poniedziałek, 8 września 2025

Rozdział 34

Inez i Piotr 

Kiedy Inez, po przyjeździe do domu, weszła do przedpokoju rzuciła spojrzenie w lustro. Jej sukienka, która tak bardzo spodobała się jej w sklepie, teraz wyglądała jak strzępek materiału. Całe prawe udo było odsłonięte. Nawet gdyby chciała to jakoś uratować to musiałaby chyba zrobić bardzo krótką spódniczkę mini. Postanowiła zapytać krawcową, czy uda się uratować chociaż górę. 

Piotr wszedł za nią, zamknął drzwi i ostrożnie odwiesił klucze na haczyk. 

— Przynajmniej nie trzeba jej będzie prać — odezwał się po chwili. 

— O, błagam! 

Inez zrzuciła buty i poszła do kuchni odstawić swoje tobołki. 

— Ten żart zdecydowanie ci nie wyszedł — dorzuciła z wewnątrz pomieszczenia. 

Piotr umył ręce w łazience i przyszedł za nią. 

— Stało się — rzekł łagodnie. — Nie dobieraj sobie do głowy, że tylko tobie się przytrafiają takie rzeczy — dodał. 

Inez westchnęła, po czym wyciągnęła dwa kubki z szafki. 

— Napijesz się herbaty? — spytała. 

— Chętnie — odrzekł. 

Wsypała listki do czajniczka, a on włączył czajnik z wodą. 

Kilka minut później usiedli na kanapie w salonie. Inez otuliła się cienkim pledem. Przez chwilę popijali herbatę w milczeniu.  

— Ale spotkanie się udało — odezwał się w końcu Piotr. — A twoje wypieki rozeszły się w mgnieniu oka. 

— Coś mi wychodzi — mruknęła kobieta z lekką nutą sarkazmu. 

— Nie coś. Wiele rzeczy. — poprawił ją stanowczo — A kiedy zabierzemy się za porządną reklamę twojej piekarni, to zacznie ci też wychodzić na nowo przyciąganie klientów. 

Inez uniosła lekko brwi, jakby chciała zaprotestować, ale po chwili tylko westchnęła i odłożyła kubek na stół. Przesunęła się bliżej Piotra i przytuliła się do jego ramienia. 

— Dzisiaj poczułam, że nie jestem z tym sama — powiedziała cicho. — Kiedy wiem, że na mój projekt rzuci okiem ktoś, kto zna się na rzeczy, czuję się spokojniejsza. 

— Właśnie na tym polega przyjaźń. Pomagamy sobie wzajemnie i dzielimy się swoimi umiejętnościami — podsumował Piotr. 

Ku jego zaskoczeniu, kobieta zaśmiała się i wtuliła się w niego mocniej. Objął ją ramieniem i spojrzał na nią czule. 

— Pojedziesz ze mną poszukać nowej sukienki? — zapytała nagle. 

— Teraz może być ciężko — zażartował spoglądając na zegarek. 

— Jutro? 

— Jutro jest niedziela — przypomniał. 

— Fakt. W poniedziałek. 

— Dobrze, kochanie. Po pracy — zgodził się głaszcząc ją po ramieniu.  

— Mamy jakieś trzy tygodnie — rzekła nagle, jakby przypomniała sobie o czymś istotnym.  

— Żeby kupić sukienkę? — zapytał zdziwiony. 

— Nie, żeby przygotować wszystko w związku z promocją piekarni — powiedziała. — Później Antek będzie już niedostępny. 

— Damy radę — zapewnił. — Z jego pomocą przygotujemy część merytoryczną, a z nagrywaniem filmów poradzimy sobie sami. 

— Piotr — podniosła się i spojrzała na niego uważnie. — A jeśli to nic nie da? — spytała. — Jeśli konkurencja okaże się silniejsza i nie będę w stanie utrzymać lokalu? 

Piotr zamilkł na chwilę, patrząc przed siebie. Potem przenió wzrok z powrotem na nią. 

— Najpierw powalczmy — rzekł spokojnie. — O poddaniu się będziemy rozmawiać wtedy, kiedy wszystkie wyczerpiemy wszystkie możliwości. Nie ma co z góry zakładać porażki. 

— Dobrze, że cię mam — stwierdziła Inez z westchnieniem z powrotem wtulając się w jego ramiona. — Działasz na mnie uspokajająco. 

Parsknął śmiechem. 

— Nie wiem, czy dobrze nam to wróży na przyszłość — stwierdził. 

— Dlaczego? — zapytała. 

— Bo jak cię uspokoję za bardzo to może być nudno. 

Inez zachichotała a potem pocałowała go, krótko. Po chwili wstała. On również się podniósł. Inez podeszła z nim do drzwi. Zatrzymał się i spojrzał jej w oczy. 

— Jesteś dla mnie ważna — powiedział cicho. — Nie pozwolę, żebyś została bez piekarni. I bez sukienki — dodał uśmiechając się. 

Nachylił się i pocałował ją lekko w czoło. 

— Dobranoc, Inez. 

— Dobranoc, Piotr. 

Kiedy wyszedł, zamknęła za nim drzwi i oparła się o nie zamyślając się na chwilę. 

Miniony dzień przyniósł jej wiele dobrego. Może straciła połowę ulubionej kiecki, ale zyskała nadzieję i poczucie, że nie zostaje z niczym sama. 

 

Liwia i Antek 

Niedzielny poranek dla Liwii i Antka rozpoczął w kościele. Kobieta została na noc u Jaroszyńskich i dzisiaj część dnia zamierzali spędzić razem. Po mszy, trzymając się za ręce, wolnym krokiem zmierzali do samochodu. 

— Antoś! — rozległ się znajomy głos za nimi. 

Pani Kazia dopadła ich na ostatnich metrach trasy. Antek rzucił Liwce znaczące spojrzenie i oboje odwrócili się w stronę znajomej. Tego dnia nie miała na sobie płaszcza, ale fioletowy kostium, który z pewnością pamiętał czasy, kiedy Antek chodził do przedszkola. 

— No proszę, jednak razem! — zawołała z uśmiechem wznosząc do góry ręce jakby w geście dziękczynienia. Omal nie uderzyła przy tym Liwii sporej wielkości torebką, którą miała zawieszoną na nadgarstku. — Zatem kawa posmakowała i chłopak się spodobał — stwierdziła. — A już myślałam, że nic z tego nie wyszło, bo nie było was widać razem. 

— Dzień dobry, pani Kaziu — odpowiedziała Liwia nieco rozbawiona tym powitaniem. — Jesteśmy razem tylko nie rozgłaszamy tego — dodała. 

— Ech, teraz to wszystko takie dyskretne — rzekła pani Kazia z lekką naganą w głosie. — Kiedyś to się wiedziało, kto z kim i dlaczego. A teraz? Człowiek sam musi się domyślać. — Spojrzała na Antka badawczo. — Antoś, ty taki chudziutki — cmoknęła ze współczuciem. — Ale oczy ci radośnie błyszczą. Lepiej z tobą? 

— Powoli wracam do siebie — odpowiedział mężczyzna z uśmiechem. — Jeszcze trochę i będę w formie. 

— Tylko nie szarżuj. Zdrowie to nie młotek, jak się raz przywali, to długo dźwięczy. 

Liwia spuściła głowę, żeby ukryć uśmiech. 

— Złota myśl — przyznał Antek zachowując kamienną twarz. — Zapamiętam. 

— A pani, pani Liwio… — pani Kazia przeniosła wzrok na kobietę, która spojrzała na nią — to musi być takim aniołem. Nie każdy dałby radę w tej sytuacji. Szczęście, że Antoś trafił na kogoś z sercem, nie tylko z urodą. 

Liwia uśmiechnęła się lekko zawstydzona takim komplementem, a Antek spojrzał na nią z czułością. 

— Mam szczęście, to prawda — powiedział cicho. 

— No, tylko niech pani za niego nie oddycha i nie myśli, bo chłop jak się przyzwyczai, to potem nie wie, jak się herbatę samemu robi — rzuciła pani Kazia, ale zaraz dodała łagodniej: — Tylko wiecie, że ja tak z troski. Bo ja już swoje przeżyłam, to serce mam miękkie na takich jak wy. 

— Wiemy, pani Kaziu. I bardzo to doceniamy — odparła Liwia z uśmiechem. 

Kobieta pokiwała głową z zadowoleniem. 

— No dobrze. To już mogę spokojnie wrócić do domu. Wiem, że wszystko idzie, jak trzeba. 

Przyjrzała im się jeszcze raz, jakby chciała sprawdzić, czy nie udają. 

— Tylko Antoś… jak ty tą piękną i dobrą dziewczynę wystrychniesz na dudka, to cię znajdę i spuszczę manto. 

— Nie odważę się — zapewnił Antek solennie. 

— No, to z Bogiem. Jedźcie, bo jeszcze plotki zaczną się same pisać. 

Ruszyła w stronę pobliskiej furtki, z energią, która mogłaby oświetlić pół wsi, a oni stali jeszcze chwilę z rozbawionymi minami. W końcu wsiedli do samochodu. 

— Może trzeba jej wysłać oficjalny biuletyn z naszym statusem — mruknął Antek. 

— Tylko bez opcji komentowania — odparła Liwia uruchamiając silnik. — Moglibyśmy nie znieść tego nerwowo. 

Oboje się zaśmiali. Liwka wyjechała z parkingu i ruszyli w stronę domu. 

— Jak to było z tym młotkiem? — zapytał nagle Antek. — Życie to nie młotek? 

— Zdrowie — poprawiła go. 

— Zdrowie to nie młotek… cokolwiek autor miał na myśli… 

— Myślę, że sam nie wiedział. 

 

W porze obiadowej do domu przyjechała druga córka państwa Jaroszyńskich ze swoją rodziną. Kacper i Klara przywieźli nowy zestaw klocków, który rozłożyli na stoliku i zaczęli tworzyć nowe budowle. Antek dosiadł się do nich. Dawno nie spędzał czasu z dzieciakami. Teraz, kiedy był w znośnej formie, miał okazję choć trochę to nadrobić. 

Kiedy wszyscy przenieśli się na taras, żeby zjeść wspólnie posiłek, Klara przysiadła się do Liwii i zaczęła bawić się jej bransoletką oglądając ostrożnie serduszko. Kobieta uśmiechnęła się do dziewczynki i odgarnęła jej jasne włosy z czoła. 

— Ciociu, a ty zostaniesz tu na zawsze? — zapytała nagle pięciolatka nie patrząc na nikogo, jakby mówiła do bransoletki. 

Liwia, zaskoczona, uniosła brwi, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, wtrącił się Kacper. 

— No, bo przecież wujek się zakochał — oznajmił tonem, jakby właśnie wyłożył definicję fizyki kwantowej. — A skoro tak, to powinien się ożenić. Wtedy ciocia będzie mogła zostać z nami na zawsze. 

Głosy przy stole przycichły. Klara klasnęła w ręce z triumfem. 

— Tak! — zawołała z entuzjazmem. — Wujek powinien się ożenić! Wtedy będzie szczęśliwy i na pewno szybciej wyzdrowieje — dodała. 

Liwia poczuła, że ściska ją w gardle. Dzieci zawsze miały taki prosty sposób patrzenia na wszystko. Gdyby faktycznie w życiu tak było…  

Spojrzała na Antka. Widziała, że na jego twarzy też odbiła się cała gama różnych emocji. Jego siostra, Zofia, chciała coś wtrącić, ale dał jej znać, że sam sobie da radę. Uśmiechnął się lekko i spojrzał najpierw na Klarę, a potem na Kacpra. 

— Faktycznie, — powiedział — kiedy jestem szczęśliwy, to lepiej się czuję. A wiecie, kiedy tak się dzieje? 

Klara i Kacper pokręcili głowami wpatrując się w niego z powagą. 

— Kiedy jesteśmy razem — rzekł. — Jak dziś. Jemy wspólnie obiad ugotowany przez babcię, rozmawiamy, śmiejemy się, Klara opowiada o przedszkolu, a Kacper pokazuje nowe ludziki z klocków. 

Teraz cała rodzina wpatrywała się w niego. Zdawało się, że wzruszenie ogarnia każdego. Jednocześnie czekali w napięciu, jak wybrnie z tematu związanego ze ślubem. 

— Ślub to coś bardzo ważnego i pięknego — kontynuował spokojnie. — Ale najpierw trzeba się dobrze poznać nawzajem. I dać czas sercu. Tak, jak w waszych bajkach — zanim książę się ożeni z księżniczką, musi najpierw ją uratować, prawda? 

— Albo pokonać smoka — dodał Kacper, coraz bardziej ożywiony. 

— No właśnie — potwierdził Antek z uśmiechem. — A ja teraz właśnie jestem w trakcie pokonywania swojego smoka. A ciocia Liwia jest taką bardziej współczesną księżniczką i pomaga mi z nim walczyć. To jest dla mnie teraz najważniejsze — podsumował. 

Zofia uśmiechnęła się lekko do niego, a dzieci pokiwały głowami, zadowolone z odpowiedzi, która — choć nie była do końca tym, czego się spodziewały — brzmiała wystarczająco romantycznie. 

Klara wtuliła się jeszcze w Liwię. 

— Ale ty i jak już jesteś naszą ciocią — rzekła cichutko. 

Kobieta poczuła, że jej oczy lekko się zaszkliły. 

Reszta obiadu mijała w atmosferze pełnej ciepła i wzajemnego zrozumienia. Rozmowa z dziećmi sprawiła, że przy stole wytworzyła się większa życzliwość i bliskość. Zrobiło się radośniej. Nikt już nie wracał do tematu ślubu, ale coś się zmieniło. Każdy zrozumiał, że związek Antka i Liwii, choć jeszcze nieformalny, staje się coraz trwalszy. Dla rodziny najważniejsze stało się teraz jedno — wspólnymi siłami pokonać smoka. 

 

Wieczorem, kiedy w domu zostali już tylko jego stali mieszkańcy, Antek zmęczony, położył się na chwilę na kanapie i przymknął oczy. Rodzice oglądali coś w telewizji, ale on odpłynął we własne myśli. W pewnym momencie poczuł, że coś ciepłego mości się obok jego nogi. Otworzył oczy i ujrzał Pusię — kotkę mamy — wygodnie ułożoną na kocu przy jego udzie. Wydawała się teraz wyjątkowo spokojna, prawie jakby czuła, że ma wspierać, a nie dokuczać. Po chwili usłyszał jej charakterystyczne mruczenie. W tym samym momencie pani Anna odwróciła się, żeby zwrócić uwagę syna, na coś, co właśnie pokazywali w telewizji. I stało się coś zaskakującego. Pusia podniosła się, zjeżyła sierść i fuknęła na jego mamę. Oboje spojrzeli na nią zaskoczeni. Kotka, która była niemal jak mały tyran, teraz była „strażniczką” Antka. Po chwili ziewnęła szeroko, po czym ponownie wtuliła się w jego nogi mrucząc głośno. Pochylił się i podrapał ją za uchem. Spojrzała na niego leniwie i z powrotem przymknęła powieki. 

— Ciekawe, czy ona rozumie, co się dzieje... — zastanowiło go. 

— Na pewno — odpowiedziała mama obserwując tę niecodzienną relację. — I choć nie zawsze była grzeczna, to widać, że teraz dba o ciebie na swój sposób. 

Antek zamknął oczy i nadal miziając kotkę, która przeniosła się nieco bliżej jego ręki, odpłynął w lekką drzemkę. Jego mama uśmiechnęła się. Najwyraźniej Pusia, jako domownik, postanowiła dołączyć do walczących ze smokiem. 

 

Janka i Rafał 

Kilka dni później, Janka przed nocnym dyżurem w szpitalu wpadła na kawę do Rafała. Siedzieli w kuchni przegryzając ją liofilizowanymi owocami oblanymi mleczną czekoladą i rozmawiając na luźne tematy. Nagle drzwi wejściowe od mieszkania otworzyły się, a następnie zamknęły z hukiem. Emilia jak wicher przeleciała przez przedpokój bez jakiegokolwiek słowa przywitania i wpadła prosto do swojej sypialni. Kolejne drzwi łupnęły tak, że aż zadrżała szyba. 

— No, chyba sobie żartuje — mruknął Rafał z irytacją po czym podniósł się z krzesła i chwycił kule. 

— Poczekaj — zatrzymała go Janka zanim zdążył zrobić krok. — Czuję, że to może chodzić o Marcela. Dajmy jej chwilę. 

— Za chwilę mogę mieć zdemolowane mieszkanie — burknął robiąc krok w stronę wyjścia z kuchni. 

Rafał, jeśli wejdziesz teraz do jej pokoju, to i tak niczego się nie dowiesz rzekła Janka. 

Mężczyzna skrzywił się. 

— A od kiedy ty się taka specjalistka od nastolatek zrobiłaś, co? — zapytał z przekąsem, choć w jego głosie było też coś żartobliwego. 

Janka spojrzała na niego z miną mówiącą, że nie sprowokuje jej. 

— Od kiedy sama nią byłam — odparła spokojnie. 

— Ale ja znam moją córkę… zaczął, jakby chciał przypomnieć jej, gdzie jest jego miejsce w tej relacji. 

— Nie wątpię, ale jeszcze nie miałeś z nią do czynienia w momencie, kiedy doświadcza zawodu ze strony swojego chłopaka. 

— A jaką masz pewność, że chodzi właśnie o niego? 

To jest to coś, co my kobiety nazywamy intuicją. 

Rafał prychnął ze złością. 

— Proszę cię — rzekł. — Kobieca intuicja versus osiemnaście lat doświadczenia rodzicielskiego stwierdził z pewnością siebie. 

— Twoje osiemnaście lat doświadczenia najlepiej dało się poznać, kiedy byliśmy na wsi wbiła mu lekko szpilę. 

Przeginasz — rzucił, ale w sumie bardziej dla zachowania pozorów, że to on tutaj jest panem sytuacji. 

— Może. Ale przynajmniej nie udaję, że zawsze wiem lepiej. 

Zapanowała chwila ciszy. Rafał odsunął się od drzwi i wrócił do stołu, opierając kule o krzesło. Przez chwilę po prostu siedział. 

— Martwię się o nią — powiedział w końcu cicho, już bez złości. 

— Wiem — odpowiedziała Janka. — Ja też. 

Złapała go za dłoń. 

Ale ona sama do ciebie przyjdzie dodała. 

Rafał przykrył jej rękę swoją i spojrzał na Jankę uważnie. 

Zapomniałem już jak to jest dzielić takie chwile z drugą osobą wyznał. Kiedy nie musi się wszystkiego ogarniać w pojedynkę. 

Uśmiechnęła się. 

Może dzięki mnie powoli sobie to przypomniszodparła. 

Nie zdążyli powiedzieć nic więcej, bo w tym momencie Emilka weszła do kuchni i zapominając o swoim wieku, usiadła ojcu na kolanach przytulając się do niego mocno. 

Faceci są beznadziejni mruknęła pociągając głośno nosem. 

Rafał delikatnie pogładził córkę po plecach, nie mówiąc ani słowa. Czuł, jak drżała – nie szlochała już, ale wciąż była napięta jak struna. Janka wstała cicho, wyjęła z szafki kubek i nalała do niego wody z dzbanka stojącego na kuchennym blacie. 

Emilka podniosła głowę przecierając oczy rękawem bluzy. 

— Przepraszam za ten huk — powiedziała cicho. — Po prostu... musiałam czymś trzasnąć. 

— Czasem trzeba — odparł Rafał łagodnie. — Ale następnym razem wybierz coś, co nie ma szyb, okej? 

Emilia parsknęła przez łzy krótkim śmiechem. 

— Okej. 

Janka uśmiechnęła się i usiadła z powrotem. 

— To jak? Mam wyjąć czekoladowe liofilizaty także dla ciebie? — zapytała. 

Emilka spojrzała na nią z wdzięcznością. 

Poproszę — odparła z lekkim uśmiechem. 

Rafał i Janka wymienili spojrzenie. Na razie to wystarczyło. Potem przyjdzie czas na rozmowę. 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rozdział 46

Inez, Piotr i Jacek     Kilka dni później, w ciepłe letnie popołudnie , Inez z Piotrem i Jackiem wybrali się do budynku na Starym Mieście. ...