piątek, 5 września 2025

Rozdział 19

Rafał, Miłodziad i Janka 

 

Kiedy do sali Rafała weszły jego dzieci nagle zrobiło się gwarno. 

— Tatooo! — zawołała Lena, rzucając się w jego ramiona z siłą, której nie powstydziłby się duży pies pasterski. Krzyś wszedł zaraz za nią, z rękami w kieszeniach, ale z błyskiem radości w oczach. Emilia szła jako ostatnia — z telefonem w jednej dłoni i torbą w drugiej. 

— Hej, dzieciaki — Rafał uśmiechnął się szeroko, obejmując najmłodszą i kiwając głową do pozostałej dwójki. — Co wy tak wcześnie? 

Babcia miała umówionego fryzjera, więc podrzuciła nas wcześniej — wyjaśnił Krzyś. 

— A ja muszę sprawdzić, czy ręka cię jeszcze bolipowiedziała Lena i delikatnie ujęła jego nadgarstek w swoje małe dłonie marszcząc przy tym brwi. – Boli? – zapytała. 

Rafał spojrzał z czułością na córkę. 

Trochę — przyznał. — Ale zaraz mi przejdzie, jak mnie tak trzymasz. 

To muszę trzymać dłużej, bo jak się całkiem zagoi to może w końcu wypuszczą cię do domu. 

Też o tym marzę powiedział Rafał ze wzruszeniem obejmując wzrokiem całą trójkę. 

W tym momencie drzwi sali otworzyły się i do środka wszedł Miłodziad. Na widok pacjenta w otoczeniu gromadki dzieci stanął jak wryty. 

— O. — Spojrzał raz jeszcze na dzieci, potem na Rafała. — Nie wiedziałem, że… prowadzisz działalność produkcyjno-rozwojową na taką skalę. 

Że co? — zapytał Krzyś, a Emilia parsknęła śmiechem. 

Mówiłem, że mam troje pomocników przypomniał dumny ojciec. 

No tak, nie załapałemMiłodziad chrząknął, poprawił okulary i spojrzał na dzieci, które patrzyły na niego z zaciekawieniem. — Przyszedłem oznajmić, że wszystko wskazuje na to, że zostaniesz wypisany jeszcze w tym tygodniu. Pozostanie ci jeszcze rehabilitacja, ale motywacja do rekonwalescencji jest… jak rozumiem, potrójna. 

Rzekłbym, że nawet poczwórna mruknął Rafał. 

— A pan to kto? — zapytała Lenka patrząc podejrzliwie na lekarza. 

Miłodziad Dębski. Ortopeda odparł i nawet skłonił się lekko. — Ale możecie mówić mi Pan M. Albo Doktor M. Brzmi bardziej tajemniczo. 

— A może po prostu Miłek? — zasugerował Rafał z niewinną miną. 

— Tato… — szepnęła Emilia, walcząc ze śmiechem. 

Ja jestem Lenka powiedziała sześciolatka. A to są Krzyś i Emilka przedstawiła rodzeństwo. 

Miłodziad uśmiechnął się po czym wyjął z kieszeni cukierki i wręczył dzieciom po jednym. 

— To w razie kryzysu glukozowego — powiedział poważnym tonem.  

Lena spojrzała na cukierek, potem na tatę, potem znów na Miłodziada. 

Dziwny pan jest, ale fajny — stwierdziła w końcu. 

Rafał spojrzał na nią z udawaną grozą. 

— Lena, zdrada w rodzinie boli gorzej niż złamany nadgarstek rzekł. 

Dzieci parsknęły śmiechem. W tym momencie do sali weszła Janka i na widok ilości zebranej w niej osób przystanęła w progu. 

Przyszłam powiedzieć, że szykuje ci się wypis rzekła do Rafała, ale chyba sam doktor Dębski mnie uprzedził. 

Owszempotwierdził MIłodziad. Poinformowałem już pacjenta. Przy okazji zostałem zaskoczony ilością jego potomków, ale na szczęście dobry ortopeda zawsze ma w kieszeni coś dla dzieciaków. 

Krówki. Lena Pokazała papierek po cukierku. 

To miłestwierdziła Janka. Tylko pamiętajcie, że wasz tato jeszcze przez jakiś czas musi odpoczywać powiedziała do dzieci.  

Ale możemy grać w planszówki i czytać razem książki? spytał Krzyś. 

To jest wskazany rodzaj rekonwalescencji odparł MIłodziad z uśmiechem. 

Lena przytuliła się do ramienia ojca. 

Najważniejsze, że będzie w domu — powiedziała. 

Rafał delikatnie objął córkę ramieniem i przez moment w sali zapadła cisza.  

— No właśnie — dodał Krzyś siadając na drugim końcu łóżka. — Mama zawsze mówiła, że jak jesteś w domu, to wszystko działa. Pralka, zmywarka, my… 

— A potem przestaje działać, bo tato coś ulepsza — dodała Emilia puszczając mu oko. 

— Oj, bardzo śmieszne — mruknął Rafał udając dotkniętego. — Mam trójkę dzieci i żadnego szacunku. 

Miłodziad uśmiechnął się pod nosem i zerknął na Jankę. 

— Trzeba przyznać, że niezła z nich ekipa rzekł cicho. 

— I zgrana drużyna. — Janka patrzyła na rodzinę Rafała z łagodnym uśmiechem. — Tyle że nie wiem, kto tu rządzi naprawdę. 

— Lena — powiedzieli zgodnie Rafał, Emilia i Krzyś. 

— Prawda — dodała dziewczynka bez wahania z powagą sięgającą średniowiecznych królów. Reszta obecnych roześmiała się. 

Miłodziad popatrzył jeszcze przez chwilę na tę scenę. 

Zwykle mówię, że pacjentów nie można wypisywać, dopóki nie ma gwarancji poprawy. Ale w tym przypadku… mam wrażenie, że najlepsza terapia czeka na ciebie w domu. 

Rafał skinął głową. 

Polecam rzekł. Ale jakbym za tydzień zgłosił się do szpitala, to mnie przyjmiecie z powrotem? 

Zawsze możesz powiedzieć, że coś cię boli — odparł Miłodziad, po czym zerknął na zegarek. — Dobrze, muszę iść. Nacieszcie się sobą, a potem dajcie tacie jeszcze chwilę odpocząć. 

Miłodziad wyszedł, a w sali znów zapanował znajomy rodzinny gwar. Janka pozwoliła sobie na chwilę obserwacji. To była jedna z tych chwil, które przypominały jej, dlaczego nigdy nie żałowała pracy w szpitalu — choć była trudna, to pełna prawdziwego życia. 

— Jak tak dalej pójdzie — powiedziała półgłosem do Rafała, — to będziesz pierwszym pacjentem, za którym cały oddział zatęskni. 

— Tylko oddział? — zapytał z przekornym błyskiem w oku. 

Janka nie odpowiedziała, ale uśmiechnęła się tak, że odpowiedź była aż nazbyt jasna. 

— Ciociu Janko… — rzekła przeciągle Emilia z niewinnym uśmieszkiem. — Myślę, że kiedy tato wróci do domu, naprawdę powinnaś nas odwiedzić.  

Tak, przygotujemy ci własne kapcie! — Lena klasnęła w dłonie. — Takie różowe, z króliczymi uszami! 

— Królicze kapcie byłyby super — podchwyciła Emilia. — Albo takie w serduszka, żeby pasowały do tego, jak patrzycie na siebie z tatą… powiedziała, żeby bardziej podpuścić rodzeństwo. 

Janka uniosła brwi, próbując zachować powagę, choć kąciki ust wyraźnie jej drgały. Spojrzała na Rafała, który tylko westchnął i teatralnie przykrył twarz ręką. 

Jak będziecie planować ślub to ja mogę być tym... Druhem — rzucił Krzyś. — Mam garnitur po komunii. 

Chyba drużbą poprawiła Emilia. 

— A ja bym niosła poduszkę z obrączkami! — dodała Lena z entuzjazmem. 

— Nie wiedziałam, że jestem już po zaręczynach — odezwała się Janka patrząc z rozbawieniem na Rafała. 

— No dobrze, dzieci — wtrącił patrząc na najstarszą córkę z miną, która mówiła, że policzy się z nią w odpowiednim czasie. — Czas najwyższy zakończyć tę naradę rodzinną, zanim Lena zacznie pisać zaproszenia. 

— My tylko pomagamy — powiedział Krzyś. — Chcemy, żebyś był szczęśliwy – wzruszył ramionami. 

Te słowa jakby delikatnie osiadły na całej sali. Rafał spojrzał na syna z czułością, potem na dziewczynki, a potem na Jankę i również wzruszył ramionami. 

 

Jakiś czas później, kiedy Rafał i Janka wrócili do sali po tym, jak odprowadzili dzieci do wyjścia z oddziału, mężczyzna opadł ostrożnie na łóżko, stawiając kule pod ścianą. Westchnął przeciągając się lekko.  

— Kocham te dzieciaki, ale po takiej wizycie czuję się jak po maratonie — mruknął z półuśmiechem. 

Janka usiadła ostrożnie obok niego na brzegu łóżka. Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Tylko nocna lampka rzucała miękkie światło na ich dłonie, które leżały blisko siebie prawie się dotykając. W końcu Rafał podniósł rękę i delikatnie ujął jej palce. Janka przysunęła się bliżej.  

— To nie jest łatwe — szepnęła. — Żadne z nas nie zaczyna od zera. Twoje dzieci są kochane, ale… 

— Wiem, Janka. One po prostu mówią, co czują. 

— Pewnie brakuje im mamy… 

— Z pewnością, ale one raczej myślą kategorią, że tacie brakuje żony. 

Rafał zaśmiał się cicho. 

Bądź spokojna — dodał już poważnie. — Porozmawiam z nimi na ten temat. A Emi będzie przez miesiąc robić pranie i zakupy. 

Janka uśmiechnęła się. 

— Muszę wracać na oddział — powiedziała. 

Zostań jeszcze minutę. 

Zegar na ścianie tykał cicho. Minuta trwała długo. I dobrze. 

 

Inez i Piotr 

Początek dnia był zwyczajny i nic nie zapowiadało, żeby ten poranek miał się czymkolwiek wyróżniać od innych. Inez, jak zwykle lekko zaspana, przyszła do piekarni jeszcze przed szóstą. Przywitała się z Andrzejem, związała włosy, zarzuciła fartuch i ruszyła do pracy. Wyrabiała ciasto z wprawą, wręcz mogła się na nim wyżyć. Zapach świeżych bułek z czasem napełniał pomieszczenie przyjemnym ciepłem, a z radia cicho sączyły się jakieś stare piosenki z lat sześćdziesiątych. 

O siódmej przyszedł pierwszy kurier.  

Dla pani Inezpowiedział podając duży bukiet żółtych tulipanów. 

Inez nie spodziewała się, że o tej godzinie już może dostać kwiaty. 

Dla mnie?zdziwiła się, wycierając ręce o fartuch. 

Tak, wszystko się zgadza. 

Mężczyzna uśmiechnął się, wręczył kwiaty i zniknął za drzwiami. Inez zauważyła dołączony do bukietu mały bilecik. Było na nim wydrukowane jedno słowo: Przepraszam. Zamrugała powiekami, jakby miała wątpliwości, czy dobrze widzi. Rozejrzała się. Jacek już układał pieczywo w gablotach, ale obserwował ją spod oka. Wyniosła bukiet na zaplecze i wstawiła go do wazonu z wodą. Tulipany były naprawdę ładne. Weźmie sobie do domu i postawi na stole. 

O ósmej przyszedł drugi kurier. Z kolejnym bukietem. Tym razem przyniósł kolorowe frezje, których zapach momentalnie wypełnił całe pomieszczenie. 

— Dla pani Inez — rzekł krótko podając jej kwiaty po czym wyszedł. 

Znalazła kolejny bilecik z treścią: Naprawdę przepraszam. Zabrała bukiet na zaplecze i wstawiła do wody obok poprzedniego. 

To jakiś nowy adorator? zapytał Andrzej z uśmiechem. 

Nie sądzę — odparła Inez choć jej serce już zdążyło zabić odrobinę szybciej. 

O dziewiątej ten sam kurier przyniósł bukiet białych margaretek. Podał go Inez z lekkim rozbawieniem rysującym się na twarzy. Pogadajmy, brzmiał napis na kolejnym bileciku. Inez westchnęła i włożyła karteczkę do kieszeni spodni. Klientów przybywało, pytali o chałkę i croissanty, a ona myliła się przy kasie i dwa razy zapomniała podać reszty. W końcu Jacek zajął się gośćmi, a ona poszła ogarnąć zamówienie na wynos. 

O dziesiątej kurier z szerokim uśmiechem wręczył jej bukiet różowych goździków. Bilecik wisiał na cieniutkiej wstążce: Umów się ze mną. 

  No dobra mruknął Jacek podchodząc bliżejwyjdź na zewnątrz, szefowo. 

Inez, zaskoczona i lekko zakłopotana, spojrzała w kierunku drzwi. I wtedy go zobaczyła. 

Piotr stał przed drzwiami piekarni z rękami w kieszeniach. Włosy miał rozwiane od wiatru. Inez wyszła na zaplecze, powoli zdjęła fartuch i włożyła kurtkę. Jeszcze przez chwilę stała nieruchomo, po czym przeszła przez piekarnię i zatrzymała się dopiero na chodniku, kilka kroków od Piotra. 

Powiedz mi,zaczęła, krzyżując ramiona na piersi …czy tobie kompletnie odbiło? 

Uśmiechnął się lekko z tym charakterystycznym błyskiem w oku, który potrafił jednocześnie irytować i rozczulać. 

Trochę — przyznał. — Ale tylko dlatego, że nie mogę przestać o tobie myśleć. 

Cztery bukiety? rzuciła, unosząc brew.To już nie romantyzm, to atak florystyczny. 

Skuteczny? 

Nie odpowiedziała, tylko zmrużyła oczy. 

Posłuchajodezwał się ciszej.Wiem, że sporo namieszałem. Nie chcę cię naciskać, ale… może spotkamy się wieczorem? W tym barze, z którego ostatnio cię zabrałem. Pamiętasz? 

Oczywiście, że pamiętała. Tamta noc odcisnęła się w niej bardziej niż chciałaby przyznać. Spojrzała na niego przez moment, jakby rozważała każdą możliwą odpowiedź, a potem westchnęła cicho. 

O której? zapytała krótko. 

O dwudziestej. Jeśli nie przyjdziesz, zrozumiem. 

Uśmiechnęła się półgębkiem, odwróciła i ruszyła z powrotem do piekarni. 

 

Dokładnie o dziewiętnastej czterdzieści dwa Inez odczytała smsa: Przepraszam. Wypadło mi coś nagłego i ważnego. Nie dam rady spotkać się z Tobą dzisiaj. Odezwę się jutro. Właśnie wyszła z mieszkania i miała schodzić po schodach. Przez chwilę patrzyła na ekran sprawdzając, czy na pewno dobrze zrozumiała wiadomość. W jej klatce piersiowej zebrała się fala rozczarowania, złości, a może nawet zawodu. Nie da rady? Przecież to on ją zaprosił. On wysyłał kwiaty i nalegał na spotkanie. Nagle mu coś wypadło. Znowu coś kombinuje. Kwadrans przed spotkaniem. Bezczelny typ! Postanowiła, że sama pójdzie do tego baru. Może spotka tam kogoś miłego, zagada do niego, zainteresuje się nim i zapomni o Piotrze. Raz na zawsze. 

O dwudziestej dziesięć zamówiła drinka. Pierwszego od razu opróżniła do połowy. Barman tylko rzucił na nią okiem. Kiedy poczuła lekki szum w głowie, zaczęła rozglądać się po sali sprawdzając, jacy goście się w niej znajdują. Jak na złość, nie było żadnych samotnych i atrakcyjnych mężczyzn. Kilka krzeseł dalej siedział jakiś ponury typ, ale nie wzbudzał jej zaufania na tyle, żeby chciała zawierać z nim znajomość. 

Drugi drink wjechał, zanim zdążyła się zastanowić. Inez kątem oka zauważyła, że facet właśnie do niej podchodzi. Westchnęła z irytacją. Będzie musiała się z nim użerać. Usiadł na krześle obok niej. Nie patrzyła na niego, ale czuła jak on taksuje ją wzrokiem. Miała ochotę zamówić szklankę wody i chlusnąć mu nią w twarz. 

Cześć powiedział. 

Zignorowała go. 

Mogę postawić ci drinka? 

Nie poddawał się. Kiedy ponownie nie zareagowała, przysunął się bliżej. 

Nie bądź taka ciągnął. Ja jestem sam, ty jesteś sama. Co stoi na przeszkodzie, żeby się poznać? 

Ja odezwał się stanowczy głos za ich plecami. 

Oboje obrócili się na krzesłach. Piotr stał za nią i spokojnie patrzył na jej namolnego towarzysza. 

A kim ty jesteś? zapytał tamten. 

No właśnie przytaknęła mu Inez. A kim ty jesteś?  

Piotr przeniósł wzrok na nią. W jego oczach coś błysnęło. 

O, umiesz mówić rzekł gość od drinków, ale zignorowali go. 

Widzę, że szykuje się powtórka z rozrywki stwierdził Piotr. 

Niezupełnie odparła Inez. Nie planowałam dzwonić do ciebie tym razem. Przecież jesteś bardzo zajęty dodała szyderczo. 

A ja jestem wolny wtrącił mężczyzna z drinkiem. 

Piotr westchnął ciężko. Inez spojrzała za niego i zobaczyła kilka metrów dalej elegancką, szczupłą blondynkę mniej więcej w jej wieku. Stała w długim jasnym płaszczu z kaszmirowym szalem przewieszonym przez ramiona. Jego kolejna tajemnica. Z przeszłości, teraźniejszości czy może zapowiedź na przyszłość? Z powrotem przeniosła wzrok na Piotra i spojrzała mu wyzywająco w oczy po czym odwróciła się z powrotem w kierunku barmana. 

Chcę jeszcze jednego drinka oznajmiła. 

Ani się waż rzekł Piotr. 

Ten pan nie ma tu nic do gadania. Proszę mi zrobić. 

Piotr podszedł bliżej i ściągnął Inez z krzesła. 

Co robisz? oburzyła się. 

Chcę cię komuś przedstawić odpowiedział. A potem odwiozę cię do domu. 

Nie chcę, żebyś mnie przedstawiał komukolwiek, ani odwoził do domu. W ogóle nie chcę cię widzieć w moim życiu. Jesteś niesłowny, masz za dużo tajemnic i mam cię dość powiedziała Inez. — Jesteś najgorszym typem faceta. Wysyłasz mi cztery bukiety kwiatów, umawiasz się i odwołujesz spotkanie kwadrans przed wyznaczoną godziną. Czego ty w ogóle chcesz?! Czemu mieszasz mi w głowie?! 

Walnęła go z całej siły w pierś, aż cofnął się o krok. 

Odczep się ode mnie dodała już ciszej patrząc na niego zmęczonym wzrokiem po czym wyminęła go i ruszyła do wyjścia. Zapanowała cisza, podczas której Piotr wyglądał, jakby zapadł w trans. Jego towarzyszka spojrzała na niego z mieszanką zaskoczenia i współczucia. A potem westchnęła i powiedziała spokojnie: 

— No biegnij za nią, idioto. 

Inez zdążyła już opuścić lokal. Chłodne powietrze natychmiast rozproszyło lekkie odurzenie alkoholem. Chciała iść przed siebie, nie myśleć, nie czuć, po prostu oddalić się od tej idiotycznej sytuacji. Zapomnieć, że godzinę temu szykowała się na spotkanie z Piotrem, wierząc, że może jednak… 

— Inez! — usłyszała za sobą jego głos, ale przyspieszyła kroku. 

Dopiero kiedy ją dogonił i chwycił za ramię, odwróciła się gwałtownie z oczami błyszczącymi od złości. 

— Puść mnie — rzuciła przez zaciśnięte zęby. 

Piotr zrobił krok w tył, unosząc dłonie w geście obronnym. 

— Nie chciałem cię ranić, naprawdę powiedział cicho, z bólem w głosie. 

Powtarzasz się — Inez zaśmiała się krótko, bez radości. 

— Nie wiedziałem, że Marzena przyleci właśnie dziś. Musiałem się z nią spotkać. 

W ostatniej chwili ci powiedziała. Kwadrans przed naszym spotkaniem ironizowała Inez. 

Nie, byłem pewny, że załatwię z nią sprawy przed naszym spotkaniem, ale jej lot się opóźnił i nie zdążyłem.  

Inez wzięła głęboki wdech, po czym powiedziała ciszej: 

Jestem zmęczona. Załatw swoje sprawy, do końca. A potem zdecyduj, czego chcesz. Mam dosyć tego zawieszenia pomiędzy teraźniejszością, przeszłością, tajemnicami... Za stara jestem na takie rzeczy. Historie rodem z oper mydlanych nie interesują mnie w codziennym życiu.  

Już chciała odejść, ale Piotr znów się odezwał. 

Wiem czego chcę rzekł. — Ciebie. 

Inez spojrzała na niego długo.  

To udowodnij to odparła. Nie bukietami kwiatów, nie pustymi deklaracjami. Udowodnij to tak, żebym w końcu mogła ci zaufać. 

I odeszła — tym razem bez pośpiechu, ale z podniesioną głową. A Piotr został sam, z sercem, które waliło w piersi jak szalone i myślą, że właśnie dostał ostatnią szansę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rozdział 46

Inez, Piotr i Jacek     Kilka dni później, w ciepłe letnie popołudnie , Inez z Piotrem i Jackiem wybrali się do budynku na Starym Mieście. ...