piątek, 5 września 2025

Rozdział 17

Inez i Piotr 

Świat za oknem tonął w miękkim, złotym świetle poranka. Inez stała przy blacie roboczym w piekarni. Ubrana była w fartuch, a ręce miała oprószone mąką. Wokół niej unosił się zapach drożdżowego ciasta, który był aromatyczny i kojący. Praca szła jej rytmicznie — dzieliła ciasto, formowała bułki i układała je na blasze. Piec był już rozgrzany i czekał na nową porcję. Rozmyślała o Piotrze, jego ostatniej wiadomości i tym, że była rozczarowana, że po tym, jak mu odpisała nie kontynuował już rozmowy. 

Wtedy usłyszała kroki. Nie odwróciła się od razu zakładając, że to przyszedł któryś z jej współpracowników.  

Zapach drożdżowego ciasta zawsze kojarzy mi się z tobą — usłyszała za sobą znajomy głos. 

Odwróciła głowę. 

Piotr stał przy drzwiach. Ubrany był w długi ciemnogranatowy płaszcz, który świetnie komponował się ze stalowym odcieniem jego włosów i błękitem oczu. Uśmiechał się lekko i patrzył na nią z czułością i czymś jeszcze. W każdym razie poczuła, że lekko miękną jej nogi. 

Co tu robisz? zapytała.  

Nie odpowiedział nic tylko puścił jej oko i powoli ruszył w jej stronę. Zastygła bez ruchu czekając na to, co zrobi. Czuła lekkie podekscytowanie, a jednocześnie taką pewność, że jego obecność w tym miejscu jest czymś naturalnym.  

Podszedł do niej bardzo blisko i wziął ją za rękę. Inez poczuła, jak przechodzi ją lekki dreszcz. Spojrzała mu w oczy i wtedy on pochylił się nad nią. Musiała oprzeć się o blat, bo nogi się pod nią ugięły. Pocałował ją tak delikatnie, że aż przymknęła powieki. Nie było w tym niczego gwałtownego, tylko czułość... To było cudowne. I właśnie wtedy piec zaczął piszczeć. 

Inez otworzyła oczy. Jej budzik dzwonił na całego, a ona przez moment zastanawiała się, gdzie jest. Wyłączyła alarm i dopiero wtedy dotarło do niej, że to był tylko sen. Leżała przez chwilę bez ruchu, patrząc w sufit, z dziwnym ciężarem w klatce piersiowej. Przez ułamek sekundy miała ochotę zamknąć oczy i znów zasnąć — wrócić do tej ciepłej kuchni, do dotyku, do Piotra. W końcu z cichym westchnieniem zsunęła nogi z łóżka i wstała, nadal lekko oszołomiona snem. W łazience spojrzała w lustro, jakby szukała jakichś śladów. Zobaczyła tylko zmarszczkę na skórze odgniecioną na poduszce. 

Niecałą godzinę później przyjechała do piekarni i weszła przez zaplecze. Uśmiechnęła się sama do siebie, przypominając sobie, jak Piotr w jej śnie wszedł tymi drzwiami i bez słowa ją pocałował. Westchnęła. To był tylko sen. W powietrzu unosił się zapach pieczonego chleba. Andrzej przyjechał pierwszy i już od świtu przygotowywał swoje wypieki. Inez po chwili dołączyła do niego. Zawiązała fartuch, przeczesała palcami włosy i ruszyła do pracy. Jacek przyjechał jako następny i zajął się przygotowywaniem produktów do wyłożenia w witrynach. Po jakimś czasie, gdy wykładała na blacie kolejną porcję rogalików pachnących wanilią i malinami, Rozległ się dźwięk dzwonka nad drzwiami wejściowymi i z automatu rzuciła ciche “dzień dobry”. Dopiero po chwili zorientowała się, że ze sklepu nie dochodzi do niej żadna rozmowa. Zdziwiło ją to, bo przecież ktoś ewidentnie przyszedł. Wyszła z zaplecza, żeby zobaczyć, gdzie jest Jacek. Stał na zewnątrz lokalu przed oszklonymi drzwiami i rozmawiał z... Piotrem. Zachowywali się dość swobodnie względem siebie, a przecież widzieli się tylko raz na festiwalu produktów regionalnych. Zaciekawiło ją, co mogli mieć sobie do powiedzenia, co wymagało rozmowy na osobności. W pewnym momencie Piotr spojrzał na drzwi i zauważył ją. Wyglądał, jakby się trochę zmieszał. Powiedział coś do Jacka i obaj weszli do lokalu. 

— Cześć, Inez przywitał się z uśmiechem. 

—  Cześć odparła sucho. 

Była ciekawa, co teraz zrobi. Wyjaśni jej, dlaczego spotkał się z jej pracownikiem, czy całkowicie pominie ten aspekt. Czekała. Miał teraz szansę podwyższyć jej poziom zaufania do niego. Mógł też zupełnie ją zawieść. 

— Przyszedłem do Jacka, — rzekł ale skoro już tu jestem to napiłbym się kawy i zjadł dobre śniadanie. 

— Po co przyszedłeś do Jacka? — zapytała Inez. — Co was łączy, skoro widzieliście się raz w życiu?  

Nie uszło jej uwadze, że w tym momencie mężczyźni wymienili między sobą spojrzenia. 

— Widzieliśmy się więcej razy — sprostował Jacek. 

— Ale to nie jest historia na teraz — dodał Piotr. — Obiecuję, że niedługo wszystko ci wyjaśnię. 

Inez spojrzała najpierw na jednego potem na drugiego i pokręciła głową. Ruszyła na zaplecze, ale nie zauważyła, że koło lodówki leży pojemnik, z którego Jacek przedtem wykładał produkty. Zahaczyła o niego nogą i zachwiała Się. Kopnięty przedmiot pojechał po śliskiej podłodze. Piotr rzucił się podtrzymać Inez, a Jacek podszedł, żeby podnieść pojemnik i odstawić go na miejsce.  

Inez spojrzała przez ramię na Piotra. Przez sekundę żadne z nich się nie poruszyło. Ani nie powiedziało słowa. W końcu kobieta wysunęła się z jego ramion. 

Dopóki twoja przeszłość i tajemnice będą ważniejsze ode mnie, nie masz tutaj czego szukać oznajmiła stanowczo i wyszła. 

Piotr patrzył za nią w milczeniu. Jacek, który właśnie wrócił, postawił przed nim duży kubek mocnej, aromatycznej kawy 

Nie martw sięrzekł. W końcu wszystko się ułoży tak, jak powinno. 

Piotr sięgnął po napój i upił duży łyk nie zważając na to, że jest gorący.  

Tak myślisz? spytał. 

A czy to będzie po twojej myśli, to się okażedodał Jacek ze śmiechem. 

 

Liwia i Antek 

W sobotę, Liwia uwijała się w pracy jak w ukropie, żeby zdążyć ze wszystkim do godziny siedemnastej. Chciała przyjechać do Antka o takiej godzinie, żeby mogli jeszcze chwilę pogadać zanim rozejdą się do spania. Podejrzewała, że przy jego stanie zdrowia raczej nie będzie miał siły siedzieć do późnych godzin. Ona zresztą też była zmęczona. Jak na złość szkolenie się przedłużyło, a klientka spóźniła kilka minut. Liwia poświęciła swoją porę obiadową, żeby trochę podgonić z czasem. W chwili przerwy, w łazience wysłała do Antka sms o trochę żartobliwej treści: Jestem dzisiaj z niczym nie wyrobiona na czas, ale postaram się dotrzeć do Was koło osiemnastej. Nie chcę zatrzymywać się po drodze. Mogę liczyć na herbatę i skromną kanapkę? J Chwilę później przyszła odpowiedź: Osobiście przygotuję Ci herbatę, kanapkę też. A Ty jedź ostrożnie. J Jadłaś w ogóle obiad? Tylko szczere odpowiedzi mnie satysfakcjonują. Liwia uśmiechnęła się widząc wiadomość i poczuła ciepło w okolicy serca. Antek już pokazywał swoją troskę i domyślność co do jej stylu pracy. Mogła go zbyć. Nie chciała sprawiać jakiegoś dodatkowego kłopotu rodzinie, ale wiedziała, że to i tak by się wydało. Nie zdążyłam, odpisała. Tym razem odpowiedź przyszła trochę później, kiedy zabrała się za szybkie porządki. To znaczy, że do herbaty będzie coś więcej niż skromna kanapka. Zobaczysz na miejscu, co wymyśliła moja mama, napisał Antek. Liwia znowu się uśmiechnęła, tym razem szerzej. 

Ogarnęła pobieżnie studio z założeniem, że po weekendzie przyjedzie do pracy wcześniej i zaczęła zbierać się do wyjścia. Torbę z podręcznymi rzeczami oraz prezenty dla Antka i jego rodziny spakowała wcześniej. Droga minęła jej szybciej niż się spodziewała. Jechała ostrożnie, nie przekraczając dozwolonej prędkości. Towarzyszyło jej uczucie lekkiego napięcia w brzuchu. Pierwszy raz jechała do domu Antka w charakterze jego… no właśnie, kogo? Jeszcze nie byli parą, ale też nie byli zwykłymi znajomymi. Nie miała pojęcia, czego się spodziewać, a jednocześnie była podekscytowana tym, że za chwilę się z nim zobaczy. 

Pierwszym członkiem rodziny, który powitał ją na podwórku u państwa Jaroszyńskich była Pusia. Kotka zaplątała się jej pod nogami, kiedy Liwia wysiadła z samochodu. Kobieta kucnęła, żeby ją pogłaskać.  

Pusiu, wiem, że lubisz dokuczać Antkowi — powiedziała cicho do zwierzęcia, — ale on teraz jest ciężko chory i potrzebuje spokoju. Musimy się teraz nim opiekować. 

Kotka w odpowiedzi miauknęła. Liwia nie była pewna czy jej słowa odniosą jakikolwiek skutek, ale wiedziała, że czasami zwierzęta wyczuwały różne stany właścicieli. Liczyła, że Pusia na razie odpuści Antkowi wszelkie złośliwości. 

Podniosła się, żeby podejść do bagażnika i wtedy zobaczyła go stojącego w drzwiach. Opierał się o framugę z rękami założonymi na piersiach. Nie widziała dobrze jego twarzy, bo światło z mieszkania oświetlało go od tyłu. Poza tym ubrany był w dres z kapturem narzuconym na głowę. Na plecy zarzucił jeszcze puchową kamizelkę. 

Cześć — odezwała się.Dotarłam. 

Rozplótł przedramiona, powoli zszedł ze stopnia i podszedł nie spuszczając z niej wzroku. Liwia widziała, że na pewno zeszczuplał. Jego chód był cięższy niż zapamiętała, a ruchy nieco spowolnione. Mimo to z całej jego sylwetki emanowała pewność siebie. Poczuła motyle w brzuchu, kiedy zatrzymał się tuż przed nią. 

Cześć — odpowiedział cicho, prawie szeptem. 

Następnie wyciągnął rękę, którą Liwia ujęła bez wahania. Pociągnął ją delikatnie, aż przysunęła się do niego, pozwalając, żeby otulił ją ramionami. Przytuliła się mocno, pozwalając sobie na odsłonę swoich uczuć w ciemnościach nocy. W ciszy, która zapadła, było coś przejmującego — spotkanie dwojga ludzi, którzy przez ostatnie dni tęsknili nie za rozmową, a za obecnością. Antek wtulił twarz w jej włosy. Liwia słyszała równy rytm jego serca. Było w tym coś kojącego. Przez chwilę stali tak czując, jak napięcie ostatnich dni powoli się rozpływa. W końcu Liwka uniosła głowę, spojrzała na niego i lekko się uśmiechnęła. Przesunęła dłonią po jego ramieniu, jakby chciała sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku. 

— Jak się czujesz? — zapytała z troską w głosie. 

— Znośnie — odparł. Zmęczona? 

Trochę odparła tymczasowo godząc się na przeniesienie uwagi z jego osoby na jej. 

Głodna?  

Więcej niż trochę roześmiała się. 

Zawtórował jej. 

To bierz, co masz zabrać i chodźmy skwitował. 

Liwia wyciągnęła z bagażnika swoją torbę, która była lekka, bo nie miała zamiaru na dwa dni pakować połowy swojej szafy oraz kilka papierowych torebek z prezentami. Antek przejął od niej torbę. Chciała zaprotestować, ale nie pozwolił jej. Po prostu ruszył w stronę domu. Prychnęła cicho, zamknęła bagażnik i ruszyła za nim. W progu zaczekał na nią, żeby ją wpuścić pierwszą i zamknąć za nimi drzwi. Kiedy ściągali wierzchnie okrycia, spojrzała na niego, ale jeszcze nie spuścił kaptura więc nadal nie mogła zobaczyć jego twarzy. 

Mam nadzieję, że nie wysilałeś się za bardzo, żeby coś dla mnie przygotować? — zapytała, pół żartem, pół serio. 

Antek wzruszył ramionami, jakby chciał zbyć pytanie, ale nie do końca mu się udało. 

Zrobiłem tylko kilka kanapek odparł. Nie wiem, ile zjadasz, kiedy jesteś głodna. 

Liwia parsknęła śmiechem. 

Różnie bywa przyznała. 

Mama coś tam jeszcze dorzuciła od siebie. Powiedziała, że kanapki to nie obiad. Więc nakarmimy cię, napoimy, a później... urwał. 

Ściągnął kaptur i spojrzał na nią. Zauważyła, że jego twarz było nieco zmieniona, a włosy lekko się przerzedziły. Podejrzewała, że on jednak nie chce, żeby skupiała się teraz na jego wyglądzie. 

A później co? zapytała unosząc brew. 

Później możesz zaspokoić moją ciekawość i powiedzieć, co masz w tych papierowych torebkach odpowiedział uśmiechając się szeroko. 

Zastanowię się odpowiedziała przekornie. Jak mnie przekonasz kanapkami, to może ujawnię ci ich zawartość. 

Objął ją w talii i uścisnął lekko. 

Chodź, pokażę ci twój pokój i łazienkę, a potem zejdziemy do kuchni rzekł i skierował ją w stronę szerokich schodów na piętro. Nie puścił jej, kiedy wchodzili na górę. Otworzył pierwsze drzwi na prawo i wprowadził Liwię do niewielkiego, przytulnego pokoju gościnnego. Położył jej torbę na krześle stojącym przy stoliku. 

Łazienkę masz po przeciwnej stronie korytarza rzekł. Rozgość się, ja poczekam w swoim pokoju. Jak będziesz gotowa to po prostu mnie zawołaj. Podoba ci się pokój? spytał wychodząc. 

Tak, oczywiście odpowiedziała. 

Wybraliśmy najlepszy — mruknął, sięgając po klamkę. — Jesteś tu po raz pierwszy. Musieliśmy zrobić dobre wrażenie. 

Liwia parsknęła śmiechem, ale po chwili spojrzała Antkowi głęboko w oczy z powagą. 

Ty już dawno zrobiłeś dobre wrażenie powiedziała. Inaczej nie byłoby mnie tutaj. 

W jego oczach pojawiły się iskierki humoru. 

No popatrz rzekł. A ja myślałem, że zaprosiłem cię tutaj, bo to ty zrobiłaś dobre wrażenie na mojej mamie. 

Przez telefon mówiłeś co innego — wyrzuciła mu. 

No tak, westchnął ciężko zapomniałem, że kobiety mają fenomenalną pamięć, jeśli chodzi o zapamiętywanie szczegółów, które świadczą na ich korzyść. 

Antek! rozległo się wołanie od strony schodów. Daj dziewczynie chwilę i zejdźcie na dół. Chcesz, żeby padła z głodu? 

Liwia spojrzała na niego z rozbawieniem. 

Chcesz, żebym padła z głodu? powtórzyła za jego mamą. 

Nie odpowiedział nic tylko wyszedł zamykając za sobą drzwi. Liwia patrzyła za nim przez chwilę. Zastanawiała się, jak to możliwe, że ktoś, kogo znała tak krótko, potrafił tak celnie trafiać w jej emocje. Był inny niż wszyscy mężczyźni, których znała wcześniej — nie próbował zaimponować jej na siłę, nie grał żadnej roli. Był sobą. I mimo choroby, zmęczenia, większego skupienia na swoich potrzebach potrafił też zatroszczyć się o innych. Miał też w sobie dużo ciepła. A jednocześnie nie przytłaczał swoją postawą. Zamiast tego zostawiał miejsce — na swobodę, na śmiech, na ciszę. Podeszła do okna i uchyliła zasłonę. Przez chwilę wpatrywała się w ciemność za oknem. Poczuła coś na kształt ulgi. Tu nie musiała grać silnej, nie musiała udowadniać, że ze wszystkim sobie radzi. Tu mogła być sobą. A może właśnie przy nim mogła być sobą. Wzięła głęboki oddech, wygładziła poły swetra i pomyślała z czułością: Cokolwiek z tego wyniknie, chcę tu być. Teraz. Z nim. Puściła zasłonę i wyszła do łazienki, a chwilę później zabrała swoje pakunki z prezentami i zawołała Antka. 

Zeszli po schodach powoli. On szedł pierwszy, a Liwia tuż za nim. Z kuchni już dochodziły do nich smakowite zapachy kobieta usłyszała, jak burczy jej w brzuchu. 

Naprawdę musisz być głodna zaśmiał się Antek. 

Kiedy weszli do środka, reszta rodziny już tam była — pani Jaroszyńska krzątała się przy kuchence, ojciec przeglądał coś w gazecie, a Klaudia właśnie odkładała telefon. Na ich widok podnieśli głowy i uśmiechnęli się serdecznie. 

Liwia! — zawołała mama Antka. — Cieszę się, że dotarłaś. Musisz być głodna. Siadaj, zaraz podam zupę. Antek, przesuń się, zrób dziewczynie miejsce. 

Rozbawiony syn zrobił krok w tył i podstawił Liwii krzesło, ale ta zamiast usiąść, postawiła na nim swoje torby. Antek podszedł do kuchenki i zaczął coś pichcić. 

Zanim zaczniemy, chciałabym wam coś dać — powiedziała. To są kosmetyki, które osobiście wytwarzamy w naszej rodzinnej firmie. 

Zauważyła, że Antek odwrócił się i spojrzał na nią z ciekawością i zaskoczeniem. 

Są na bazie naturalnych składników i nadają się zarówno do skóry normalnej jak i tej ze specjalnymi potrzebami kontynuowała sięgając po pierwszą torebkę. 

Podała ją mamie Antka. Następna powędrowała do jego taty, a trzecia do Klaudii. Każda zawierała podobne zestawy w postaci mydeł, kremów i olejków. Było ich po kilka więc mogli się podzielić z pozostałymi członkami rodziny. 

Dla ciebie mam coś specjalnego uśmiechnęła się do Antka. Dam ci później. 

Nie mogę się doczekać odparł i wrócił do swojego zajęcia. 

Ojej, jakie piękne opakowania! — zachwyciła się Klaudia zaglądając do środka swojej paczuszki. — A pachnie obłędnie. 

Dziękujemy bardzo. Nie trzeba było, ale przyznam, że zaciekawiłaś mnie tym, że to coś oryginalnegorzekła pani Jaroszyńska uśmiechając się. 

Jak się sprawdzą to dam wam kolejne. To ja dziękuję, że mogę tu być — odpowiedziała ciepło Liwia, po czym usiadła na wskazanym miejscu. 

Antek postawił przed nią talerzyk z bruschettami: chrupiącymi grzankami z chleba posmarowanymi oliwą z roztartym czosnkiem i pokrojonymi w kostkę pomidorami z bazylią. Kanapki były dwie, a pomidory ułożone tak, że w całości tworzyły serduszko. 

Liwia spojrzała na nie i uniosła brew. 

Nie podejrzewałam cię o taki romantyzm rzekła. 

Klaudia spojrzała na talerz, a potem na brata i parsknęła śmiechem. 

Wypchajcie się burknął i odwrócił się, żeby zabrać się za umycie naczyń. 

Liwia ugryzła kawałek bruschetty, która okazała się być pyszna i przymknęła oczy z zachwytu. 

Smakuje obłędnie powiedziała po czym wstała i zaszła Antka od tyłu. Położyła mu dłoń na ramieniu i szepnęła do ucha:  

Dziękuję. 

Zerknął na nią. 

Włożyłem w to serce — mruknął z powagą, ale Liwia zauważyła, że delikatnie zadrżała mu dolna warga. Prawie niewidocznie. 

Dziękuję powtórzyła. 

Naprawdę się starałem dodał. 

Dziękuję. 

Dawno tego nie przyrządzałem kontynuował. 

Idę ją skończyć jeść zanim wystygnie odparła Liwia i wróciła do stołu. 

Klaudia wymieniła spojrzenia z rodzicami. Mama Antka uśmiechnęła się do córki, a przed Liwią postawiła talerz parującej zupy. 

To na drugie powiedziała ze śmiechem. Nie wiem, czy też będzie tak obłędnie smakować dodała bez ironii. 

Z pewnością będzie pyszna odparła Liwia. 

Zabrała się za zupę, a w kuchni zapanowała ciepła, domowa atmosfera. Jedli i rozmawiali o przysłowiowym wszystkim i niczym o drodze Liwii, o tym, jak wyglądało szkolenie, o planach Klaudii na nadchodzące tygodnie. Ojciec Antka dopytywał o działanie jednego z kremów, który otrzymał, a mama już planowała, że wykorzysta olejek do masażu stóp. Antek przyglądał się temu z boku. Niewiele mówił, ale dużo się uśmiechał. Widać było, że cieszy go obecność Liwii w ich przestrzeni. Od czasu do czasu rzucał jej krótkie spojrzenia — bez słów, ale pełne znaczenia. Ona też czuła, że dobrze jej w tym miejscu z nim i z jego rodziną. 

Gdy kolacja dobiegała końca, rozmowy nieco ucichły, a atmosfera zrobiła się leniwa i spokojna — jak to bywa po wspólnym posiłku. Antek wstał pierwszy, mówiąc, że pójdzie sprawdzić coś w pokoju, a jego tata zaraz za nim rzucił, że też się na chwilę ulotni, bo „trzeba coś przygotować w warsztacie”. Klaudia po chwili, ziewając, zapowiedziała, że idzie zadzwonić do przyjaciółki i zniknęła z telefonem. 

Liwia została sama z panią Jaroszyńską. Przez chwilę obie milczały, każda kończąc herbatę. W końcu mama Antka wstała od stołu i zaczęła zbierać naczynia, ale bez pośpiechu. 

Pomogę pani — odezwała się Liwia również wstając. 

Nie ma potrzeby — odpowiedziała tamta z uśmiechem. — Ale jeśli chcesz po prostu posiedź ze mną dodała. 

Pewnie Liwia oddała jej pusty kubek i usiadła z powrotem. 

Zapadła chwila ciszy, ale nie była ona niezręczna. 

Antkowi dobrze z tobą — rzekła nagle cicho pani Jaroszyńska. — Wiem, że dopiero się poznajecie, ale odkąd zaczęliście się widywać z powrotem, coś się w nim zmieniło. Kiedy dowiedział się o chorobie zamknął się w sobie. Nas dopuścił tylko w niezbędnym do pomocy stopniu. Kiedy pojawiłaś się w jego sali w szpitalu, on po prostu… odżył. Dalej niewiele mówi, ale jest bardziej obecny, ma w oczach jakąś determinację. 

Liwia uniosła wzrok. 

To działa chyba w dwie strony — przyznała po chwili. — Kiedy poznałam Antka w Rzymie, nie spodziewałam się, że będę miała spotkać go jeszcze kiedyś. Kiedy zobaczyliśmy się tutaj to było ogromne zaskoczenie dla mnie. A kiedy zobaczyłam, jakim jest mężczyzną, ucieszyłam się, że zainteresował się moją osobą. Czułam się wspaniale w jego towarzystwie: swobodnie i naturalnie. Miałam wrażenie, że on ma podobnie. A potem nagle przestał się odzywać. 

On nie lubi pokazywać słabości powiedziała pani Jaroszyńska. Ale jak komuś zaufa i otworzy się naprawdę, to już na dobre. A teraz… ma ciężki czas. Jednak dzisiaj zauważyłam, że wrócił ten Antek, który przede wszystkim jest mężczyzną świadomym swojej słabości, ale też wiedzącym, ile w tym stanie może dać komuś od siebie. Jego codziennością już nie rządzi strach, raczej poczucie, że musi przez to przejść, ale ma wsparcie. 

Liwia spuściła wzrok, czując, jak lekko ściska ją w gardle.  

Też się boję — powiedziała cicho. — Że go zawiodę, że coś pójdzie nie tak, że spanikuję..., ale wierzę, że czuwa nad nami Ktoś i że nas przez to przeprowadzi. A Antek... On sam też daje mi dużo wsparcia. Wystarczy, że jest. Być może teraz będzie go czasami trochę mniej czasami więcej uśmiechnęła się. Ale wierzę, że w końcu wróci w całości. 

Pani Jaroszyńska zaśmiała się krótko i sięgnęła do szuflady po ściereczkę. 

Ja też w to wierzę. Cieszę się, że jesteś. Naprawdę. 

Liwia podniosła na nią wzrok. Pani Jaroszyńska nie patrzyła na nią jak na „dziewczynę Antka” tylko jak na sojuszniczkę. 

Postaram się nie zawieść — powiedziała po prostu. 

Nie musisz niczego udowadniać — odparła kobieta. — Po prostu bądź. To wystarczy. 

Za drzwiami rozległy się kroki. Antek wracał. Po chwili wszedł do kuchni i spojrzał to na jedną to na drugą kobietę. Mama szybko odwróciła się w stronę zlewu, ale Liwia nie miała gdzie ukryć twarzy. Wiedział, że rozmawiały o nim.  

Zostawię was samych powiedziała pani Jaroszyńska i wyszła.  

Antek usiadł obok Liwii. Oparł łokieć o stół i przetarł dłonią oczy.  

Powinieneś już iść i odpocząć — powiedziała cicho, pochylając się ku niemu.  

Nie otwierając oczu, oparł głowę na jej ramieniu i uśmiechnął się. 

Spokojnie, mam jeszcze trochę energii — odpowiedział równie cicho. — Poza tym czekam na mój prezent dodał zuchwale. 

Liwia roześmiała się. Przesunęła dłonią po jego przedramieniu, aż do dłoni, którą ujęła delikatnie. 

To chodź, dostaniesz go, a potem grzecznie pójdziesz spać powiedziała. 

Otworzył oczy i spojrzał na nią. W jego spojrzeniu było coś miękkiego, prawdziwego. 

A wiesz… — powiedział, — że jak jutro będę miał siłę, to chciałbym, żebyś poszła ze mną na poranną mszę? 

Liwia uniosła lekko brwi, zaskoczona, ale i poruszona. 

Chciałbyś? 

Mhm. Nie wiem, czy dam radę, ale jeśli tak… to byłoby dobrze. Tak po prostu — zacząć dzień razem. W ciszy, bez pośpiechu. I może… może się za coś wspólnie pomodlić. 

Liwia nie odpowiedziała od razu. Ścisnęła lekko jego dłoń w swojej, po czym przytaknęła powoli. 

To jeśli jutro się obudzisz i stwierdzisz, że masz siłę — to pójdziemy. 

Wstała i pociągnęła za sobą Antka. 

Chodź, tym bardziej musisz wcześniej się położyć powiedziała. 

Pokój był cichy, tylko zza ścian dobiegały przytłumione odgłosy domowego wieczoru — lanie wody, przemykające kroki. Liwia usiadła na brzegu łóżka, przestawiając jedną z papierowych toreb na stolik nocny. Antek, oparty o futrynę drzwi, patrzył na nią przez chwilę w milczeniu, po czym wszedł do pokoju i zamknął drzwi za sobą. 

— Wiesz, że mama cię polubiła? — zapytał cicho, siadając obok niej. 

— Zorientowałam się — uśmiechnęła się, zerkając na niego kątem oka. — Ale chyba ty też trochę mnie lubisz, skoro mnie tu zaprosiłeś. 

— Trochę — mruknął. 

Prychnęła cicho. Wyjęła z torby dwa niewielkie pojemniczki, oba starannie zapakowane, z etykietkami pisanymi ręcznie. 

— To dla ciebie. — Podała mu butelkę. — Żel pod prysznic. Łagodzący, robiony specjalnie z myślą o twojej skórze. 

— Ty to zrobiłaś? 

— Z Wojtkiem. 

Antek odkręcił zakrętkę i powąchał kosmetyk. 

Pachnie ziołowo. Podoba mi się stwierdził. — A to? — zapytał, zerkając na słoiczek, który trzymała. 

— Krem. Też łagodzący. Nie zostawia tłustego filmu i jest praktycznie bez zapachu. 

Podała mu pojemniczek. 

— Liwia... — odezwał się cicho. — Dziękuję. Fajnie będzie mieć coś niepowtarzalnego. Czuję się wyjątkowo. 

Jesteś wyjątkowy odparła po czym lekko oparła się o jego ramię. Przez chwilę siedzieli tak bez słów, a potem Antek wypuścił powietrze z cichym westchnieniem. 

Wiesz… boję się jego głos był ledwo słyszalny. — Czasem bardziej, niż sam przed sobą chcę to przyznać. Boję się, że wszystko, co teraz mamy, to tylko krótki moment. Że choroba znów przyspieszy. Że nie będzie lepiej. Że nie zdążę... nacieszyć się tobą. Nacieszyć się tym, co dopiero się zaczyna. 

Liwia odsunęła się trochę, żeby spojrzeć mu w twarz. 

Nie mamy na to wpływu — powiedziała spokojnie. — Też się boję. Że nie dam rady. Ale staram się pamiętać, że jest z nami Ktoś jeszcze. Róbmy swoje, na tyle, na ile możemy. Bądź przy mnie sobą. Z twoim zmęczeniem, strachem... i wszystkim innym.  

Patrzył na nią długo, jakby próbował zapamiętać każdy szczegół jej twarzy. Potem ujął jej dłoń i splótł palce z jej palcami. 

— Masz ciepłe ręce — powiedział nagle, z uśmiechem. 

— Może to ty rozgrzewasz mnie swoją obecnością? 

Rzucił jej to swoje spojrzenie pełne iskierek.  

Idę spać oświadczył wstając. Jutro pobudka po szóstej. 

Tak jest odparła patrząc na niego z dołu. 

Nie obgaduj mnie z koleżankami. Jesteś zmęczona połóż się spać. 

Nie śmiem cię obgadywać. 

Albo przynajmniej mów prawdę. 

Zawsze. 

Czyli jednak mnie obgadujesz? 

Pokręciła głową patrząc na niego niewinnie. Nagle nachylił się nad nią, a jego twarz znalazła się przy jej twarzy. Liwia wstrzymała oddech. 

Ty też zawsze bądź przy mnie sobą szepnął, po czym wyprostował się. Dobranoc, Liwka rzucił i już go nie było. 

A ona powoli wypuściła powietrze. 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rozdział 46

Inez, Piotr i Jacek     Kilka dni później, w ciepłe letnie popołudnie , Inez z Piotrem i Jackiem wybrali się do budynku na Starym Mieście. ...