Inez, Piotr i Jacek
W piekarni panował spokojny, przedpołudniowy rytm. Zapach świeżego chleba mieszał się z aromatem cynamonu i wanilii. Klientów nie było wielu, ale ci, którzy przychodzili zabierali torby pełne wypieków. Inez stała za ladą obsługując jedną ze stałych bywalczyń, gdy od zaplecza wszedł Jacek otrzepując ręce z mąki.
— Masz chwilę? — zapytał cicho, kiedy kobieta opuściła lokal. — Muszę ci coś pokazać.
Inez spojrzała na niego z lekkim niepokojem. Podszedł do niej i położył telefon na ladzie.
— Reklama na lokalnym portalu — rzekł. — Nowi się chwalą, co będą mieć w ofercie.
Na ekranie widniał baner: „Wkrótce otwarcie! Piekarnia Naturalna — pieczywo z tradycją i smakiem, który pokochasz.”
— Piętnaście lokalizacji tylko w naszym województwie — dodał. — Mają swoje linie dostaw, reklamy w radiu, aplikacje z punktami za zakupy i kawę za złotówkę dla subskrybentów.
— Świetnie — powiedziała Inez z przekąsem. — Czyli wejdą z promocjami, rozgłosem i pewnie będą rozdawać bułki na otwarcie. A my mamy co? — zapytała gorzko, po czym sama odpowiedziała: — Jakość i lojalnych klientów. I brak budżetu na reklamy i zniżki.
Jacek wzruszył ramionami.
— Dlatego trzeba trzymać się tego, co działa — stwierdził. — Jesteśmy inni. Mniejsi, ale bardziej ludzcy. Nasze wypieki to nie mrożonki z dodatkiem polepszaczy.
— Tylko czy to wystarczy? — zapytała cicho, bardziej siebie niż jego.
Stali przez chwilę nic nie mówiąc. Za oknem widać było starszego pana, który co tydzień przychodził po swoją ulubioną chałkę. Inez patrzyła na niego, jakby szukała w tej codzienności jakiegoś punktu zaczepienia.
— Będą walczyć o rynek — powiedziała w końcu. — I pewnie zrobią to bez sentymentów. My musimy działać mądrze.
Jacek skinął głową.
— Coś wymyślimy — rzekł.
Kilka dni później, kiedy Inez i Jacek sprzątali lokal po wyjściu ostatnich klientów, do środka wpadł Piotr.
— Cześć — przywitał się. — Jadę prosto z pracy, zgarnę cię do domu — rzekł do kobiety. — Fajnie, bo jestem dzisiaj tak padnięta, że nie mam siły na powrót na nogach — odparła.
— Umyliście już ekspres? — spytał Piotr.
— Właśnie miałem się za niego zabrać — powiedział Jacek, który właśnie wszedł na salę. Podali sobie z Piotrem dłonie.
— Jeszcze mogę ci zrobić kawę — dodał. — Czarną?
Piotr skinął głową.
Inez sięgnęła po swój telefon, który właśnie zawibrował, żeby sprawdzić wiadomość. To był alert z mediów społecznościowych, że ktoś właśnie dodał nowy komentarz na ich profilu. Stuknęła w okienko i zaczęła czytać. Nagle zmarszczyła brwi. Między pochlebnymi komentarzami, które znała niemal na pamięć, pojawił się nowy wpis: „Ostatnio kupiłam rogaliki, po zjedzeniu których dostałam biegunkę. Odradzam!” I jeszcze jeden: „Obsługa opryskliwa, brak higieny przy podawaniu wypieków, pieczywo nieświeże. Nie polecam.” I kolejny: „Podobno pieką na miejscu, ale chyba z mrożonek… w dodatku widziałem myszy przy zapleczu!” Inez sprawdziła, że każdy wpis był opublikowany w ciągu ostatnich kilku dni. Poczuła, jak ściska ją w żołądku. Przeczytała każdy komentarz dwa razy po czym weszła na profile autorów. Jeden z nich nie miał żadnego zdjęcia i był podpisany nic nie znaczącym nickiem. Drugi był podpisany jako klient 127, na trzecim zamieszczone było zdjęcie awatara i ktoś podpisał się jako natalia. Nie miał żadnych polubień ani zamieszczonych postów. Pozostałe dwa też nie wyglądały na zbyt aktywne.
Zaczęła przeglądać dalej, serce biło jej szybciej. Nigdy wcześniej nie widziała takich opinii. Wiedziała, że mogą się zdarzyć pojedyncze krytyczne wpisy — ktoś miał gorszy dzień, coś mu nie smakowało — ale to? To wyglądało jak zorganizowany atak. Odłożyła telefon drżącymi dłońmi i oparła się o blat lady.
— Co się stało? — zapytał Piotr podchodząc do niej.
Inez uniosła wzrok, zmuszając się do spokoju.
— Popatrzcie — powiedziała tylko biorąc znowu telefon i pokazując mężczyznom wpisy.
Jacek wziął urządzenie, a jego czoło ściągnęło się w skupieniu.
— No nie… — mruknął po chwili. — Ktoś tu ewidentnie kombinuje. To wygląda jak fejk.
— Też tak myślę — dorzucił Piotr obejmując Inez uspokajającym gestem.
— Ale ktoś to czyta i może uwierzyć — stwierdziła Inez, a w jej głosie brzmiała mieszanka złości i bezradności. — Muszę coś z tym zrobić.
— Odpisywanie im nie ma sensu — rzekł Piotr. — Wątpię, czy ktoś korzysta z tych kont na poważnie.
— Muszę się poradzić kogoś, kto jest specjalistą od takich rzeczy — zdecydowała Inez.
Wieczorem, siedząc z Piotrem w mieszkaniu, Inez postanowiła zadzwonić do Liwii. Koleżanka nie odebrała od razu, ale oddzwoniła.
— Cześć, Inez — rzekła. — Co tam?
— Liwka, przepraszam, że zawracam wam głowę, ale potrzebuję zapytać Antka o coś związanego z marketingiem — rzekła kobieta. — Ktoś mi zrobił antyreklamę w mediach społecznościowych. I nie wygląda to na przypadkowego klienta tylko bardziej na zamierzony atak.
— Aż tak? — zdziwiła się Liwia. — Przykro mi. Wygląda na to, że będzie ostra konkurencja. My właśnie wróciliśmy ze szpitala i Antek nie czuje się teraz najlepiej — dodała.
— Rozumiem — rzekła Inez. — Może mógłby...
— Poczekaj chwilę — przerwała jej koleżanka. — Co mówisz, kochanie? — rozległo się w głośniku, ale nieco ciszej, jakby odsunęła telefon od siebie. — Inez?
— Tak?
— Daję ci Antka. Mówi, że o ile sytuacja nie wymaga przeszukiwania dokumentów i stron internetowych to może chwilę z tobą pogadać.
Po chwili Inez usłyszała głos Jaroszyńskiego. Nie pamiętała, jak brzmiał on, kiedy trafiła do jego mieszkania we Włoszech, ale na pewno był nieco mocniejszy niż teraz. Mimo to była w nim też nuta jakiejś pewności i ciepła.
— Cześć Inez, co się stało? — zapytał.
Pokrótce streściła zaistniałą sytuację. Starała się używać jak najwięcej konkretów, żeby nie przetrzymywać Antoniego dłużej niż było to konieczne.
— Klasyka czarnego PR — skonkludował, kiedy skończyła. — To może być konkurencja albo jakiś zleceniobiorca od „brudnej roboty”. Po pierwsze: nie kasuj komentarzy — to by wyglądało jak cenzura. Zrób screeny z datami i linkami. Przyda się, jeśli trzeba będzie zgłosić sprawę oficjalnie.
— Ok.
— Po drugie: napisz krótki, uprzejmy komentarz pod każdym wpisem w stylu: „Bardzo nam przykro, że mieli Państwo taką sytuację. Prosimy o kontakt mailowy, żebyśmy mogli wyjaśnić sprawę i dowiedzieć się więcej. Zależy nam na rzetelnej opinii.” To pokazuje, że nie uciekacie od odpowiedzialności i nie dajecie się wciągnąć w pyskówki.
— Brzmi sensownie — mruknęła Inez notując. — Coś jeszcze?
— W tym samym czasie uruchom pozytywny kontratak. Poproś kilku lojalnych klientów, którzy was znają i lubią, żeby zostawili autentyczne, życzliwe opinie. Możesz dorzucić im coś ekstra do zakupów.
— Myślisz, że to wystarczy?
— To dopiero początek. W międzyczasie możesz też opublikować post z nutą humoru, np. zdjęcie jakiegoś uroczego wypieku z podpisem: „Nie jesteśmy idealni, ale pieczemy z serca i mąki — nie z mrożonki :)” Ludzie lubią, gdy ktoś ma dystans i nie reaguje paniką. Wasza jakość obroni się, jeśli tylko nie dacie się zastraszyć. A gdyby sytuacja się zaostrzyła — zgłoś ich administracji platformy jako spamerów lub fałszywe konta. Można ich też „zdjąć” przez dział wsparcia reklamodawcy. Na razie tyle powinno wystarczyć. Muszę kończyć, jak będę czuł się lepiej to jeszcze coś wspólnie wymyślimy.
Faktycznie głos Antka był teraz nieco słabszy niż na początku rozmowy.
— Dzięki — powiedziała Inez. — Naprawdę. Nawet nie wiesz, jak bardzo mi to pomogło.
— Spokojnie — jesteście dobrzy w tym, co robicie — odparł. — Niech to teraz zobaczy więcej ludzi. Na razie.
Rozłączył się. Inez spojrzał na Piotra i uniosła brwi.
— No to plan mamy. Będzie dobrze.
— Będzie — odparł, dotykając delikatnie jej dłoni.
Liwia i Antek
Kiedy minął kolejny cykl chemii, nadszedł ten tydzień, w którym Antkowi nie chciało się żyć. Ale jakoś trwał. W poniedziałek nie działo się nic, co byłoby odstępstwem od „normy”. Od rana czuł się zgaszony i ospały, bez energii do czegokolwiek. Cały dzień spędził w łóżku. Liwia zadzwoniła do niego w przerwie pomiędzy swoimi zajęciami, ale nie miał siły, żeby z nią rozmawiać. Nie naciskała. Wiedziała, że to kolejny dzień w trybie przetrwania. Odłożył telefon i zasnął. Jakiś czas później, ojciec wszedł do jego pokoju, żeby podać mu herbatę i zauważył, że Antek drży pod kocem. Kiedy podszedł bliżej zobaczył, że syn jest rozpalony i spocony. Zawołał żonę i spróbował go obudzić. Antek otworzył oczy, ale jego spojrzenie było mętne. Pani Anna, która właśnie weszła do pokoju podeszła do łóżka i pochyliła się nad nim.
— Co się dzieje? — spytała.
— Zimno mi… źle się czuję… — szepnął Antek. — A gdzie mój telefon? — zapytał rozglądając się dookoła niespokojnie. — Muszę zadzwonić do Michała, żeby zastąpił mnie na spotkaniu.
Jego rodziców zmroziło. Żadnego spotkania nie było. Antek miał zwolnienie. Jego matka przyniosła termometr, żeby zmierzyć mu gorączkę. Prawie trzydzieści dziewięć stopni. Wiedziała, co to oznacza. Działali z ojcem błyskawicznie. Najpierw zadzwonili do jego lekarki, że za chwilę przyjadą z nim do szpitala. Potem razem jakoś sprowadzili go do samochodu.
Kinga, która tego wieczoru miała dyżur, już czekała na nich. Kiedy zabrali Antka na oddział był już prawie nieprzytomny. Personel działał błyskawicznie. Kroplówka z antybiotykiem, badania i zastosowanie najwyższego reżimu sanitarnego w postaci izolacji. Każdy wirus, każda bakteria była teraz niebezpieczna, bo odporność pacjenta była na poziomie niemal zerowym. Pozostało czekać, czy organizm zareaguje na podjęte leczenie i czy poradzi sobie z infekcją.
Ojciec Antka zadzwonił do Liwii. Poinformował też córki. One przyjechały pierwsze, a kilka minut później przybyła też Liwka.
— Czekamy — powiedział pan Jaroszyński obejmując żonę, która siedziała ze łzami w oczach.
Wszyscy wysyłali smsy do tych, którzy wiedzieli o chorobie Antka z prośbą o modlitwę. Janka, która też miała dyżur tej nocy, urwała się na chwilę ze swojego oddziału i przyszła, żeby wesprzeć koleżankę. Inez wysłała słowa otuchy. Michał zadzwonił, żeby powiedzieć, że cała firma jest z nimi duchem.
Kinga wyszła do nich jakieś dwadzieścia minut później.
— Jest ciężko — powiedziała bez owijania w bawełnę. — Ale walczy. Czekamy na wyniki badań, żeby dać bardziej trafiony antybiotyk. Musimy uzbroić się teraz w cierpliwość. W sumie nie wiem, czy jest sens, żebyście tutaj siedzieli. Na pewno dzisiaj nie będzie możliwości zobaczenia go.
— Czy… czy coś może pójść nie tak? — spytała pani Jaroszyńska.
— Zawsze istnieje ryzyko — odparła Kinga.
— Więc zostajemy tutaj — zdecydowała kobieta.
Kinga skinęła głową. Liwia podeszła do niej i wzięła ją na stronę.
— Czy Antek jest przytomny? — zapytała.
Lekarka pokręciła głową.
— Na razie nie — odparła.
— Kiedy odzyska chociaż mimimum świadomości, powiedz mu, że jesteśmy tutaj i że go kochamy — poprosiła Liwka.
Kinga ścisnęła ją za rękę.
— Powiem — obiecała i wróciła na oddział.
Leżał i czuł, że nie może się ruszyć. Gdzieś w przebłyskach świadomości docierało do niego jakieś zimne, rozproszone światło i rytmiczny dźwięk pikania. Było mu na zmianę raz zimno, raz gorąco. W skroniach coś boleśnie pulsowało. Usta zdawały się wysuszone na wiór, ale nie miał nawet siły powiedzieć, że chce mu się pić. Nie wiedział, co się z nim dzieje. Chciał zasnąć i przestać się bać, ale te wszystkie dziwne dźwięki z otoczenia nie dawały mu spokoju. Po chwili usłyszał jakiś głos, który wołał go po imieniu. Dlaczego? Ciągle coś przeszkadzało mu w spaniu. Skrzywił się.
— Antek… słyszysz mnie? — dotarło do niego w końcu.
Zamrugał, ale światło było zbyt ostre, żeby chciało mu się otworzyć oczy. Od razu poczuł ostry ból w głowie.
— Spokojnie, jesteś w szpitalu. Walczysz z infekcją. Ale jesteś bezpieczny, słyszysz? Jesteśmy przy tobie.
„Bezpieczny”? Uczepił się tego słowa i odpłynął.
Kinga stała obok łóżka, w ochronnym fartuchu, rękawiczkach i maseczce. W lewej dłoni trzymała tablet z wynikami. Minęła doba, odkąd Antek trafił do szpitala. Przerzucała palcem nowe dane z laboratorium. Było nieco lepiej, ale to jeszcze nie mogli odetchnąć z ulgą. Walka trwała nadal. Widziała, że Antek na chwilę odzyskał świadomość, ale teraz znowu zasnął. Sen działał regeneracyjnie. Pochyliła się nad nim i zwilżyła mu wodą spierzchnięte usta. Oblizał wargi, może nawet podświadomie.
— Twoja rodzina czeka na ciebie — powiedziała. — I Liwia. Kazała ci przekazać, że cię kochają.
Z początku nie była pewna, czy ją usłyszał, ale po chwili zauważyła, że jego twarz nieco się rozjaśniła i zniknęło z niej trochę napięcia. Uśmiechnęła się. Wiedziała, że Antek się nie podda. Pozostało tylko czekać.
Minęła druga doba. W ciągu dnia Liwia jakoś funkcjonowała skupiając się na pracy, teraz przyjechała do szpitala. Rodzice Antka pojechali do domu, żeby chwilę odpocząć. Kinga mówiła, że wyniki dają nadzieję, ale jeszcze nie nastąpił moment przełomowy. Nie chcąc siedzieć bezczynnie, Liwka postanowiła zejść do kaplicy. W środku nie było nikogo. Tylko boczne kinkiety dawały lekkie światło tworząc półmrok. Poczuła kojącą atmosferę tego miejsca. Dopiero teraz mogła dać upust wszystkim emocjom. Kiedy uklęknęła w ławce i zaczęła się modlić poczuła, jak łzy płyną jej po twarzy. To była jedna z tych chwil, przed którymi ostrzegał ją Antek, kiedy oznajmiła, że chce z nim być. To, czego oboje się bali. Ale mimo to, bez względu na to, co mogło się wydarzyć, nie żałowała swojej decyzji. Teraz prosiła, żeby Antek miał siłę do dalszej walki. Oparła głowę na rękach i zamknęła oczy. Była wyczerpana. Musiała przysnąć, bo kiedy poczuła, że w kieszeni wibruje jej telefon, przez chwilę była zdezorientowana. Zobaczyła na wyświetlaczu imię Kingi. Wyszła szybko z kaplicy i odebrała połączenie.
— Liwia? — głos po drugiej stronie był cichy, ale inny niż wcześniej. — Jest lepiej. Parametry zaczynają się podnosić. Gorączka spadła. Przebudził się.
— Boże… — wyszeptała Liwka z dłonią na ustach. — Naprawdę?
— Tak. Ustabilizował się. Nadal jest bardzo słaby, ale walka idzie w dobrą stronę. Możesz wejść do niego na chwilę.
Liwia pokonywała korytarz, jakby ktoś doczepił jej skrzydła. Nie mogła biec, bo w szpitalu obowiązywały przepisy, ale niemal unosiła się nad ziemią. Kinga czekała na nią przed drzwiami izolatki. Pomogła jej założyć fartuch, maseczkę i rękawiczki.
— Minuta, góra dwie — powiedziała. — Dopiero wraca do siebie i potrzebuje odpoczynku. Ale pytał o ciebie — dodała z uśmiechem.
Drzwi otworzyły się bezgłośnie i Liwia weszła do środka. Antek leżał spokojnie, blady, z zamkniętymi oczami. Jego twarz i ciało zdawało się być jeszcze bardziej wychudzone po tych dwóch dniach. Podłączony pod kroplówki, z rurką tlenową pod nosem wyglądał krucho i delikatnie. Ale monitor pokazywał, że jego serce bije rytmicznie, a organizm zaczyna funkcjonować w miarę normalnie. Liwka chciała się trzymać, ale łzy same cisnęły się jej do oczu. Zamrugała i pociągnęła nosem.
— Kocham cię — dobiegło do niej bardzo ciche wyznanie.
W pierwszej chwili wydawało się jej, że usłyszała to w swojej głowie, ale kiedy spojrzała na Antka, zobaczyła, że patrzy na nią przytomnie tymi swoimi ciepłymi, brązowymi oczami, w których czaił się lekki uśmiech.
Podeszła bliżej i zatrzymała się przy łóżku.
— Nigdy tak się nie bałam — powiedziała.
— Ja też — odparł zachrypniętym głosem. — Ale... nie pozbędziesz... się mnie... Tak łatwo... — dodał.
— Głupek — mruknęła z czułością. — Nawet teraz trzymają się ciebie żarty.
— Bo nie mogę... przytulić... — szepnął i zamknął oczy.
— Liwia... — dobiegł do niej głos Kingi od strony drzwi. — Na dzisiaj tyle.
— Przytulisz mnie już niedługo — rzekła Liwka do Antka. — Na razie nabieraj sił.
Odwróciła się i wyszła z sali.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz