Antek
Ten dzień był jednym z tych, których Antek obawiał się najbardziej. Jego starsza siostra zostawiła dzieciaki na noc u dziadków. A skoro on też był w domu to wiedział, że Klara i Kacper nie podarują mu wieczornej bajki. Nie widział się jeszcze z nimi od czasu, kiedy wrócił ze szpitala i nie do końca wiedział, jak z nimi rozmawiać, kiedy będą pytać, o jego zdrowie. Liwia podpowiedziała mu, żeby mówił wprost bez wdawania się w zbędne szczegóły.
Kiedy przyszedł wieczór, a siostrzeńcy odbyli już wieczorną toaletę, Antek przyszedł do pokoju gościnnego, tego samego, w którym w weekend nocowała Liwia.
— Gotowi na bajkę? — zapytał uśmiechając się do nich.
Mała Klara podeszła do niego, wzięła go za rękę i zaprowadziła do łóżka.
— Połóż się między nami — powiedziała.
Po chwili półsiedział-półleżał wygodnie oparty o poduszki a po obu jego stronach, jak małe koale, przytulili się do niego Kacper i Klara. Cała trójka przykryła się dużym, ciepłym kocem. Antek trzymał w rękach bajkę o młodym smoku, który bał się latać. Klara, w różowej piżamce w kotki, uważnie śledziła ilustracje, podczas gdy Kacper wiercił się niespokojnie i co chwilę zmieniał pozycję.
— No dobra, wujek, czytaj — zarządził w końcu układając głowę na ramieniu Antka.
Ten uśmiechnął się lekko i przewrócił stronę.
— „Smok Bazyl spoglądał na niebo i wzdychał. Wszyscy jego przyjaciele już latali tylko on wciąż bał się rozwinąć skrzydła…” — przeczytał spokojnym głosem.
Klara zmarszczyła nosek.
— A czemu on się boi? — zapytała.
— Może myśli, że spadnie — powiedział Antek.
— A jak się boi, to boli go brzuszek? — zainteresowała się nagle dziewczynka.
Antek spojrzał na nią uważnie. Czuł, że za chwilę rozmowa zejdzie na zupełnie inny temat, a dzieciaki przygotowują sobie grunt po kolejne pytania. Zadziwiła go ich wrażliwość.
— Może trochę — odparł. — Czasem, jak się czymś martwimy, to boli nas brzuch.
— To tak jak ciebie? — zapytał nagle Kacper.
Antek zawahał się na sekundę.
— Co masz na myśli?
Chłopiec usiadł, podpierając się na łokciach.
— No bo kiedyś, jak razem jedliśmy kolację, to jadłeś tak powoli, jakbyś nie chciał — rzekł. — A mama potem powiedziała, że to dlatego, że boli cię brzuch i że się martwisz. I jak tu jechaliśmy to powiedziała, że teraz musimy uważać, bo możesz nie mieć siły, żeby się z nami bawić.
Klara podniosła głowę i spojrzała na Antka dużymi oczami.
— Wujku, jesteś chory, prawda? — spytała.
Nie było sensu zaprzeczać.
— Tak, jestem — przyznał cicho. — Ale się leczę.
— Bardzo? — dopytała dziewczynka ściskając jego rękę.
Antek uśmiechnął się do niej lekko.
— To taka choroba, która rzeczywiście czasem sprawia, że nie mam siły na wszystko, co bym chciał robić — wyjaśnił w prostych słowach. — Ale mam dobrych lekarzy i takich fajnych pomocników jak wy.
Kacper uniósł brwi.
— A jak bardzo trzeba pomagać?
Antek zerknął na niego i udając powagę, zastanowił się.
— Hm… Wystarczy, że czasem się do mnie przytulicie — rzekł. — Albo opowiecie mi coś śmiesznego.
Klara od razu rzuciła mu się na szyję i objęła go drobnymi rączkami.
— To ja ci będę pomagać cały czas! — zadeklarowała.
Kacper podrapał się po głowie.
— A jak opowiem ci kawał, to dostanę więcej naleśników na śniadanie?
Antek zaśmiał się cicho.
— Myślę, że możesz ponegocjować z babcią w moim imieniu — powiedział.
— No dobra, to słuchaj! — Chłopiec ożywił się i przysunął bliżej. — Jak nazywa się pies czarodziej?
— Jak?
— Labrakadabra!
Klara zachichotała, a Antek uśmiechnął się szeroko.
— Mocne! To teraz jeszcze kawałek książki i spać.
Kacper położył się znów obok niego i przewrócił stronę.
— Dobra. Ten smok musi się nauczyć latać, bo inaczej będzie mu smutno.
Antek pokiwał głową i wrócił do czytania. W środku czuł ciepło, które nie miało nic wspólnego z kocem otulającym ich trójkę.
Później, kiedy dzieci już zasnęły, a on wrócił do swojego pokoju, wysłał smsa do Liwii. Miałaś rację, czasami najprostsze słowa tłumaczą wszystko najlepiej. A dzieci nigdy nie przestaną mnie zadziwiać swoją intuicją, napisał.
Po chwili przyszła odpowiedź: One po prostu patrzą sercem.
A ja chyba zacznę się tego od nich uczyć, odpisał Antek.
Tylko uważaj, bo jak się człowiek raz nauczy patrzeć sercem, to potem trudno przestać ;) — przyszło od Liwii chwilę później.
Do odważnych świat należy. Śpij spokojnie, napisał i odłożył telefon z uśmiechem na twarzy. Przed położeniem się do łóżka, posmarował ręce kremem od niej. Kiedy odstawiał słoiczek z powrotem na stolik, pokręcił głową z niedowierzaniem. Ciągle zadziwiało go to, że była tak blisko. Czasami w pokoju obok, czasami pod telefonem, czasami przy jego łóżku. I coraz bardziej w jego sercu.
Janka i Rafał
W sali Rafała od rana panował delikatny rozgardiasz. Łóżko było starannie zaścielone, torba spakowana, a na stoliku czekała mała doniczka z sukulentem – prezent od Janki. Rafał siedział na brzegu łóżka, ubrany w wygodny dres. Noga nadal była usztywniona, kule na razie leżały z boku.
— Gotowy na powrót do domu? — zapytała Janka wchodząc do środka z uśmiechem i lekką nutą wzruszenia.
— Jak nigdy — odparł Rafał poprawiając bluzę. — Jeszcze tylko kontrola bagażu i możemy ruszać.
Janka zerknęła do jego torby sprawdzając, czy wszystko spakował.
— Leki? Dokumenty? Zaświadczenia? — wymieniała.
— Nawet piżamę z niedźwiedziem.
Popatrzyła na niego tępym wzrokiem.
— Żartowałem — uśmiechnął się.
Drzwi się otworzyły i do środka weszła Emilia, a za nią teściowa Rafała.
— Tato! — rzuciła się do niego Emilia, obejmując go mocno. — Ale super, że wracasz!
— Ja się też cieszę — odparł odwzajemniając uścisk.
Potem spojrzał na teściową.
— Mamo, dobrze cię widzieć — rzekł. — Już nie będziesz musiała sama ogarniać tej gromady — dodał z rozbawieniem.
— Ciebie też dobrze widzieć — powiedziała kobieta. — Daliśmy radę, ale cieszę się, że wreszcie wracasz do domu. I do dzieci.
Janka pomogła Rafałowi wstać i chwycić kule. Emilka wzięła torbę ojca i kwiatka.
— Macie wszystko — rzekła pielęgniarka. — Gdyby coś się działo, wiecie, gdzie mnie znaleźć — powiedziała, poprawiając Rafałowi kaptur.
— Właśnie… — Rafał zatrzymał się na moment przy drzwiach spoglądając na nią z tym swoim półuśmiechem, który mówił więcej niż tysiąc słów. — Dzięki, Janka. Za wszystko.
Janka kiwnęła głową, nie mogąc powstrzymać łagodnego uśmiechu.
— Jedź do domu, Rafał. Tam cię potrzebują. Ale pamiętaj — rehabilitacja, oszczędzanie się i zero bohaterskich wyczynów.
— Obiecuję — mrugnął.
Emilia rzuciła Jance spojrzenie pełne wdzięczności i… delikatnego rozbawienia.
— Do zobaczenia — rzekła cicho.
Z teściową pierwsze opuściły salę, a Rafał, wsparty na kulach, wyszedł powoli za nimi. Na pożegnanie, jeszcze raz odwrócił się w drzwiach i spojrzał na Jankę.
— Będę tęsknił za tymi nocnymi obchodami… — rzekł.
— Ja za twoim marudzeniem — odparła puszczając mu oko.
Drzwi zamknęły się cicho, a Janka została sama w pustej sali. Przez chwilę patrzyła na puste łóżko. W końcu uśmiechnęła się i odwróciła, czując, że coś się skończyło, ale coś innego, całkiem dobrego, właśnie się zaczynało.
Babski wypad
Liwia, Janka i Inez
Pafos przywitało kobiety uderzeniem ciepłego, pachnącego powietrza. Po wyjściu z samolotu Liwia, Janka i Inez zatrzymały się na chwilę przed terminalem, jakby chciały odetchnąć nie tylko klimatem Cypru, ale też chwilą bez pośpiechu, obowiązków i mężczyzn. Jance jeszcze trzęsły się nogi po emocjach związanych z lądowaniem. Przeżywała ogromny stres i cały ten moment przesiedziała w fotelu z zaciśniętymi dłońmi i zamkniętymi oczami. Koleżanki ze śmiechem na ustach, bo mimo wszystko wyglądała komicznie, próbowały ją uspokoić, że nic się nie dzieje, że pilot zniża samolot dość łagodnie, ale to nie pomogło. Otworzyła oczy dopiero, kiedy samolot zatrzymał się na płycie.
W czasie lotu, Liwia siedząca przy oknie robiła zdjęcia, kiedy znajdowały się ponad chmurami cudownie oświetlonymi promieniami słońca. Czuła się jak w niebie. Potem jeszcze zrobiła zdjęcie wyspy z góry. Na pewno wyśle kilka fotek Antkowi. Chociaż kobiety postanowiły, że przez ten weekend dają sobie nieco wytchnienia od wszystkich emocji związanych z ich nowymi relacjami to i tak podświadomie ciągle wracały myślami do nich. Janka co jakiś czas zerkała w telefon i odpisywała na smsy. Inez uparcie nie zerkała w telefon, chociaż do niej przychodziły wiadomości. A Liwia… ona dostała jednego smsa: Nie będę zasypywał Cię wiadomościami, bo wiem, że lecisz odpocząć. Gdybyś zatęskniła i szukała męskiego towarzystwa — niekoniecznie tam, na miejscu — to wiesz, gdzie mnie znaleźć ;). Uśmiechnęła się. Już tęskniła, ale nie zamierzała się do tego przyznać. Może później, po dobrym winie.
— No to co, dziewczyny? Jesteśmy na końcu Europy. Słońce, plaża, jedzonko. Czego na więcej trzeba? — rzuciła Janka z zadziornym uśmiechem.
— Powiedziała ta, która jeszcze przed chwilą chciała prosić pilota, żeby zatrzymał samolot na pasie startowym i pozwolił jej wysiąść — zachichotała Inez. — Mam zamiar zjeść wszystko, czego nie powinnam i wypić tyle, ile powinnam — dodała przeciągając się leniwie.
— Tylko jak się wstawisz to nie dzwoń do Piotra. Nie odbierze cię stąd — mruknęła Liwia, poprawiając okulary przeciwsłoneczne.
— Żadnych Piotrów! — zawołała Inez stanowczo.
Janka i Liwia zerknęły na siebie, ale nie skomentowały tego oświadczenia ani słowem.
Z lotniska pojechały autobusem do hoteliku położonego niedaleko nabrzeża. Miejsce było kameralne, z bielonymi ścianami, turkusowymi okiennicami i zapachem jaśminu unoszącym się w powietrzu. Po zostawieniu walizek w pokoju, ruszyły na pierwszy spacer.
Pafos przy zachodzącym słońcu było jak kadr z filmu – fale odbijały ostatnie promienie dnia, a port żył spokojnym rytmem — dzieci biegały między stolikami tawern, kelnerzy żonglowali tacami z ouzo i mezze, a muzyka sączyła się z głośników w rytmie bouzouki. Usiadły w jednej z tawern tuż przy nabrzeżu. Ich stół szybko zapełnił się lokalnymi przystawkami. Były wśród nich między innymi: grillowane kalmary, chlebek pita, tzatziki, oliwki i kieliszki lokalnego białego wina.
— Żyć, nie umierać — powiedziała Liwia, upijając łyk. — Janka, odłóż ten telefon, bo ci go zabiorę — dodała patrząc na koleżankę, która znowu odpisywała na smsa.
— Dzieciaki Rafała dorwały jego telefon i piszą do mnie — odparła tonem usprawiedliwienia jednocześnie śmiejąc się na widok odczytanej wiadomości. — Nie mogę tak po prostu ich olać — dodała.
Po chwili wybuchnęła śmiechem.
— Co tym razem? — spytała Inez.
— Rafał się skapnął, że piszą do mnie.
— Janka, przyleciałyśmy tutaj zrobić sobie reset od codzienności — przypomniała Inez. — Spędzić czas we trzy.
— Ale ja nie chcę sobie robić resetu od Rafała i dzieciaków — odparła Janka. — Dopiero się poznajemy. Jeszcze się nim nie zmęczyłam — dodała lekko się rumieniąc.
— Babski weekend bez facetów. Już to widzę — zaśmiała się Liwia.
— Zobaczymy, czy ty wytrzymasz trzy dni bez swojego Antosia — odgryzła się Janka. — A właśnie, nie opowiadałaś, jak było u niego. Jak się czuje?
Liwia westchnęła i spojrzała przed siebie. Na jej twarzy odmalowała się cała gama uczuć.
— To był bardzo miło spędzony weekend — odparła. — Jego rodzina jest urocza, jego znajomi zabawni.
— A jaki jest on? — spytała cicho Inez.
Liwia spojrzała na koleżankę i uśmiechnęła się szeroko.
— Dajcie spokój — powiedziała dobitnie. — To są nasze trzy dni, tylko nasze — podkreśliła. — Zero pracy, zero odpowiedzialności, zero… obgadywania facetów.
Podniosła kieliszek.
— Za nas — zawołała i wypiła do dna to, co w nim zostało.
— Za nas — powtórzyły pozostałe.
Po kolacji jeszcze długo spacerowały po promenadzie, zatrzymując się co kilka kroków, by zrobić zdjęcie, kupić lody lub po prostu zatrzymać się w milczeniu i rozkoszować pięknem nocy, w której rozbrzmiewały dźwięki kocich harców.
Późnym wieczorem wróciły do hotelu zmęczone, rozgadane i z policzkami zaróżowionymi nie tylko od słońca. Kiedy Inez poszła do łazienki, Janka dopadła Liwię na balkonie, z którego koleżanka podziwiała nadmorski widok.
— Liwka, dajesz radę? — zapytała z troską. — Niewiele mówisz, martwimy się o ciebie — dodała.
— Bo nawet nie wiem, co powiedzieć — odpowiedziała tamta. — Ten facet jest…, brakuje mi słów, jest inny… Nie spotkałam jeszcze mężczyzny z taką inteligencją emocjonalną i wrażliwością, jak on. Mam wrażenie, że czyta mi między słowami.
— Grubo
— No… Mimo choroby i słabości, ma w sobie jakąś wewnętrzną siłę, która mnie zadziwia. Chociaż przed nim jeszcze trudne chwile, mam nadzieję, że razem damy radę. A jaki jest Rafał?
Janka uśmiechnęła się i spojrzała na rozciągającą się przed nimi otchłań morza.
— Też inny niż się spodziewałam — rzekła. — Dowcipny, uszczypliwy, a jednocześnie…
— Wrażliwy, odpowiedzialny, troskliwy? — podpowiedziała Liwia.
Janka pokiwała głową.
— I jeszcze, kiedy na mnie patrzy… — urwała z westchnieniem.
— To czujesz, jak zapiera ci dech, a kolana miękną jakby były z waty — dopowiedziała Liwka.
— Też tak masz?
— Antek ma jeszcze takie iskierki w oczach. Zapalają się, kiedy odpala mu się poczucie humoru albo kiedy…
— Co inne mu się odpala — zachichotała Janka. — Pocałował cię już? — spytała.
Liwia roześmiała się.
— Wnioskuję, że Rafał ciebie tak — rzekła.
Cisza.
— Ty go pocałowałaś pierwsza! — poprawiła się patrząc na twarz koleżanki, która rumieniła się coraz bardziej, co było widać nawet w lekkim świetle ulicznych latarni.
— Wredne małpy! — przerwała im Inez, która właśnie dołączyła do nich. — Wysłałyście mnie pod prysznic, a same sobie stoicie i obgadujecie waszych facetów. A ta małpa — wskazała na Jankę — jeszcze się całowała ze swoim.
Ta w odpowiedzi wzruszyła ramionami.
— Wiesz, jak jest… nachylisz się nad łóżkiem i z zaskoczenia… nie wiesz, kiedy cię capnie — wytłumaczyła.
Liwia parsknęła śmiechem, po niej roześmiała się Inez.
— Serio? Capnął cię z zaskoczenia? — spytała śmiejąc się z określenia koleżanki.
Liwia już prawie płakała ze śmiechu. Po chwili Janka dołączyła do nich. I tak zakończył się ich pierwszy wspólny wieczór. Chociaż one były na jednym końcu Europy, a mężczyźni w zupełnie innej jej części to w ich myślach byli obecni przez cały czas. A kobieca natura pozwalała tym myślom uwolnić się i wziąć na języki to, co w sercu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz