Liwia i Antek
Telefon zadzwonił, kiedy Liwia kończyła malować ostatnią klientkę tego dnia. Widząc na wyświetlaczu nazwisko pani Jaroszyńskiej wiedziała, że musi odebrać. Przeprosiła kobietę i odeszła na stronę.
— Już kończę. Mogę oddzwonić za kwadrans? — zapytała wprost nie chcąc tracić czasu na niepotrzebne wstępy.
— Jeśli dasz radę, to po prostu przyjedź — odparła mama Antka. — Nie jest z nim dobrze.
— Fizycznie czy psychicznie?
— Jedno i drugie.
— Dobrze, przyjadę jak skończę.
Liwia rozłączyła się i wróciła do klientki. Starała się do samego końca skupić na swojej pracy, ale myśli co chwilę uciekały jej w stronę Antka. Kilka dni temu skończył drugi cykl chemii i w tych dniach miał całkowity zjazd formy. Przeważnie spędzał czas w pokoju, w łóżku. Nie miał ani apetytu, ani siły na cokolwiek. Dodatkowo zaczynał być trochę rozdrażniony. Liwia starała się odwiedzać go codziennie, żeby spędzić z nim trochę czasu. Czytała mu, czasami oglądali jakiś film albo po prostu siedzieli niewiele mówiąc. Tego wieczoru miała nie przyjeżdżać, bo uzbierało się jej trochę zaległości w pracy. Skoro jednak Pani Jaroszyńska o to poprosiła, Liwia wiedziała, że musi pojechać do Antka i zobaczyć, czy może mu jakoś pomóc. Na razie cierpliwie kończyła makijaż.
Antek, resztką sił, kolejny raz zwlókł się z łóżka i słaniając się na nogach dotarł do łazienki, w której spędzał teraz połowę dnia. Był trzeci dzień po zakończeniu drugiego cyklu. Bolało go wszystko — skóra, mięśnie, stawy. Nie jadł. Żołądek szalał, jakby postanowił wyrzucić z siebie nawet powietrze. Nudności nie ustępowały mimo leków, przełyk piekł żywym ogniem, a każda próba wypicia wody kończyła się gorzką żółcią. Nie spał. Leżał przez większość dnia będąc gdzieś na granicy świadomości pomiędzy snem a jawą. Swoje grosze dorzucała jeszcze terapia celowana i zastrzyki na wzrost białych krwinek, po których czuł się rozbity, jak w czasie grypy. Żałował, że nie może odłączyć sobie świadomości. Chwilę później, kiedy mył ręce i twarz, spojrzał w lustro. To był zły pomysł. Włosy wypadały mu kępkami — wiedział, że tak będzie, ale i tak nie był na to gotowy. Cerę miał ziemistą, cienie pod oczami, jak u ... nie skończył tej myśli. W ogóle wyglądał, jakby się postarzał o jakieś dziesięć lat. Do tego dochodziła ta bezradność w oczach. Zacisnął palce na krawędzi umywalki. Przez chwilę patrzył tylko na swoje odbicie po czym bezgłośnie zaczął płakać. Nie szlochał. Po prostu łzy spływały mu po policzkach, jakby organizm sam wypuszczał z siebie resztki siły. Był zmęczony. Ogromnie zmęczony. Otworzył drzwi, żeby wyjść, ale w progu nogi się pod nim ugięły i osunął się na podłogę. Chciał kogoś zawołać na pomoc, ale nie był w stanie. Postanowił posiedzieć chwilę i zebrać się za jakiś czas. Ostatecznie wróci do pokoju na czworakach. Albo będzie miał bliżej, kiedy jego żołądek znowu się zbuntuje. W zasadzie, na ten moment, było mu wszystko jedno. Oparł głowę o framugę i zamknął oczy, łzy nadal ciekły po jego policzkach, ale nie walczył z tym. Po prostu siedział i próbował wyłączyć myślenie.
Jego zmysły nagle zarejestrowały znajomy zapach. Perfumy Liwii? Zdziwiony wciągnął głębiej powietrze nosem. Jego podświadomość musiała je przywołać — to była jedna z niewielu przyjemnych rzeczy, jakie potrafił teraz odczuć. W tym samym momencie ktoś delikatnie otarł mu dłońmi policzki. Drgnął, uniósł powieki i zobaczył przed sobą zapłakane, znajome orzechowe oczy. Naprawdę tu była. Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Po prostu patrzyli na siebie. Antek zaczął się zastanawiać, czy jego umysł nie wariuje, bo przecież Liwia mówiła, że dzisiaj zostaje w pracy. Nie chciał, żeby widziała go w takim stanie. Gorzej nie mogła trafić. Gdyby chociaż stał przy umywalce, mógłby szybko chwycić za ręcznik i zasłonić swój obraz nędzy i rozpaczy. Tymczasem siedział na podłodze, w drzwiach łazienki. Totalnie osłabiony. Dobrze, że chociaż zdążył się umyć. Spuścił głowę i zakrył twarz dłońmi, jakby próbował w ten sposób się schować.
— Nie próbuj znowu się przede mną zamykać, Antoni Jaroszyński — powiedziała cicho pozornie lekkim tonem.
Spojrzał na nią z bólem w oczach.
— Ja… nie wiem, jak mam to dźwigać — wyszeptał. — Każda komórka mnie boli. Czuję się jak wrak. Jak ktoś, kto miał być silny, a już nawet nie potrafi wstać z podłogi.
Liwia uklękła przy nim. Położyła jedną dłoń na jego karku, drugą na jego piersi.
— Nie jesteś wrakiem — powiedziała spokojnie. — Jesteś człowiekiem, który walczy i ma prawo nie dawać już rady. Ale ten kryzys minie za jakiś czas i będzie lepiej. Przejdziemy z tobą przez wszystko. Ja i twoi bliscy. Nawet jeśli będziemy musieli podnosić cię z tej podłogi dziesięć razy dziennie — uśmiechnęła się delikatnie. — Albo Kacper przyniesie ci tutaj stertę poduszek i zrobi najwygodniejszy królewski tron.
Parsknął cicho śmiechem. Chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył, bo Liwia pochyliła się i musnęła jego usta. Tak lekko, jakby bała się, że oddech zburzy kruchość tej chwili. A on… odpowiedział. Drżąco, niepewnie, ale odpowiedział. W tej chwili poczuł, że jeszcze coś w nim żyje. Że mimo zniszczenia, bólu i strachu, wciąż potrafi czuć coś pięknego. Kiedy się od siebie odsunęli, nie mówili nic. Liwia objęła go delikatnie i po prostu siedziała przy nim. Na podłodze, w progu łazienki zamieniła moment jego kryzysu w jedną z najbardziej romantycznych chwil w ich życiu.
— Wiesz, — powiedziała w końcu, a jej głos był pełen emocji — to, co masz w sercu, w głowie... to jest to, co kocham w tobie najbardziej. Wszystko inne to tylko... dodatki. Przyjemne, nie powiem, ale przemijające. A najbardziej liczy się dla mnie twoja piękna dusza.
Antek uśmiechnął się powoli. Ten uśmiech był jak łagodna fala — najpierw pojawił się w kącikach ust, potem podniósł lekko brwi, a w końcu rozlał się po całej jego twarzy.
— Wiedziałem o tym… — rzekł przeciągając słowa, jakby delektował się każdą sylabą.
Liwia zmarszczyła czoło.
— Przepraszam, co?
— Zakochałaś się we mnie od razu, tylko czekałaś na ten moment, w którym już będzie wypadało to powiedzieć. A ja czekałem cierpliwie. Z pokorą, wyrozumiałością.
Spojrzała na niego badawczo.
— Skąd…? Jak…? Droczysz się ze mną?
Wzruszył lekko ramionami, jakby mówił o czymś oczywistym, niemal fizycznym prawie wszechświata.
— Z moją nieprzeciętną intuicją emocjonalną…
Liwia patrzyła na Antka szeroko otwartymi oczami. Nadal wyglądał mizernie, a mimo to wydobył z siebie odrobinę humoru, jakby na to miał jakieś osobne zasoby energii. Nie wytrzymała i wybuchnęła śmiechem, aż musiała schować twarz w dłoniach.
— Ty jesteś niemożliwy — rzekła.
— Ale twój. — Podniósł jej dłoń i przytknął do ust. — Jeśli tylko chcesz.
Zamilkli na moment, patrząc na siebie w tej czułej ciszy, która mówiła więcej niż słowa. W oczach Antka znów zamigotał ten błysk — nie tylko życia, ale też czegoś głębszego, co zrodziło się z bólu, nadziei jeszcze czegoś.
— Powiesz to jeszcze raz? — spytał cicho, tonem bardziej poważnym.
— Że jesteś niemożliwy?
— Nie. To drugie.
Liwia nachyliła się do niego, dotykając ustami jego lekko spoconego czoła.
— Zastanowię się — powiedziała. — Tym czasem… myślę, że powinniśmy zrobić jedną rzecz.
Wstała i wyciągnęła do niego rękę. Antek spojrzał na nią długo, po czym westchnął, jakby zbierał w sobie resztki sił. Chwycił jej dłoń i pozwolił się podciągnąć. Weszli do łazienki, Antek usiadł na stojącym tam krześle, opierając łokcie na kolanach. Głowę miał pochyloną, oczy wbite gdzieś w podłogę. Liwia założyła mu ręcznik na ramiona i odkręciła kran, żeby przygotować miskę z ciepłą wodą i maszynkę, którą wyjęła z szafki.
Kiedy stanęła obok niego, uniósł wzrok.
— Jesteś pewna, że chcesz to robić? — zapytał cicho. — To nie jest… romantyczne.
— Nie wszystko musi być romantyczne — odpowiedziała równie cicho.
Delikatnie przeczesała palcami jego włosy, łapiąc te, które i tak już traciły opór. Antek zadrżał, ale nie cofnął się.
— Gotowy? — spytała.
— Nie — odpowiedział zgodnie z prawdą. — Ale rób, zanim zmienię zdanie.
Zaczęła ostrożnie. Najpierw nożyczkami, potem przesuwała równym ruchem maszynką po jego głowie. Antek milczał.
W końcu skończyła. Umyła mu kark, wytarła ręcznikiem i odsunęła się o krok, żeby spojrzeć na efekt.
— No — powiedziała, krzyżując ramiona. — Powiedziałabym, że wyglądasz jak… wojownik, który szykuje się do ostatecznej bitwy.
Spojrzał w lustro i przez chwilę nic nie mówił.
— Dziwnie — mruknął. — Ale lepiej.
Odwrócił się i spojrzał na nią z mieszaniną wdzięczności i zawstydzenia.
— Dzięki, że to zrobiłaś.
— Dzięki, że pozwoliłeś — odparła i sięgnęła do jego głowy, muskając dłonią świeżo ogoloną skórę. — I wiesz co? Nadal jesteś przystojny. Nawet bez tej swojej chaotycznej grzywki.
— To była moja jedyna sexy osłona — rzucił z udawaną rozpaczą. — Teraz zostało mi już tylko poczucie humoru i resztki charyzmy.
Liwia uniosła brew.
— I to, że cię kocham — dodała mimochodem z lekkim uśmiechem.
Zamilkł na moment. Spojrzał na nią inaczej — jakby jej słowa na nowo coś w nim układały.
— To wystarczy — powiedział cicho. — Nawet bardziej niż wszystko inne.
Roześmiali się cicho. W łazience, pachnącej wodą i balsamem po goleniu, nie było już śladu tamtej bezradności.
Janka i Rafał
Można by rzec, że kawa o jedenastej stała się punktem wyjścia, albo raczej przyjścia. Od tamtej pory Janka i Rafał zaczęli się spotykać. Tego wieczoru w końcu zrobiło się ciepło, jak przystało na wiosnę i Rafał wyszedł po Jankę na przystanek. Mimo, że była zmęczona po dyżurze, zgodziła się wpaść do niego. Przekupił ją ciepłą kolacją.
— Naprawdę nie powinieneś się tak forsować — stwierdziła, kiedy kuśtykał obok o kulach.
— Idę powoli, poza tym nie mogę wysiedzieć przez cały dzień w domu. No i do przystanku nie jest daleko — odparł. — Czekam, kiedy w końcu ściągną mi to usztywnienie — westchnął.
— Jak nie będziesz na siebie uważał to mogą to zrobić nieprędko — stwierdziła Janka z przekąsem.
— Nie życz mi źle — zaoponował.
— Nie życzę, po prostu się martwię. Poza tym, gdybym szła sama to już byłabym u ciebie, a tak to wleczemy się jak żółwie i jesteśmy dopiero w połowie drogi.
— Ale za to dłużej we dwoje. — Uśmiechnął się przekornie.
— W sumie to bardziej myślę teraz o kolacji.
Brutalna szczerość Janki starła mu ten uśmiech z twarzy. Widząc jego minę, kobieta parsknęła śmiechem.
— No weź, w tym wieku zmieniają się priorytety — oznajmiła. — Toaleta, jedzenie, spanie — trzy najważniejsze — potem dopiero jakieś romantyczne porywy — dodała.
Rafał w odpowiedzi tylko prychnął.
Pół godziny później siedzieli w jego salonie, już po kolacji i razem z dzieciakami oglądali film. W pokoju panowała ciepła atmosfera — dzieci ułożone były na dywanie i pufach, Janka i Rafał na kanapie, przed nimi stała miska popcornu w połowie opróżniona, a w kubkach powoli stygła herbata. W tle słychać było odgłos zmywarki pracującej w kuchni.
— No i widzicie? Mówiłam, że on nie zdąży na pociąg — rzekła Janka wskazując pilotem na ekran, gdzie bohater filmu właśnie wpadał spóźniony na peron.
— Bo jakby nie zatrzymywał się na hot-doga, to by zdążył — mruknął Krzyś z miną osoby znającej się na logice świata.
— Ale hot-dog był ważny! — zaprotestowała Lenka opierając się o poduszkę.
— No pewnie — Janka uśmiechnęła się lekko trącając Rafała lekko pod żebrami. — Po hot-dogu życie wygląda lepiej.
Przewrócił oczami z westchnieniem.
Film się skończył, ekran przygasł, a Emilia jako pierwsza podniosła się z podłogi.
— Mam sprawdzian z chemii. — Westchnęła teatralnie. — Janka, możesz mi jutro współczuć.
— Współczuję z wyprzedzeniem — odparła kobieta.
Emilka posłała jej jeszcze jeden uśmiech i zniknęła w korytarzu. Krzyś przeciągnął się jak kot i ziewnął szeroko.
— Ja też idę. — Popatrzył na ojca. — Mogę jeszcze pobawić się chwilę przed snem? — spytał.
— Kwadrans. Ale bez hałasowania. — Rafał uśmiechnął się lekko.
Krzyś pognał do pokoju, a Lenka zsunęła się z poduszki, przetarła oczy i podeszła do Janki.
— Fajnie, że przyszłaś. — Jej głos był lekko zaspany. — Możesz częściej.
— Zobaczymy, co da się zrobić — odpowiedziała Janka cicho.
Lenka objęła ją, następnie pobiegła jeszcze przytulić się do Rafała po czym zniknęła za drzwiami.
Zostali sami. Zrobiło się cicho, nawet zmywarka zakończyła swoją pracę. Światło lampki bocznej tworzyło miękkie cienie na ścianie. Janka poprawiła koc, który zsunął się jej z kolan.
— Masz fajne dzieci — powiedziała w końcu patrząc w pusty ekran. — Takie… autentyczne i rezolutne.
— A ty łapiesz z nimi dobry kontakt — odpowiedział Rafał spokojnie. — Czują się przy tobie swobodnie.
Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Nie było potrzeby. Janka powoli wypiła ostatni łyk herbaty i odstawiła kubek.
— Pasuje wracać do domu — stwierdziła. — Nie lubię chodzić po zmroku więc jakoś przebiegnę szybko ten krótki odcinek.
— Odprowadzę cię — zaproponował Rafał zbierając się z kanapy.
— Mowy nie ma! — powstrzymała go. — Z tobą będę szła trzy razy dłużej i jeszcze będę się martwić, czy nic ci się nie stało w drodze powrotnej.
— A tak to ja będę się martwił.
— Dam znać, jak dotrę do domu. Koniec dyskusji — dodała stanowczo widząc, że chce coś powiedzieć.
— Przyjdzie czas, że nie zawsze twoje będzie na wierzchu. — powiedział w końcu tonem poddania.
— Zupełnie jakby teraz było — mruknęła pod nosem Janka po czym dała mu szybkiego buziaka i podniosła się zanim zdążył ją zatrzymać.
Dogonił ją przed drzwiami wyjściowymi i sprawił, że do domu wracała z lekko rozmarzonym spojrzeniem i głupawym uśmiechem. Weszła do mieszkania i wysłała smsa: dotarłam. Po chwili przyszła odpowiedź: Mam nadzieję, że ja też. Zmarszczyła brwi. Co Ty też? — zapytała. Dotarłem — odpisał Rafał. Gdzie? — napisała. Do twojego serca. Prychnęła z niedowierzaniem, a jednocześnie poczuła ciepło w środku. Zastanowię się przy następnej kolacji — odpisała. Odpowiedzi nie było.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz