąganie. Albo może to jego spojrzenie zadziałało hipnotyzująco. W każdym razie… straciła kontrolę.
Z tyłu dyżurki zaskrzypiało krzesło, wróciła koleżanka.
— Wszystko okej? — zapytała. — Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha. Albo Rafał cię wkurzył — zachichotała.
Janka rzuciła jej spojrzenie i powoli wyprostowała się.
— Nie... — wzięła głębszy oddech. — Za to go pocałowałam.
Kubek herbaty zawisł w połowie drogi do ust koleżanki.
— No nie gadaj.
Janka przysiadła na brzegu krzesła, nagle bardzo zmęczona. Przesunęła palcami po krótkich włosach.
— I uciekłam. Po prostu... uciekłam. Jak jakaś nastolatka — rzekła. — A o tym, że to było totalnie nieprofesjonalne zachowanie już nawet nie wspomnę.
— Janka, przecież was ewidentnie ciągnie do siebie od momentu jego pojawienia się na oddziale. Wszyscy to widzą. To była tylko kwestia czasu. I tak długo wytrzymaliście — odparła tamta w końcu pijąc herbatę. — Idź do niego.
— Co? Teraz?
— Na razie nic pilnego się nie dzieje.
Janka wyszła z dyżurki i ruszyła w stronę sali Rafała. Weszła do środka i wolnym krokiem zbliżyła się do łóżka, na którym leżał. Jedną rękę miał podłożoną pod głowę, drugą trzymał na brzuchu. Spojrzał na nią nic nie mówiąc ani nie wykonując żadnego gestu. Czekał. Cierpliwie. Z takim spokojem, jakiego ona teraz nie miała w sobie kompletnie.
— Ja... — zaczęła
— Tylko nie zaczynaj znowu o tym, że jesteś pielęgniarką, ja pacjentem i że zachowałaś się nieprofesjonalnie — przerwał jej.
Zagryzła wargi.
— Nie wiem, co powiedzieć — przyznała cicho.
— Mi nie musisz nic mówić, ale odpowiedz sobie, czego chcesz — rzekł Rafał. — Albo czujesz coś, albo nie. Albo robisz krok do przodu, albo się boisz. Coś się dzieje, ale zostawmy to na razie tak, jak jest. Niedługo wyjdę ze szpitala i wtedy spotkamy się na prywatnym gruncie. Nie będzie już pielęgniarki i pacjenta tylko Janka i Rafał. Bez piżam i mundurków. Zobaczymy się zupełnie od innej strony. Wtedy będzie czas na decyzje.
— Ta twoja racjonalność — powiedziała Janka prawie z wyrzutem. — Jesteś taki spokojny, jakby nic cię nie ruszyło.
Rafał uniósł brew.
— Myślisz, że mnie nie ruszyło? — spytał wyszczerzając zęby w uśmiechu.
Poklepał materac na łóżku. — Usiądź na chwilę — poprosił, a kiedy Janka spełniła jego prośbę ujął ją delikatnie za rękę. Rafał spojrzał na nią delikatnie, a jego uśmiech stał się bardziej ciepły, prawie uspokajający.
— Przepraszam, bo moje poprzednie zdanie zabrzmiało jakbym miał do ciebie jakieś pretensje. Chodzi mi o to, żebyśmy niczego nie robili na siłę. Na pewno nie jesteśmy sobie obojętni, ale teraz wszystko miesza się ze współczuciem, tęsknotą. Chcę, żebyś zobaczyła we mnie kompletnego, niezależnego mężczyznę, a nie pacjenta, którym się zajmujesz. Poczuła, że ja się tobą opiekuję.
Zerknął na jej rękę, którą trzymał w swojej.
— Nie uciekaj przed samą sobą i przed tym, co czujesz — dodał. — Ja jestem otwarty i cierpliwy. Poczekam, aż mi zaufasz. A ten pocałunek… — spojrzał jej w oczy — to może być coś… — uśmiechnął się figlarnie — o czym opowiemy naszym wnukom — dokończył. — Liczę, że nie nastąpi to zbyt szybko — westchnął teatralnie.
Janka prychnęła śmiechem.
— Nie mogę z tobą — pokręciła głową. — Takie łączenie powagi z humorem… to z tym się trzeba urodzić, czy to przychodzi z czasem? — zapytała.
— Nie odpowiem na to — odparł Rafał stanowczo. — Moja wrodzona skromność nie pozwala mi na to.
Janka zabrała rękę i wstała.
— Wracam do pracy — rzekła. — Już i tak jestem wystarczająco rozkojarzona dzisiaj. Wyjdź już wreszcie z tego szpitala.
Rafał roześmiał się.
— Chcesz się mnie pozbyć, czy chcesz szybciej się umówić? — rzucił z błyskiem w oku.
Janka odwróciła się na pięcie i wyszła. Dopiero za drzwiami pozwoliła sobie na szeroki uśmiech.
Antek
Pierwszy dzień po powrocie do domu ze szpitala był cichy. Ojciec przywiózł Antka po południu, a ten swoje pierwsze kroki skierował do łazienki. Cały czas poruszał się z kapturem naciągniętym na głowę, jakby nie był jeszcze gotowy spojrzeć na swoje odbicie w lustrze. W jego głowie kotłowało się mnóstwo myśli, ale postanowił nie skupiać się teraz na nich. Wolnym krokiem udał się do kuchni, z której dochodził zapach ugotowanego przez jego mamę rosołu. Mimo braku apetytu postanowił wmusić w siebie kilka łyżek. Usiadł na krześle za stołem, a obok położył reklamówkę pełną leków. Na blacie zauważył leżącą kartkę. Rozpoznał pismo jego młodszej siostry i sięgnął po nią, żeby przeczytać, co napisała. „Witaj w domowej strefie regeneracji. Uwaga: możliwe nadmierne okazywanie miłości rodzinnej.” Roześmiał się cicho.
— Zjesz odrobinę? — zapytała pani Jaroszyńska stawiając przed nim miskę parującej zupy.
— Spróbuję — odparł i sięgnął po łyżkę.
Wmusił w siebie jakieś pięć łyżek, przy szóstej się poddał.
— Pomogę ci z tym potem — powiedziała jego mama wskazując na lekarstwa.
Kiedyś była pielęgniarką więc teraz jej wiedza i doświadczenie były nieocenione. Jednocześnie nie zamierzała stać nad Antkiem jak kwoka nad pisklęciem. Wiedziała, że w pewnych kwestiach będzie starał się osiągnąć maksimum niezależności.
Po obiedzie Antek poddał się zmęczeniu i położył się do łóżka. Przespał większość popołudnia i nocy. Budził się, żeby się napić albo wziąć jakiś lek. Jego organizm był teraz jak maszyna po przeciążeniu – musiał się zatrzymać, żeby znów ruszyć. Gdzieś pomiędzy drzemkami zdążył jeszcze pomyśleć o Liwii. Zastanawiał się, czy nie wysłać jej jakiejś wiadomości, ale jego przymroczony umysł nie był w stanie skupić się na wymyśleniu jakiejś sensownej treści. Odpuścił. Wiedział, że ona zrozumie.
Kolejne dni wyglądały podobnie. Spędzał je głównie na odpoczynku. Czasami włączał się w jakieś lekkie czynności albo wychodził do ogrodu, żeby się nieco rozruszać. Sąsiadka – mama Agaty, przyniosła mu ucierany placek z jabłkami. O dziwo, to ciasto nie szkodziło na jego żołądek. W końcu zebrał się i wysłał wiadomość do Liwii. Zapytał po prostu co u niej. Pół godziny później dostał odpowiedź, że właśnie łapie oddech pomiędzy klientkami i odezwie się wieczorem. Nie wiedział do końca dlaczego, ale zaczął wyczekiwać tego wieczoru.
Telefon zadzwonił po dwudziestej, kiedy Antek oglądał jakiś serial w telewizji. Zerknął na wyświetlacz, uśmiechnął się, po czym wyłączył odbiornik i odebrał połączenie.
— No wreszcie — odezwał się udając zniecierpliwienie. — Myślałem, że już o mnie zapomniałaś.
Usłyszał śmiech po drugiej stronie.
— O tobie się nie da zapomnieć — odpowiedziała Liwia.
Ten tekst sprawił, że Antek poczuł jakieś ciepło w środku.
— A tak na poważnie to przed chwilą skończyłam pracę — dodała.
— A tamto nie było na poważnie? — zażartował.
— Antonio, czy ty właśnie próbujesz ze mną flirtować? — zapytała Liwia celowo używając włoskiej wersji jego imienia, żeby nawiązać do jego pochodzenia.
— Odnoszę wrażenie, że wcale nie ustępujesz mi miejsca na tym polu, mia cara — odparł uśmiechając się.
— Nie wiem, co brałeś, ale twój umysł zaczyna wchodzić na wyższe obroty — zażartowała Liwia. — Czy może jednak pozwalasz przemawiać sercu?
— Przyjedź do mnie w odwiedziny to wtedy dowiesz się, co przeze mnie przemawia — rzekł Antek. — Tak serio… trochę tęsknię — dodał po chwili cicho. — Fajnie byłoby cię zobaczyć.
— Przepraszam, czy ja rozmawiam z tym Antkiem, którego przez kilka dni musiałam przekonywać, żeby pozwolił sobie na nawiązanie ze mną relacji?
Liwia nadal utrzymywała lekko żartobliwy ton, ale w jej pytaniu była prawdziwa ciekawość.
— Tak — Antek roześmiał się. — A skoro już mnie przekonałaś to teraz zamierzam szczerze mówić, co myślę i czuję — dodał.
Zapadła chwila ciszy.
— Czyli już nie muszę się zastanawiać, jak wprosić się do ciebie? — zapytała Liwia po chwili.
— Mam wysłać ci pisemne zaproszenie?
— Dopiero w sobotę po popołudniu będę miała trochę więcej czasu.
— I zostaniesz do niedzieli.
Liwia zaniemówiła.
— Zaskakujesz mnie coraz bardziej - rzekła w końcu.
— Mamy bardzo wygodny pokój gościnny. Po co jeździć tam i z powrotem? Poza tym w sobotę będziesz zmęczona po pracy i jazda może być niebezpieczna. Zwłaszcza późnym wieczorem.
— A co na to twoi rodzice?
— Mówiłaś, że chcesz zadowolić moją mamę. Będziesz miała świetną okazję. Kiedy zobaczy, że nie skupiam się tylko na chorobie, ale wykorzystuję okazję na spędzenie czasu z tobą, będzie zachwycona.
W głośniku rozległ się śmiech Liwii — ciepły, znajomy, który od razu wywołał uśmiech na jego twarzy.
— Chcesz odwrócić jej uwagę od siebie? — zapytała z rozbawieniem, a Antek usłyszał delikatny szelest, jakby właśnie zmieniała pozycję.
— Tu mnie masz — przyznał z udawaną rezygnacją i cicho się roześmiał. — A już byłem pewien, że uwierzysz, że chodzi wyłącznie o ciebie.
— Przemyśl to jeszcze, jeśli chcesz mnie zobaczyć w weekend — mruknęła po chwili, przeciągając słowa w ten charakterystyczny sposób, jakim zawsze dawała znać, że się droczy.
— Skoro tak sprawiasz sprawę... — zawahał się na moment po czym odezwał się niższym, bardziej miękkim tonem: — Bardzo chcę, żebyś przyjechała.
Usłyszał ciche odchrząknięcie, a zaraz potem ledwo słyszalne pociągnięcie nosem. Przez moment zapanowała cisza, jakby Liwia zbierała się do odpowiedzi.
— I już? — zapytała w końcu, cicho, z nutą niedowierzania w głosie. — Tak po prostu?
— Chcesz jeszcze coś pokomplikować? — rzucił Antek z rozbawieniem, ale w jego głosie zabrzmiała też nieoczywista czułość.
— Nie — zamilkła na moment i westchnęła, jakby zbierała się na odwagę przed następnym zdaniem. — Chcę cię przytulić.
Wypowiedziała te słowa prawie szeptem, bardziej jakby mówiła je do siebie. Ale Antek usłyszał je. Poczuł, jak wypełniają go ciepłem. Zatrzymał oddech na moment, jakby chcąc uchwycić to, co działo się w jego sercu. W końcu odpowiedział z właściwą sobie nutą humoru, ale też z wyraźną miękkością w głosie:
— No to musisz przyjechać i to zrobić, nie widzę innej opcji. Obiecuję nie uciekać. Przytulaj, ile chcesz.
Po chwili ciszy w głośniku zabrzmiał cichy, zmieszany głos Liwii.
— Powiedziałam to na głos?
Antek poczuł, jak ogarnia go wesołość.
— Tak, powiedziałaś — odrzekł bezlitośnie. — I teraz nie masz już wyjścia.
— A w razie czego… mogę się wyprzeć?
— Nie w tym życiu, Liwka. Już czekam.
Po drugiej stronie rozległ się cichy śmiech.
— No to... do zobaczenia.
— Do przytulenia — poprawił ją bez namysłu, po czym sam się zaśmiał.
Kiedy odłożył telefon, oparł się wygodnie i przymknął oczy. Czuł lekkie zmęczenie, ale też zadowolenie z tego, jak przebiegła ta rozmowa. Chyba nawet był lekko zaskoczony tym, że komunikowali się z Liwią tak swobodnie. Teraz pomyślał, że odczuwał dużo radości w momentach, kiedy słyszał, że Liwia śmieje się, albo ma okazję do tego, żeby się z nim przekomarzać. W nim samym też coś się zmieniło. Odebrał telefon będąc przekonanym, że nadal będzie ostrożny i wycofany, a tymczasem poniosło go zupełnie w inną stronę. To nie tak, że się nie bał, ale nagle poczuł, że musi ten strach przezwyciężyć, że widząc, ile ta kobieta daje z siebie dla niego, on też musi się postarać i spróbować wykrzesać z siebie tego Antka, którym był naprawdę — w środku. A ten Antek miał waleczne serce. Zatem skoro Liwia miała odwagę stanąć u jego boku, teraz on musiał mieć odwagę, żeby już nie pozwolić jej odejść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz