piątek, 5 września 2025

Rozdział 16

Liwia 

Niespodzianki Liwii dla Antka nie miały skończyć się tylko na tym, że zaskoczyła go informacją o swoim wolontariacie. Miała jeszcze coś w zanadrzu, czym chciała się podzielić, kiedy do niego przyjedzie. Rodzice Liwii wraz z jej starszym bratem, Wojtkiem, prowadzili laboratorium. Zajmowali się produkcją kosmetyków pielęgnacyjnych i makijażowych wykorzystując możliwie najwięcej naturalnych składników. W zeszłym roku Liwia we współpracy z nimi opracowała serię dla kobiet z wymagającą skórą na skutek leczenia onkologicznego. Skonsultowała ich skład z Kingą i z dermatologiem, a potem rozdała próbki chętnym pacjentkom. Spodobały się im. Korzystały z nich nie tylko one, ale też ich koleżanki, rodzina. Kobiety po wyjściu ze szpitala potrzebowały regeneracji, ale także potrzebowały poczuć się na nowo normalnie. Wiele z nich przed leczeniem lubiło się malować i chciały do tego wrócić. Liwia prowadziła też dla nich szkolenia, uczyła jak makijażem wyrównać ubytki, zakryć niedoskonałości. Możliwości były nieograniczone. 

Tego dnia wpadła do laboratorium z zupełnie innym pomysłem. Chciała przygotować coś specjalnego dla Antka. Mężczyźni mieli skórę o innych wymaganiach pielęgnacyjnych. W sklepach pojawiało się coraz więcej kosmetyków dedykowanych ich potrzebom, ale sporo z nich zawierało substancje, które działały podrażniająco albo alergizująco. Antek zainspirował ją do stworzenia czegoś nowego i z tym zamysłem Liwia postanowiła udać się do Wojtka. Włożyła ubranie ochronne i weszła do sali, w której unosił się znajomy zapach naturalnych ekstraktów i olejków. Za dużym stołem roboczym jej brat mieszał właśnie kolejną partię kremu. 

— Hej, masz chwilę? — zapytała, zerkając na niego z lekkim uśmiechem. 

Wojtek oderwał wzrok od miksera i wytarł dłonie w papierowy ręcznik. 

— Dla ciebie zawsze — odparł. — Coś się dzieje? 

Liwia podeszła bliżej, przestępując z nogi na nogę. 

— Potrzebuję twojej pomocy — rzekła. — Chciałabym przygotować nowy krem. Specjalnie dla Antka.  

Liwia wspomniała rodzinie, że się zaczęli widywać i że zależy jej na nim.  

Chciałabym, żeby miał coś specjalnego. Jego skóra jest przesuszona, podrażniona i wrażliwa. Potrzebuje specjalnej pielęgnacji, ale potrzebuję też poczuć się jak mężczyzna. 

Wojtek uniósł brwi i zastanowił się przez chwilę. 

— Czyli coś lekkiego, szybko wchłaniającego się, bez zbędnych zapachów — podsumował.  

— Tak. I żeby działał łagodząco. Nawilżał, ale nie zostawiał tłustego filmu dodała Mówiła szybko, jak ktoś, kto jest podekscytowany tym, że za chwilę zrobi coś, czym sprawi innej osobie przyjemność i niespodziankę. 

Wojtek uśmiechnął się. 

Zrozumiałem, po prostu musi być idealne dla twojego faceta — rzekł. 

— On jeszcze nie jest moim facetem — zaoponowała Lidia. 

— Oficjalnie nie… — mruknął brat pod nosem. — Ale byś chciała. 

— Na razie są ważniejsze sprawy, niech wszystko idzie swoim rytmem. Póki co jadę do niego w odwiedziny i chcę krem. 

Przez kolejną godzinę razem odmierzali, mieszali i sprawdzali konsystencję, aż w końcu powstał lekki, niemal bezwonny krem. Wojtek zamknął go w niewielkim matowym słoiczku.  

— Gotowe.  

Gdy Liwia chowała przygotowany krem do torby, Wojtek oparł się o blat i przez chwilę coś rozważał. 

— Wiesz co… — odezwał się nagle, jakby właśnie coś mu przyszło do głowy. — A może dorzucimy jeszcze coś? 

Liwia spojrzała na niego pytająco. 

— Co masz na myśli? 

— Żel pod prysznic — odparł. — Ale taki naprawdę łagodny. Bez alkoholu, bez mocnych detergentów. Normalne żele mogą go tylko bardziej podrażniać. 

Zastanowiła się chwilę i pokiwała głową. 

— To ma sens. 

— Zrobimy coś prostego. Na bazie naturalnych składników, może z kwasem mlekowym zadziała złuszczająco, ale delikatnie — i pantenolem. Łagodny, bezpieczny, z męską nutą zapachową. 

Świetny pomysł, na pewno mu się przyda. 

Przygotowanie żelu zajęło im kolejne pół godziny. Kiedy Wojtek zakręcał buteleczkę z prostą etykietą, rzucił jeszcze: 

— Wiesz, to nie chodzi o kosmetyki. Chodzi o to, żeby mu przypomnieć, że jest facetem. Że normalnie żyje, dba o siebie, że może czuć się wciąż sobą. 

Liwia spojrzała na brata z zadumą.  

— Masz rację — przyznała.  

Wzięła żel i włożyła go do torby obok kremu. 

Mam świetny prezent, a dla reszty domowników wezmę coś z naszych klasyków — rzekła. — Dzięki, Wojtek. Naprawdę. 

Proszę, siostra. Gdybyś czegoś jeszcze potrzebowała… wiesz, gdzie mnie znaleźć. — Puścił jej oko. — Jak mu się spodoba to zrobimy coś jeszcze. 

 

 

Piotr  

Słońce powoli chowało się za dachami, rzucając na miasto długie, złotawe cienie. Piotr siedział przy kuchennym stole, obracając w palcach pusty kubek po kawie. Niby powinien pracować, miał otwarty laptop, kilka otwartych maili, ale myśli zupełnie mu się rozjeżdżały. Nie potrafił oderwać głowy od ostatnich dni. Od niej. Od Inez. Wciąż widział jej zamglone spojrzenie, gdy zasypiała w jego samochodzie. Słyszał w uszach jej ironiczny głos, kiedy mówiła o papudze, która miałaby mu przypominać o jego winach. Uśmiechał się na to wspomnienie, ale zaraz potem jego twarz znów stężała. Nie wiedział, co z nimi będzie. Czy jeszcze jest dla nich jakiś sensowny scenariusz, czy tylko udają, że nie zmarnowali zbyt wielu lat. 

Inez była dla niego bardzo ważna, Ale teraz musiał zachować spokój I rozwagę. Nie mógł jej znowu skrzywdzić. Ani siebie. 

Telefon, leżący na blacie, zawibrował cicho, wyrywając go z zamyślenia. Marzena – jego była żona. Przez sekundę patrzył na ekran, jakby nie był pewien, czy odebrać. W końcu przesunął palcem i przyłożył aparat do ucha. 

 

– Cześć, Marzena – powiedział, starając się, by jego głos brzmiał normalnie. – Jak się masz? 

Po drugiej stronie usłyszał znajomy, miękki ton, który od lat budził w nim ciepłe, ale czysto przyjacielskie emocje. 

– Cześć, Piotrze. Wiesz… – zaczęła, zawieszając głos na moment – dzwonię, bo… Chciałabym spotkać się z nim. 

Piotr od razu się wyprostował. 

W zasadzie jest to możliwe – odparł. – Myślę, że on też na to czeka.  

– Czuję, że muszę. Chcę… zamknąć pewne rzeczy. Spotkać się, wyjaśnić. Nie mam złudzeń, nie chcę wracać do przeszłości. Ale… chciałabym to zrobić, zanim jeszcze bardziej się od siebie oddalimy. 

Słuchał jej i wiedział, że ma rację. Marzena zawsze była rozsądna, a ich relacja – choć inna niż kiedyś – nadal opierała się na zaufaniu. 

– Rozumiem – powiedział w końcu. – Kiedy myślisz o przyjeździe? 

– Może za kilka dni. Jeśli to dla ciebie w porządku. 

– Oczywiście – odpowiedział bez wahania. – Dam ci znać, kiedy będzie najlepiej. I… dobrze, że zadzwoniłaś. Powinniśmy podomykać sprawy z przeszłości. 

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza. 

Boję się, że za bardzo go skrzywdziliśmy – rzekła Marzena ze smutkiem w głosie. 

Przekonasz się – odparł. – Lepiej porozmawiać niż nie zrobić nic. Będę cię wspierał, jak zawsze. Zawsze miałaś prawo do zakończenia tej historii. 

Dziękuję, Piotrze. Wiem, że to niełatwe, ale po tylu latach, nie mogłam się dłużej wahać. 

Daj znać, kiedy przyjedziesz. Pomogę ci, jeśli będziesz potrzebowała. Będziesz miała się gdzie zatrzymać? – zapytał. 

Coś wynajmę. Dam sobie radę. Odezwę się. I jeszcze raz dzięki. 

Piotr odłożył telefon na stół i przeciągnął dłonią po twarzy. Czuł narastające napięcie, choć przecież nie powinien. Marzena nie była zagrożeniem. Ich historia naprawdę się zakończyła – nie z hukiem, nie dramatem, ale spokojnym rozejściem dwóch ścieżek, które zbyt długo szły równolegle, bez spotkania. A jednak wiadomość o jej przyjeździe obudziła w nim coś więcej niż zwykłą czujność. 

Spojrzał na zegarek. Jeszcze wcześnie. Przez głowę przemknęła mu myśl, żeby zadzwonić do Inez… ale zaraz ją odrzucił. Nie teraz. Nie, kiedy jego własne emocje były w takim nieporządku. Wstał od stołu i podszedł do okna. Patrzył na miasto, którego ulice błyszczały po deszczu w ciepłym świetle latarni. Lubił tę porę – Nocą wszystko wydawało się bardziej ukryte, rozmowy były bardziej intymne, myśli bardziej intensywne. Nocą można było sobie pozwolić na to, co za dnia wydawało się nieosiągalne. Tak, jak zrobiła to Inez. Zadzwoniła do niego, a potem pozwoliła się odwieźć do domu. Potem trzymała się go udając, że wszystko ma pod kontrolą. Była krucha i silna zarazem. Wrażliwa, ale udająca, że nic jej nie rusza. 

A on? Sam nie wiedział, czego chce bardziej: naprawić to, co kiedyś zniszczył, czy zostawić wszystko w spokoju, by jej nie skrzywdzić po raz drugi. Odsunął się od okna i wrócił do stołu. 

Wziął telefon i bezwiednie otworzył wiadomości. Zawahał się, ale w końcu wystukał krótkiego SMS-a: 

„Wszystko w porządku? Myślałem dziś o tobie.” 

Wysłał. I odłożył telefon ekranem do dołu, jakby to miało mu pomóc nie czekać nerwowo na odpowiedź. Chwilę później włączył radio. Cichy dźwięk jazzu rozlał się po kuchni, a on nalał sobie kieliszek wina. Potrzebował chwili spokoju. 

Za kilka dni przyjedzie Marzena. Zrobi się jeszcze bardziej skomplikowanie. Ale dziś… dziś jeszcze był czas. Czas, by poukładać w sobie pytania, na które i tak nie znał odpowiedzi.  

Telefon Piotra zawibrował po kilku minutach, kiedy już zdążył niemal stracić nadzieję na odpowiedź. Podniósł go powoli, jakby nie chciał niczego sobie obiecywać. Na ekranie wyświetliła się wiadomość od Inez: 

„Dziękuję. Staram się trzymać. Mam nadzieję, że Ty też.” 

Krótko. Prosto. Ale te kilka słów wystarczyło, żeby coś w nim zmiękło. 

Oparł się o stół i przez chwilę wpatrywał się w ekran, mając ochotę odpisać coś więcej. Zaprosić ją na spacer. Zapukać do jej drzwi i po prostu być. Zamiast tego tylko westchnął i schował telefon do kieszeni. Nie dziś. Jeszcze nie dziś. 

 

Janka i Rafał 

 

Janka słyszała coś o nowym ortopedzie, który w tym tygodniu zaczął pracę na ich oddziale, ale nie miała go jeszcze okazji poznać. Ich dyżury na razie mijały się. Okazało się, że ich wspólny dyżur wypadał na tę noc. Właściwie było jej to obojętne. Nawet nie zwróciła uwagi na to jak się nazywa. Akurat wpisywała coś do komputera w dyżurce, gdy od progu usłyszała nowy, nieco głośny głos: 

— Dzień dobry, nowy ortopeda! Miłodziad Dębski. Szukam Janki… eee… zająknał siępielęgniarki Janki. 

Zamarła. Powoli odwróciła głowę w stronę drzwi i zrobiła wielkie oczy ze zdziwienia. 

— Miłodziad?! — uniosła brwi. 

On też znieruchomiał na moment po czym zrobił dwa kroki w jej stronę, przyglądając się jej uważnie. Jego fryzura nadal przypominała skrzyżowanie Chopina z Einsteinem, na twarzy gościł szelmowski uśmiech. Doszły tylko okulary w rogowej oprawce. 

— Ty jesteś… Janka?! Ta Janka? Od taty? 

Kiedy Janka była zaraz po studiach wyjechała za granicę do pracy, żeby opiekować się starszymi pacjentami w domach. W Austrii trafiła na rodzinę Dębskich. Byli Polakami z pochodzenia i mieli zamiłowanie do starosłowiańskich korzeni. Ojciec miał na imię KrzywosądJanka uważała, że powinien był podać rodziców do sądu, za to, że nadali mu takie imię. Matka miała na imię Gniewosądka i Jankę intrygowało to, czy Krzywosąd celowo szukał żony o takim imieniu, czy tak się po prostu trafiło. W każdym razie przy nich nauczyła się zachowywać powagę w sytuacji, kiedy prawie ją roznosiło ze śmiechu. Te umiejętności przydały się jej później w tym zawodzie, który wybrała. Zastanawiało ją też, dlaczego państwo Dębscy swoim dzieciom nadali imiona w zupełnie innym kierunku znaczeniowym: Wszemiła i Miłodziad. Ale to chyba miało pozostać dla niej na zawsze nierozwiązaną zagadką. 

— Ta sama — odpowiedziała, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. — Nadal każesz się tak nazywać? 

— A co, miałem zmienić na Miłosława, żeby było bardziej znośnie? — parsknął. 

— Nie wiem, Miłodziadzie — rzekła przeciągle. — W Austrii twój imiennik brzmiał jak lokalna klątwa. 

Twój cięty język też się nie zmienił — roześmiał się i rozłożył ramiona. — No chodź, przywitaj się z nowym ortopedą po starej znajomości. 

Uścisnęli się. 

— Nie wierzę… — mruknęła Janka, próbując się powstrzymać od śmiechu. — Naprawdę jesteś lekarzem? Ortopedą? 

— A kim miałbym być? Poetą ludowym? — rzucił, po czym oparł się nonszalancko o framugę drzwi. — Choć przyznam, że pewne skłonności do liryki we mnie pozostały.  

Stanął w pozie aktora na scenie i wyrecytował:  

Razu pewnego z samego ranka zastrzyki pacjentom dawała Janka. Wbijała igły w ich żyłki i w zadki, znosiły je dzieci i stare... dziadki. 

Janka wybuchnęła śmiechem. 

— I ty masz składać ludzi do kupy — rzuciła po chwili zerkając na jego błyszczące, bordowe mokasyny i granatowy zegarek na szerokim skórzanym pasku. — Nadal kupujesz buty z włoskich butików? 

— Oczywiście! Mam wrażliwe stopy — powiedział z pełną powagą. — I wyznaję zasadę: jeśli muszę użerać się z ludzkimi stawami, przynajmniej moje muszą mieć wygodnie. 

— Naprawdę się nie zmieniłeś — mruknęła Janka, kręcąc głową z rozbawieniem. — I co, Miłodziadzie, będziesz mnie kontrolować? — zapytała z przekąsem. 

— Nigdy! — zawołał, przykładając dłoń do serca. — Chyba że w porze obiadu. Bo podobno nadal chowasz dobre ciastka w szufladzie dyżurki. Tego nie wybaczę! 

Janka uniosła brwi. 

— Nadal jestem czujna. Znikną zanim zaczniesz śledztwo. 

Rozległ się sygnał z jednej z sal. Ktoś potrzebował pielęgniarki. 

Muszę iść oświadczyła. 

— Spotkajmy się kiedyś po dyżurze! — zawołał za nią. — Mam dużo do opowiedzenia. I muszę się pochwalić swoim nowym łokciem! 

— Co? – obejrzała sIę przez ramię. 

— O, to długa historia. W skrócie: snowboard, owca i gulasz w puszce. 

Nie wiem, czy chcę to wiedzieć! — krzyknęła przez ramię i zniknęła za rogiem. 

Pacjentka, która ją wezwała miała złamaną rękę i była kilka godzin po operacji zespolenia. Narzekała na ból. Janka powiedziała, że może sobie zaaplikować dodatkową dawkę leków, ale kobieta prosiła, żeby koniecznie zajrzał do niej lekarz i sprawdził, czy na pewno wszystko jest w porządku. 

Najlepiej ten nowy ortopeda poprosiła. 

Janka uśmiechnęła się pod nosem. Ledwie Miłodziad pojawił się na oddziale, a już zdążył zauroczyć i zaciekawić pacjentki. Jeśli jego wizyta miała je uspokoić... 

Dobrze, poproszę go, żeby do pani zajrzałpowiedziała. 

Poprawiła kroplówkę i poszła do dyżurki. Dębski stał tam dalej i bajerował kolejną pielęgniarkę. Właśnie z dumą podwinął rękaw fartucha, żeby odsłonić łokieć. 

— Tytanowa śruba i dwa śliczne prętytłumaczył. Zestaw deluxe. W Alpach, zimą. Ratowałem słoik gulaszu. 

Janka słuchała jego historii z szeroko otwartymi oczami. 

Po co ci był potrzebny słoik z gulaszem na stoku? zapytała. 

Miłodziad był ekscentryczny, Janka pamiętała, że lubił opowiadać różne historyjki ubarwiając je na bogato, żeby brzmiały bardziej zabawnie. Potem połowa okazywała się bujdą na resorach, a jego prawdziwe przygody były nudne jak flaki z olejem. Podejrzewała, że cała ta historia to klasyczny miłodziadowy absurd, który z pozoru nie ma sensu — ale jak się go posłucha do końca, to… dalej nie ma sensu. 

Nie na stoku. Gotowałem wcześniej. Gulasz z jelenia, według przepisu mojej babki. Trochę za dużo wyszło, więc zapakowałem resztkę do słoika i zabrałem na stok. Miałem go oddać znajomym w schronisku. I tam, na polanie wpadła na mnie owca. Słoik wysunął mi się z rąk i się potoczył. Niedaleko było zbocze, więc się rzuciłem za nim i złapałem go w ostatniej chwili. Tyle, że przy upadku łokieć zrobił „chrup”. 

Janka przez chwilę próbowała zachować powagę, ale nie dała rady. 

A co na to owca? — zapytała niewinnie. 

Miłodziad spojrzał na nią, jakby się urwała z innej planety. 

— Owca? — spytał. — Owca sobie pobiegła dalej. Kto by się nią przejmował, kiedy trzeba było ratować moją zawodową przyszłość. Na szczęście obeszło się bez komplikacji i mogłem spokojnie wrócić do pracy. 

A teraz jedna pacjentka narzeka na ból ręki po operacji i prosi, żeby „ten nowy ortopeda” do niej zajrzałoznajmiła Janka, w której odezwały się znowu profesjonalizm i poczucie obowiązku. 

Z pewnością lekarz przyda się bardziej tam, gdzie są pacjenci niż w dyżurce pielęgniarek rozległ się męski głos za ich plecami. 

Odwrócili się za siebie lekko przestraszeni. 

— Miłodziad… — rzekł powoli Rafał opierając się o framugę drzwi, podparty na kulach. Jego postawa wskazywała na to, że już stał tak od jakiegoś czasu. — Imię po ukochanym dziadku czy rodzice zakładali, że to wystarczy, żeby być miłym z natury? 

Janka uniosła brwi. Takiego tonu jeszcze nie słyszała u niego. Chociaż nie... Słyszała. Miała wrażenie, że wrócił Rafał, którego spotkała, kiedy poszła prosić o pomoc w sprawie kaloryfera. 

— Co ty tu robisz? zapytała. 

Postanowiłem się trochę rozruszać odparł. Poszło mi trochę lepiej niż ostatnim razem. Jak widzisz, nie musisz mnie odwozić na wózku do sali — rzucił niewinnie. — A może jednak powinienem udać, że tracę równowagę? spojrzał na nią znacząco. 

Miłodziad uśmiechnął się z zaskakującym spokojem. 

Jakiś szczególny pacjent? — zapytał. — Czy tylko wymaga specjalnego traktowania? 

— Janka każdego pacjenta traktuje specjalnie — odpowiedział Rafał. — A ja jestem też pracownikiem tego szpitala chociaż nie tak rzucającym się w oczy. 

— Rafał jest konserwatorem. Miał wypadek podczas pracy i naprawdę cierpliwie znosił unieruchomienie — wyjaśniła Janka próbując rozładować zaistniałe napięcie. — A z… Miłodziadem znamy się z czasów, kiedy rozpoczynałam pracę zaraz po studiach. Opiekowałam się jego tatą w Austrii. 

— Tak — potwierdził Dębski. — Właśnie wspominaliśmy tamte stare dobre czasy. 

— Wydawało mi się, że raczej chwaliłeś się tytanowym łokciem — mruknął Rafał. 

Janka spojrzała na nich obu, kręcąc głową z rozbawieniem. 

Lubię zadziwiać, zwłaszcza w szpitalu Miłodziad zdawał się być odporny na wszelkie docinki.Może i wcale nie wyglądam jak typowy chirurg, ale za to mam zdolność do przeprowadzania operacji… z klasą. 

Uśmiechnął się szeroko, patrząc na Rafała, jakby to miał być rodzaj wyzwania.  

— Gdyby na sali operacyjnej coś przestało działać to wówczas twoja… klasa musiałaby wezwać techników — odparł tamten także się uśmiechając. 

— Dobra… koniec tego — przerwała im Janka. — Miłodziad idź do tej pacjentki, która nie zaśnie bez twojej konsultacji, a ty — zwróciła się do Rafała — do łóżka.  

Ten nagle złapał ją za rękę i lekko przyciągnął do siebie. 

Jasne — powiedział zaglądając jej w oczy. — Ale czuję, że zaczyna mnie lekko boleć nadgarstek i mogę mieć problem z samodzielnym powrotem. 

Pielęgniarka zarumieniła się lekko. Miłodziad patrzył na to z lekkim rozbawieniem poprawiając okulary, które wcale nie były mu potrzebne do dobrego widzenia, ale dodawały mu powagi 

— Widzę, Janka, że twój pacjent wywołuje u ciebie jakieś… niestandardowe reakcje — stwierdził. 

Rafał spojrzał na niego, a jego uśmiech stał się jeszcze szerszy, ale jednocześnie nieco bardziej tajemniczy. 

— Tak, niestandardowe… — potwierdził. — Co więcej to działa w obie strony, Miłodziadzie. Poza tym mam jeszcze troje pomocników 

— Lubię wyzwania — rzekł Dębski zakładając okulary z powrotem na nos. 

— My też — odparł Rafał i pociągnął Jankę delikatnie do wyjścia. — Naprawdę… Janka i Miłodziad… — mruknął pod nosem. — Przecież to brzmi jak tytuł jakieś słowiańskiej legendy, którą rodzice straszyli dzieci. 

Janka z trudem opanowała śmiech. Czuła, że to dopiero początek i niedługo na oddziale będzie całkiem zabawnie. 

Rafał szedł powoli obok Janki, ostrożnie stawiając kroki, ale z tą pewnością siebie, którą miał zawsze, gdy coś sobie postanowił. Korytarz na moment opustoszał, światło lekko przygasło, a zza uchylonego okna słychać było wiosenny deszcz stukający o parapet. Kiedy weszli do jego sali, panował w niej półmrok złamany tylko przez światło nocnej lampki. Rafał zatrzymał się, oparł plecami o ścianę i spojrzał na Jankę z czułością. 

Wiesz, że ja… tylko gram takiego twardziela — powiedział cicho. — W środku zżera mnie niepewność, bo nie wiem, czy ten cały doktor rodem z Wiedźmina nie okaże się większą atrakcją ode mnie. Niekoniecznie w dosłownym tego słowa znaczeniu. 

Janka uśmiechnęła się i przysunęła o krok bliżej. Zauważyła, że na twarzy Rafała nie było już cienia rywalizacji ani ironii. W jego oczach był uśmiech i ciepło. 

— Wiem — odpowiedziała równie cicho. — Ale lubię te momenty, kiedy sam się do tego przyznajesz. Miłodziad to po prostu syn mojego dawnego pacjenta. Nigdy nie byłam nim zainteresowana jako mężczyzną, jak dla mnie jest zbyt ekscentryczny i za bardzo lubi zwracać na siebie uwagę — wyjaśniła. 

Rafał wyciągnął dłoń i delikatnie odgarnął jej kosmyk włosów za ucho. Ich oczy spotkały się i przez moment świat stanął w miejscu. Jance serce zabiło szybciej, kiedy mężczyzna wbijał w nią to spojrzenie ciemnych oczu. 

Już niedługo — szepnął. — Pojawię się tutaj bez kul, bez zgrywania się. Mam nadzieję, że wtedy w końcu zrobimy sobie prawdziwy spacer. Po pracy, gdzieś w parku…  

Janka pochyliła się, muskając lekko jego usta. 

— To się chyba da załatwić — odpowiedziała. — Ale musisz być grzeczny. 

Zapomnij — mruknął, a w jego oczach zatańczyły iskry. 

Na korytarzu coś zaszurało, ale już nie zwracali na to uwagi. W tym jednym momencie byli tylko oni — już nie pielęgniarka i pacjent, ale po prostu kobieta i mężczyzna. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rozdział 46

Inez, Piotr i Jacek     Kilka dni później, w ciepłe letnie popołudnie , Inez z Piotrem i Jackiem wybrali się do budynku na Starym Mieście. ...