Antek i Liwia
Liwia szybkim krokiem weszła na oddział ciągnąć za sobą walizkę. Nie mogła się doczekać, żeby zobaczyć Antka i dowiedzieć się, jak się czuje. Trochę ją niepokoiło to, że nie miała od niego żadnej wiadomości, od kiedy zaczął kolejną dawkę. Może przysnął albo z kimś rozmawiał i nie mógł korzystać z telefonu. Kiedy zbliżała się w stronę sali dla osób na pobycie dziennym, zobaczyła Kingę, która szła w jej stronę. Po jej minie domyśliła się, że coś się wydarzyło.
— Mów — poprosiła, kiedy znalazły się naprzeciwko siebie czując, jak przyspiesza jej puls.
— Miał epizod arytmii, jakieś półtorej godziny temu — powiedziała Kinga. — Przerwaliśmy wlew, teraz jest już stabilnie. Jestem prawie pewna, że to na skutek leku, ale musimy go chwilę poobserwować i zrobić dodatkowe badania. Po południu będziesz mogła zabrać go do domu. Powtórzymy dawkę, kiedy całkiem dojdzie do siebie.
Liwia nie odpowiedziała. Wyminęła lekarkę i weszła do małej sali z dwoma łóżkami. Tylko jedno było zajęte. Antoni leżał oparty o poduszki, blady, z elektrodami na klatce piersiowej i pulsoksymetrem na palcu. Miał podłączoną kroplówkę z solą fizjologiczną, a na stojaku wciąż wisiał niewykorzystany worek z resztą leku. Gdy tylko ją zobaczył, uśmiechnął się słabo.
— Hej — szepnął. — Chyba wyglądamy podobnie — rzekł z czułością patrząc na jej wymizerowaną twarz po zarwanej nocy.
— Ale tylko jedno z nas wylądowało w łóżku — odparła podchodząc do niego. — Dlaczego nikt nie zadzwonił?
— Nie chciałem cię straszyć. Martwiłabyś się podwójnie, a tak mogłaś skupić się najpierw na powrocie. Poza tym..., — wzruszył ramionami — wszystko już jest pod kontrolą.
Liwia usiadła obok jego nogi i dotknęła jego ręki — była chłodna, ale nie drżała. Sięgnęła po koc leżący w nogach łóżka, rozłożyła go i przykryła Antka.
— Jak się czujesz? — spytała.
— Jeszcze nie do końca sobą — odpowiedział z zamyśleniem, jakby właśnie analizował swój stan. — To było dziwne... Serce mi nagle zaczęło walić jak młotem, z początku nie wiedziałem, co się dzieje. Brakowało mi powietrza. Zastanawiałem się tylko, kiedy ktoś wejdzie, żeby mi pomóc i zatrzyma to coś. Na szczęście mama błyskawicznie zareagowała, odłączyła mi kroplówkę i wezwała pomoc. Nawet nie do końca wiem, co się działo potem. Zrobili mi jakieś badania, a potem podpięli do monitora i kazali odpoczywać.
— Gdzie jest twoja mama?
— Chyba poszła coś kupić.
Liwia skinęła głową próbując nie dać po sobie poznać, jak bardzo ją to wszystko dotknęło. Potem schyliła się i pocałowała Antka w czoło.
— No to odpoczywaj, a potem zabierzemy cię do domu — powiedziała z łagodnym uśmiechem.
Kiedy wracała do poprzedniej pozycji poczuła, jak łapie ją za rękę. Spojrzała na niego lekko zdziwiona. Jego wzrok był teraz dużo bardziej uważny i przytomny niż przed chwilą.
— O co chodzi? — spytała.
— Nie chcę, żebyś ukrywała swoje emocje ze względu na mój stan — powiedział. — Poza tym... — uśmiechnął się szelmowsko — lubię słyszeć, kiedy mówisz, że martwiłaś się o mnie.
— Widzę, że wraca ci humor i nonszalancja — stwierdziła Liwka. — Jesteś na dobrej drodze do szybkiego ozdrowienia.
— Widocznie musiałem poczekać na odpowiednie lekarstwo — odparł Antek.
Roześmiała się cicho.
— Jeszcze coś ci dolega? — zapytała po chwili ciszy, już poważniej. — Ból w klatce? Zawroty głowy?
Antek pokręcił głową.
— Nie. Raczej takie… zmęczenie wewnątrz. Jakby serce zrobiło sprint, a reszta mnie dopiero próbowała nadążyć.
Przymknął oczy, a jego oddech się wyrównał. Nadal trzymał ją za rękę — luźno, ale tak, jakby nie chciał jej wypuścić. Jakby ten dotyk był kotwicą w świecie, który kilka godzin wcześniej zaczął się wymykać spod kontroli.
— Wiesz — powiedział, — jak mnie to złapało to… przez ułamek sekundy pomyślałem, że nie chcę was zostawiać. Rodziców, ciebie. Nie tak. Nie teraz.
Liwia zamarła, patrząc na niego uważnie. Potem pochyliła się i oparła czoło o jego ramię.
— Nie zostawisz — powiedziała stanowczo. — Lekarze wszystko sprawdzą, będą cię bardziej pilnować. Na pewno sprawią, żebyś czuł się bezpiecznie.
— I tak już nie będę spokojny przy kolejnych dawkach.
Wyprostowała się i pogłaskała go po ramieniu. Nie odpowiedziała nic, bo nie miała na to żadnej rady. Wiedziała, że przy kolejnych wlewach Antek z każdą kroplą będzie wsłuchiwać się w rytm serca i sprawdzać, czy na pewno nie przyspiesza. Pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. Ale na razie potrzebował odpoczynku i spokoju. I pewności, że to tylko jednorazowy epizod i nie ma poważnych następstw. Otworzył oczy, w których pojawił się błysk zwiastujący, że zaraz powie coś żartobliwego.
— Ale wytrzymam — rzekł uśmiechając się. — Jeśli w zamian od czasu do czasu pocałujesz mnie w czoło. Albo dasz się przytulić.
Liwia roześmiała się.
— Jesteś zaskakująco łatwy w obsłudze — stwierdziła.
— To ty mnie nauczyłaś, że prostych rzeczy nie należy komplikować — odparł. — W ogóle powinnaś jechać do domu i odpocząć. Widzę, że padasz z nóg po tych przesiadkach — rzekł już poważnie.
— Nie chcę — powiedziała wprost, wzruszając ramionami. — Wolę posiedzieć przy tobie.
Antek poczuł, że zrobiło mu się ciepło w sercu, ale tym razem nie miało to nic wspólnego z chorobowymi anomaliami. Popatrzył na Liwię, jej ciemne kręgi pod oczami, których lekko rozmazany makijaż nie był już w stanie ukryć, lekko rozczochrane włosy, zmęczony uśmiech i pomyślał, że siedzi przed nim najpiękniejsza kobieta, jaką znał. A on, idiota, o mały włos nie stracił jej na zawsze. Dobrze, że ona była mądrzejsza. Uśmiechnął się do swoich myśli.
— Co? — zapytała widząc jego minę.
— Nic, po prostu uświadomiłem sobie, jakim jestem szczęściarzem — odparł.
Liwia uniosła lekko brwi, jakby chciała rzucić jakąś celną ripostę, ale zamiast tego tylko spojrzała na niego dłużej — z czułością i czymś jeszcze. Kąciki jej ust uniosły się powoli w półuśmiechu, nieco krzywym, ale pełnym ciepła. Przesunęła kciukiem po jego dłoni, raz, jakby od niechcenia — a jednak był to gest, który mówił więcej niż jakiekolwiek słowa. Potem odwróciła wzrok, niby żeby poprawić koc, ale Antek widział, że walczy z uśmiechem. I może odrobinę z łzami.
Jakiś czas później zasnął spokojnie, wciąż trzymając jej dłoń. Do sali weszła Kinga i widząc ich, uśmiechnęła się. Popatrzyła na monitor, potem na Antka i przez moment zastanawiała się nad czymś. W końcu odwróciła się do Liwii.
— Wygląda na to, że wszystko się ustabilizowało — rzekła cicho. — Powtórzymy badanie EKG i Antek będzie mógł jechać do domu.
Trąciła go lekko, żeby się obudził. Kiedy otworzył oczy, powtórzyła mu to, co powiedziała Liwii. Kiwnął głową. Po badaniu, kiedy zaczął się zbierać do wyjścia, Kinga przekazała dalsze wytyczne.
— Odpoczywaj dzisiaj, zjedz coś lekkiego i pij wodę. Jutro zaczniemy wszystko od nowa, ale w zmienionej dawce. Będziemy cię monitorować na bieżąco. Jestem pewna, że ten epizod się już nie powtórzy — powiedziała.
— Ja będę pewny, jak skończymy cały cykl — odparł Antek ze sceptyzmem.
W międzyczasie z zakupów wróciła pani Jaroszyńska. We trójkę poszli do samochodu. Antek szedł ze wsparciem Liwii. Kiedy wsiedli nakazał mamie, która prowadziła, odwieźć najpierw Liwkę do domu. Nie protestowała. Teraz, kiedy zeszło z niej całe napięcie, poczuła prawdziwe zmęczenie i senność. Poza tym Antkowi też była potrzebna przestrzeń, żeby dojść do siebie. Rozczuliło ją natomiast to, że nie usiadł z przodu, ale razem z nią wpakował się na tylne siedzenie i przytulił, żeby wygodnie się oparła o niego, kiedy zaczęła przysypiać. Jego mama zerknęła na ich odbicie w lusterku i tylko uśmiechnęła się pod nosem. Kiedy dojechali pod blok Liwii, Antek obudził ją.
— Nie odprowadzę cię na górę — powiedział. — Odpocznij i... jeśli znajdziesz czas to odwiedź mnie jutro — poprosił.
Skinęła głową, pożegnała się i wysiadła. Odprowadził ją wzrokiem, kiedy wchodziła do klatki po czym oni też ruszyli w dalszą drogę.
— Ciekawi mnie jedno — rzuciła nagle jego mama.
— Co takiego? — zapytał z uśmiechem.
— Które z was pierwsze powie to słowo.
Inez i Piotr
Następnego dnia Inez od wczesnego ranka była w ruchu. Wróciła do pracy po urlopie z nowym planem i lekką nadzieją, że może wszystko się jeszcze ułoży. Miała zamiar spotkać się z Piotrem, ale nie potrafiła zdecydować kiedy.
Gdy zegar wskazywał dziesiątą, do piekarni weszli goście. Usłyszała znajomy dźwięk dzwoneczka nad drzwiami, ale nie oderwała się od wykładania nowej partii rogalików. Dopiero gdy usłyszała głos Piotra, zamarła.
— Cześć, Inez.
Odwróciła się powoli. Stał po drugiej stronie lady. Towarzyszyła mu ta sama kobieta, z którą był w barze. Dzisiaj też wyglądała elegancko, a na jej twarzy błąkał się nieśmiały uśmiech.
— To Marzena — powiedział Piotr spokojnie. — Moja była żona.
— Dzień dobry — odezwała się Marzena. — Przepraszam za najście. Nie chcemy robić zamieszania, ale… podobno pracuje tu ktoś, kogo dawno nie widziałam.
Inez spojrzała na Piotra z pytaniem w oczach.
— Jacek, Andrzej? — zapytała krótko.
— Jacek. — Marzena spojrzała w stronę zaplecza z wyraźnym napięciem. — Czy mogłabym z nim porozmawiać?
Inez wzięła głęboki oddech.
— Jasne. Zaraz go zawołam.
Zniknęła na chwilę na zapleczu, a gdy wróciła, Jacek szedł za nią — blady, jakby nagle stracił grunt pod nogami. Gdy zobaczył Marzenę, stanął jak wryty.
— Cześć, Jacek — powiedziała łagodnie kobieta.
Zapadła krótka cisza zanim odważył się podejść.
— Cześć — odpowiedział. — W końcu… — zaczął, ale wzruszenie odebrało mu mowę.
— Tak — przerwała mu. — Nareszcie odzyskaliśmy wolność i mogę się z tobą spotkać.
Inez odwróciła wzrok czując, że nie powinna słuchać tej rozmowy. Udała się na zaplecze, a Piotr poszedł za nią. Stanęli między półkami i kartonami mąki.
— Więc ona tu przyjechała za tobą dla niego? — zapytała kobieta.
Mężczyzna skinął głową.
— Nie tylko ja musiałem zrezygnować ze swojego związku dla dobra naszych rodzin. Jechaliśmy z Marzeną na tym samym wózku więc było nam łatwiej zjednoczyć się, żeby jakoś to przetrwać. Tylko, że Jacek nie mógł się z tym pogodzić i walczył o nią. Skończyło się tak, że musiał odpuścić i ukryć się. Pomogłem mu.
— Zaczynam przypuszczać, że to, że pracuje w mojej piekarni to też nie przypadek — rzekła Inez.
— Kiedy było już pewne, że ja i Marzena rozstajemy się dałem mu znać, żeby zorientował się, czy uda mu się dostać pracę u ciebie — wytłumaczył Piotr. — To był czas na przeczekanie, a jednocześnie… on też pomógł mi się zorientować, co u ciebie.
— Chciałeś wybadać grunt zanim na nowo wszedłeś w moje życie.
— Trochę tak, ale z drugiej strony gdybyś była mężatką to moje pojawienie się tylko by namieszało.
— Rozumiem, że wtedy nigdy nie dowiedziałabym się prawdy?
— A byłaby ci ona do czegoś potrzebna? Żal mógłby być tylko po mojej stronie.
Inez milczała przez dłuższą chwilę. W końcu spojrzała na niego.
— Nie wiem jeszcze, co z nami. Ale dobrze, że w końcu mówisz prawdę. Lepiej późno niż wcale.
— Nie jest za późno, jeśli wciąż ci zależy — powiedział cicho Piotr.
Inez nie odpowiedziała nic. Odwróciła się i wyszła na salę, gdzie Marzena i Jacek siedzieli przy jednym ze stolików pochłonięci rozmową, jakby czas się dla nich cofnął. Kiedy zobaczyli właścicielkę piekarni i Piotra, zaprosili ich, żeby się dosiedli.
— Wiem, jak to musi wyglądać z twojej perspektywy — odezwała się jako pierwsza Marzena, trzymając dłonie splecione na filiżance z herbatą. — Uwierz, nam też przez te wszystkie lata nie było łatwo. Zarówno ja jak i Piotr musieliśmy coś poświęcić dla dobra naszych rodzin. A potem cierpliwie czekać.
— Nie prościej byłoby, gdybyście stworzyli prawdziwy związek? — zapytała Inez. — Mogliście założyć swoją rodzinę.
Marzena spojrzała nią wielkimi oczami.
— Kochając kogoś innego? — spytała zdziwiona. — A potem narazić nasze dzieci na rozstanie rodziców albo na tłumaczenie im zawiłości losów naszej rodziny? Ucząc je żyć w zakłamaniu?
— Czasami miłość przychodzi z czasem, kiedy rodzi się więź, sprzyjają okoliczności — stwierdziła Inez.
— Wiesz, dlaczego musiałem się ukryć? — zapytał Jacek, który dotąd przysłuchiwał się w ciszy tej wymianie zdań. — Bo moje życie było zagrożone. Tylko Piotr wiedział, gdzie jestem. Marzena nie miała innego wyjścia, jak cierpliwie czekać. Myślisz, że on ukryłby mnie, a potem odebrał mi możliwość ponownego spotkania się z moją ukochaną kobietą?
— Nawet jeśli to czekanie trwało prawie dwadzieścia lat? — spytała Inez z niedowierzaniem.
— Tyle czasu musieliśmy odstawiać tą całą szopkę — rzekł Piotr wzruszając ramionami. — Ukrycie Jacka zadziałało na moją korzyść, bo nikt nie wiedział, co się z nim stało, a mnie to uwiarygodniło w roli męża Marzeny.
— Chyba nie chcę wiedzieć, na czym ta wiarygodność polegała — rzekła Inez z sarkazmem. — Jeśli z tobą będę, Piotr, to nie okaże się, że za kilka tygodni zapuka do nas policja? — zapytała. — Albo dostaniesz wezwanie do prokuratury, albo nie wiem... Będę musiała uciekać z kraju, bo okaże się, że ktoś cię ściga.
Mężczyzna roześmiał się.
— Nie, Inez — odparł. — Nic takiego nam nie grozi.
Marzena potwierdziła jego słowa imieniem głowy. Inez przesunęła wzrokiem po całej trójce zaglądając im w oczy.
— Zatem… teraz już wszystko wiem? — zapytała powoli.
— Teraz już tak — odpowiedział Piotr.
Spojrzała na niego. Usiłowała w jego oczach znaleźć ślady tej wcześniejszej tajemniczości, ale było tam tylko zmęczenie i szczerość.
— Dobrze — powiedziała. — Bo to jest twoja ostatnia szansa. Jeśli wyskoczy ci jeszcze jakiś królik z kapelusza, to wylatujesz z mojego życia. Na zawsze — oznajmiła. — Tymczasem, skoro mój pracownik ma przerwę to musisz mi pomóc spakować zamówienie.
Wstała i ruszyła na zaplecze.
— Robi się — usłyszała za plecami głos podążającego za nią Piotra.
Kiedy znaleźli się sami, odwróciła się do niego, uśmiechnęła, a potem, ku własnemu zaskoczeniu, objęła go ramionami. Bez słowa. Po prostu — wtuliła się w jego klatkę piersiową, jakby to właśnie tam był jej bezpieczny azyl. Piotr objął ją ostrożnie czując, jak napięcie z ostatnich tygodni odpływa z nich kawałek po kawałku. Gdy uniósł dłoń i wsunął palce w jej włosy, poczuł, że po raz pierwszy od dawna oddychają w tym samym rytmie. Trwali tak chwilę, aż w końcu Inez oderwała się lekko i spojrzała mu w oczy.
— Dwadzieścia rogalików z nadzieniem malinowym i dziesięć bułek z twarożkiem — oznajmiła.
Roześmiał się, po czym dał jej buziaka w sam czubek nosa i zabrali się do pakowania.
Janka i Rafał
Wtorkowy dyżur zaczął się spokojnie. Janka przejęła pacjentów od koleżanek, wykonała swoje obowiązki i znalazła chwilę, żeby zrobić sobie kawę. Z kubkiem usiadła przy komputerze, żeby uzupełnić raporty. Potem zabrała się za sprawdzenie materiałów opatrunkowych. Wtedy zadzwonił telefon.
— Ortopedia, słucham — rzuciła do słuchawki.
— Janka — w słuchawce odezwał się głos Miłodziada. — Mogłabyś zejść na chwilę na SOR?
— Co się dzieje?
— Przywieźli dwójkę dzieciaków po bójce w szkole. Jeden z nich to Krzyś, syn Rafała.
Janka momentalnie się wyprostowała.
— Krzyś? — powtórzyła zdumiona.
— No właśnie. Twój znajomy. Ojciec już został zawiadomiony przez szkołę, pewnie jest w drodze, ale zanim się zjawi, chłopak poczułby się lepiej widząc znajomą pielęgniarkę.
— Zaraz przyjdę — powiedziała.
Odłożyła słuchawkę, krzyknęła do koleżanek, że schodzi na chwilę na SOR i szybkim krokiem udała się do windy.
Na izbie przyjęć zastała chłopca siedzącego na łóżku, z opuchniętym okiem, lodem przyciśniętym do twarzy i mokrą plamą na kolanie spodni. Obok siedział drugi chłopak z założonym temblakiem. Obaj milczeli, jakby to milczenie miało im oszczędzić dalszych konsekwencji.
Janka usiadła przy Krzysiu i uśmiechnęła się delikatnie.
— Krzyś… hej. Co się stało? — zapytała cicho.
Chłopiec chwilę patrzył na nią. Dopiero po chwili wydusił:
— Ja… nie chciałem. Ale on powiedział coś o mamie. I o Lence.
Janka nie potrzebowała więcej słów. Jej głos złagodniał.
— Jasne. Zdarza się. Najpierw sprawdźmy, jak się trzymasz. Potem pogadacie z tatą, okej?
Mały skinął głową i pozwolił jej obejrzeć oko. Miłodziad tymczasem omawiał dokumentację z lekarzem dyżurnym.
— Nic poważnego — powiedział cicho, kiedy podszedł znów bliżej. — Opuchlizna zejdzie za kilka dni, okulista już go widział. Będzie żył. I, jeśli tatuś go nie udusi, to nawet szybko wróci do szkoły.
— Dzięki, że mnie zawołałeś — rzuciła Janka, poprawiając chłopcu lód na policzku.
— Był wystraszony — odparł lekarz.
Krzyś spojrzał na pielęgniarkę ukradkiem.
— Nie mów tacie, że płakałem, dobra? — poprosił.
Janka uśmiechnęła się z czułością.
— Jasne, Krzysiu. Będę mówić, że zachowałeś się jak bohater. Choć może następnym razem wystarczy użyć tylko słów.
Chłopiec z westchnieniem skinął głową. Janka zerknęła na zegarek w myślach licząc minuty do przyjazdu Rafała. Chwilę później drzwi otworzyły się. Do środka wpadła kobieta w garniturowej marynarce i z chłodną determinacją w oczach. Dopadła drugiego chłopca i zaczęła oglądać go ze wszystkich stron. W końcu wyprostowała się i odwróciła.
— Gdzie on jest?! — rzuciła omiatając wzrokiem pomieszczenie.
Jej spojrzenie padło na Krzysia.
— To on?! — Wskazała chłopca palcem. — To ten mały bandyta uderzył mojego syna?! Co to za metody?!
Janka już otwierała usta, ale wtedy drzwi znów się uchyliły. W progu pojawił się Rafał. Podparty na kulach, z twarzą napiętą i groźną jak nigdy wcześniej. Wszedł powoli, ale pewnie.
— To Igor zaczął — powiedział niskim, zimnym tonem. — Od tygodnia wyśmiewa Krzysia. Dzisiaj powiedział coś o jego zmarłej mamie. A potem popchnął go na ścianę.
Kobieta spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Mój syn nie zrobiłby czegoś takiego! – rzekła z oburzeniem.
— A jednak. — Rafał nie odpuszczał. — Może powinna pani porozmawiać z nauczycielem dyżurującym na przerwie, zanim będzie pani ferować wyroki.
Igor miał spuszczoną głowę. Krzyś siedział milcząc, ale jego oddech był ciężki.
— Może pański syn powinien nauczyć się rozwiązywać konflikty inaczej niż pięścią! — wybuchła kobieta.
Janka nie wytrzymała.
— A pani syn powinien nauczyć się, że słowa też ranią — rzuciła chłodnym tonem.
Miłodziad wrócił w samą porę, by usłyszeć ostatnie zdanie. Oparł się o framugę, skrzyżował ręce i spojrzał na nich stanowczo.
— Sprawa zostanie przekazana do pedagoga szkolnego i dyrekcji. A my tu zajmujemy się leczeniem — nie sądem — oznajmił. — Mogą państwo wziąć dokumenty i zabrać dzieci do domu. Pielęgniarka powie, jak należy dalej postępować i kiedy zgłosić się na kontrolę.
Kobieta zacisnęła wargi, a potem bez słowa złapała Igora za ramię i wyprowadziła go z sali. Miłodziad wyszedł za nimi.
Rafał przysiadł z trudem obok Krzysia. Wziął go w ramiona uważając na swoją nogę i jego sińce.
— Przepraszam, tato — wyszeptał chłopiec. — Nie chciałem, ale… nie wytrzymałem.
— Wiem — powiedział Rafał cicho. — Nie mogę ci powiedzieć, że dobrze zrobiłeś, ale rozumiem, dlaczego to zrobiłeś. I jestem przy tobie.
Janka stała przez chwilę z boku, patrząc na nich. Potem podeszła bliżej i delikatnie poprawiła Krzysiowi lód przy oku.
— Ty jesteś twardziel, co? — uśmiechnęła się.
Krzyś uniósł kąciki ust.
— Trochę po tacie — mruknął.
Rafał spojrzał na Jankę z wdzięcznością. Ich spojrzenia spotkały się i na krótką chwilę czas się zatrzymał. Potem szepnął:
— Dzięki, że przy nim byłaś.
— Nie ma sprawy — odpowiedziała. — Zabierz go do domu, niech odpocznie.
Wzięła od lekarza dyżurnego receptę na maść na opuchliznę i podała Rafałowi. Ten schował ją do kieszeni.
— Wykupię po drodze — powiedział. — Chodź, synu. Zbieramy się.
Pożegnali się z Janką i każde rozeszło się w swoją stronę. Kobieta stwierdziła, że wieczorem, kiedy emocje już trochę opadną zadzwoni do nich zapytać, jak sobie radzą. Z tym postanowieniem wróciła do pracy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz