Emilia i Marcel
Po skończonych lekcjach, Marcel podszedł do Emilii.
— Możemy pogadać? — zapytał.
Dziewczyna spojrzała na niego uważnie i skinęła głową. Poczuła przyjemne zaskoczenie, że on pierwszy wyszedł z inicjatywą, ale też lekki stres, jak się skończy ta rozmowa. Niemniej chciała mieć ją już za sobą. Będzie co ma być. Albo on zrozumie i się pogodzą, albo ich drogi rozejdą się. Chociaż ta opcja wcale się jej nie podobała.
Ruszyli razem w stronę pobliskiego parku. Szli równym krokiem, nie spiesząc się, nie rozmawiając. Dopiero, kiedy znaleźli się w mało uczęszczanej alejce, Marcel odezwał się pierwszy.
— Dzięki, że się zgodziłaś — rzekł.
— Uznałam, że lepiej pogadać niż się męczyć — mruknęła Emilka.
Marcel spuścił głowę.
— Jesteś jeszcze zła? — zapytał.
— Już chyba nie — odparła z lekkim zawahaniem. — Bardziej zawiedziona.
— Nie chciałem, żeby tak wyszło — zaczął w końcu. — W sensie… serio myślałem, że robię coś fajnego. Że jak wyślę to opowiadanie, to będzie sztos. W ogóle nie pomyślałem, że cię to wkurzy.
— Nie wkurzyło mnie opowiadanie w konkursie — odpowiedziała Emilia. — Tylko to, że zrobiłeś to za moimi plecami. Bez pytania.
— Wiem. Sigma move to to nie było — przyznał, przeczesując ręką włosy. — Głupio wyszło. Chciałem ci pokazać, że wierzę w ciebie bardziej niż ty sama. Ale przegiąłem.
Spojrzała na niego, wreszcie łagodniej.
— To było trochę sweet… w teorii — przyznała. — Ale też totalnie nie ogarnąłeś, że ja mam prawo do swojej prywatności. I że to, że coś umiem, nie znaczy, że muszę to zaraz wystawiać na widok wszystkich — dodała.
— Masz rację — powiedział. — Serio, ogarnąłem to dopiero, jak się wkurzyłaś. I… chyba też trochę spanikowałem, że jak się pokłócimy, to będzie rip.
Emilia uniosła brew.
— Rip?
— No wiesz, że będzie koniec — wyjaśnił. — Że mnie skreślisz.
— Może byłoby łatwiej, gdybyś po prostu pogadał ze mną wcześniej.
— Następnym razem ogarnę to lepiej. Obiecuję. Będę pytał, zanim coś zrobię. I serio, jak nie chcesz, żeby to opowiadanie było publikowane, to mogę napisać do nauczycielki, żeby je wycofała.
— Nie — pokręciła głową. — Już poszło. Zobaczymy, co będzie. Ale nie chcę, żebyś więcej decydował za mnie, okej?
— Okej.
Emilia zrobiła krok w jego stronę i szturchnęła go lekko ramieniem.
— A teraz kup mi lody — powiedziała. — Należy mi się coś słodkiego po tych wszystkich emocjach.
Marcel zaśmiał się.
— Masz rację. Lody leczą duszę. Tylko błagam, nie bierz trzech smaków naraz jak ostatnio, bo potem pół mi oddajesz.
— Ej, to był test — zaoponowała Emilia. — Musiałam się upewnić, który mi pasuje.
— Jasne — odparł. — A potem zjadałaś mój.
Emilia parsknęła śmiechem.
— Nie pyskuj — zażartowała, trącając go. — Jeszcze nie odkupiłeś w pełni swoich win.
Złapał ją w talii i przyciągnął do siebie. Ruszyli razem w stronę budki z lodami, krok w krok. Już z większym luzem, przekomarzając się dalej, ale jednocześnie bogatsi w nową wiedzę o sobie nawzajem i o byciu razem.
Inez i Piotr
Po południu, kiedy ostatni klient opuścił piekarnię, Inez zamknęła drzwi i przeszła na zaplecze, gdzie Piotr rozstawił już wszystkie sprzęty potrzebne do nakręcenia filmu. Jacek wyłożył na blat potrzebne do wypieków produkty i nieco rozbawiony spojrzał na szefową.
— Gotowa? — zapytał.
Piotr stojący za statywem z aparatem uśmiechnął się szeroko. Inez spojrzała na jednego i drugiego.
— Nie — odparła, stając za stołem po czym szybko się wycofała. — Co ja sobie w ogóle myślałam? — jęknęła. — Że będę piekła i mówiła do kamery jednocześnie? Przecież ja się jąkam, jak ktoś patrzy, jak smaruję chleb masłem.
— Po pierwsze — zaczął Piotr, ustawiając ostrość — nikt nie patrzy, tylko my trzej. Po drugie, jeśli będziesz się jąkać, to zrób to z wdziękiem. Będzie autentycznie.
Zdążył się uchylić przed lecącą w jego stronę ściereczką.
— Przestań! — fuknęła Inez, choć uśmiech już jej się czaił w kąciku ust.
— Dobra, nagrywamy testowo — powiedział Piotr, wciskając przycisk „start”. — Mów do mnie, nie do kamery.
— Cześć, nazywam się Inez i... i... — zająknęła się. — I z radością witam was w mojej piekarni, gdzie... pieczemy... znaczy ja piekę... dobra, jeszcze raz! — poddała się widząc jak Jacek i Andrzej cicho chichoczą w kącie.
Piotr podniósł ręce w geście pokoju.
— Spokojnie. Mamy czas. Oddychaj. Może jednak wyobraź sobie, że opowiadasz to Jance.
— Janka się nie śmieje, kiedy zapomnę słowa.
— To się wytnie, więc nikt się nie dowie.
Uśmiechnął się zachęcająco.
Zaczęli nagrywać ponownie. Tym razem szło lepiej — aż do momentu, gdy Inez sięgnęła po miskę z drożdżowym zaczynem i... upuściła ją na blat. Najpierw był zgrzyt metalu uderzanego o metal. A potem ciasto wylało się płynąc wolno w stronę kantu stołu, a następnie ściekając na podłogę. Mężczyźni parsknęli śmiechem. Zgromiła ich wzrokiem.
— Tak powstają rogaliki — skomentował Jacek. — Z pasją i energią — dodał wywołując jeszcze większy śmiech na sali.
— Andrzej, przygotuj mi nowy zaczyn — poprosiła Inez. — Ja to posprzątam, bo w następnym ujęciu mogę mieć poślizg za stołem.
Jacek, nie przestając się śmiać, poszedł do łazienki po mopa.
Kilka minut później, kuchnia była już z grubsza ogarnięta, a Inez — nieco bardziej rozluźniona — znów stanęła przed kamerą.
— Trzecie podejście — powiedziała, poprawiając włosy. — Może się uda, zanim zaczyn wykipi, słońce zajdzie, a ja nie zejdę na zawał.
Tym razem poszło gładko. Mówiła z pasją, nie śpiesząc się. Kilka razy zerknęła w stronę Piotra, jakby upewniała się, że nadal ją słucha. Kiwał głową, nie odrywając wzroku z ekranu. Pod koniec nagrania Inez położyła na blacie tacę z rogalikami — rumianymi, pachnącymi i sprawiającymi, że wszystkim zachciało się jeść. Kiedy sięgnęła po jednego i rozerwała go w palcach na pół, z wnętrza wypłynęło czekoladowe nadzienie.
— Mój kamerzysta właśnie dostał ślinotoku — powiedziała na koniec ze śmiechem patrząc prosto w kamerę. — Ten rogalik powędruje do niego, ale dla was mam przeznaczoną nową, świeżutką partię. Tylko musicie do nas zajrzeć. Do zobaczenia.
Pomachała, po czym Piotr wyłączył nagrywanie i uśmiechnął się z uznaniem.
— Mamy to — oznajmił.
Jacek z Andrzejem zaczęli klaskać.
— Pierwsze koty za płoty, szefowo.
Inez odetchnęła z ulgą.
— Jak wyszło? — zapytała.
— Jest naturalnie, ciepło i zabawnie — odparł Piotr. — Ludzie to kupią. Teraz zmontuję to w całość i prześlę do Antka, tak jak się umówiliście.
— Dziękuję wam — rzekła Inez. — Posprzątajmy tu, a potem niech każdy weźmie sobie rogaliki i chodźmy do domu. Jutro czeka nas kolejny, ciężki dzień.
Jakiś czas później, Inez zamknęła piekarnię w towarzystwie Piotra, po czym odwróciła się do niego.
— Dziękuję ci — powiedziała cicho. — Gdyby nie ty, rzuciłabym to po drugim potknięciu.
Zanim zdążył coś odpowiedzieć, stanęła na palcach i pocałowała go lekko. Dłońmi objęła go za szyję, a on przyciągnął ją bliżej. Pocałunek przeciągnął się, ale był cichy i spokojny — jak cały ten wieczór, który, choć zaczął się katastrofą z zaczynem, teraz kończył się idealnie.
Liwia i Antek
Mijające dni przybliżały Antka do operacji. Mimo, że zarówno jego bliscy jak i on sam wiedzieli, że to jest kolejny etap w walce z chorobą, to coraz bardziej dawało się wyczuć w każdym lekkie napięcie, które z każdym dniem przybierało na sile.
Liwia pracowała. Czasem w studio, czasem w laboratorium z Wojtkiem, czasem na spotkaniach z klientkami. Miała swój świat — pełen kolorów, zapachów, kobiecych historii i drobnych rytuałów. Musiała teraz zrobić jak najwięcej, żeby potem znowu mieć więcej czasu dla Antoniego, kiedy będzie przechodził przez okres rekonwalescencji. Jednocześnie wiedząc, że teraz w jego głowie dużo się dzieje, czuła wyrzuty sumienia, że większość ich rozmów odbywała się ostatnio głównie przez telefon.
On też starał się nie siedzieć bezczynnie. Zofia podrzucała czasami dzieciaki i razem układali klocki, albo chodzili na spacery do lasu. Konsultował też z Inez jej pomysły na filmiki i dalsze promocje w piekarni. Jednak w rozmowach z nim, Liwia wyczuwała, że myślami był już częściowo gdzie indziej. Z każdym dniem mówił mniej o operacji, ale coraz częściej odpływał w ciszę. Poczuła, że Antek w tych ostatnich dniach potrzebuje czegoś jeszcze. Oddechu. Przestrzeni między tym, co było i tym, co miało nadejść. W jej głowie zaczął rodzić się pewien plan. Przejrzała swoje grafiki, wykonała kilka telefonów, a potem spotkała się z Kingą. Ich rozmowa była krótka, rzeczowa i, jak zwykle, pełna zrozumienia. Kiedy wszystko było przygotowane, pozostało jej poinformować Antka, że ma dla niego niespodziankę. Wybrała się do niego w ten sam dzień, po pracy.
Kiedy otworzył drzwi, od razu ją przytulił. Nie widzieli się od paru dni więc oboje tęsknili za swoim dotykiem i odrobiną czułości. Liwia w jego ramionach poczuła się na swoim miejscu. Zauważyła też, że zaczynał nabierać trochę masy mięśniowej i był bardziej pewny w ruchach. Po przywitaniu się, w dalszej kolejności, z jego rodzicami, usiedli razem na tarasie ze szklankami wody w dłoniach.
— Jak ci idzie w pracy? — zapytał Antek z troską. — Dajesz radę?
Przesunął uważnie wzrokiem po jej sylwetce.
— Wydaje mi się, że schudłaś — stwierdził. — Liwka, kochanie, uważaj na siebie, bo co z tego, że teraz wypracujesz sto procent normy, jak za chwilę padniesz ze zmęczenia — dodał.
— Skoro już zacząłeś temat — zaczęła Liwia — to mam coś, co pozwoli nam obojgu trochę się zrelaksować — oznajmiła.
Spojrzał na nią z zaciekawieniem.
— Pojedźmy na dwa dni do Kazimierza — rzekła. — Zobaczyć zachód słońca nad Wisłą, przejść się po brukowanych uliczkach, po prostu pobyć. Nim znowu świat zatrzyma się na szpitalnych korytarzach.
Antek nie odpowiedział od razu. Patrzył na nią, jakby próbował się upewnić, że dobrze słyszy. W końcu w jego oczach pojawił się ten charakterystyczny błysk zwiastujący, że pomysł został zaakceptowany. Uśmiechnął się i skinął głową.
— Pojedźmy — zgodził się.
Wyjechali trzy dni później z samego rana, żeby nie zmarnować ani chwili z danego im czasu. Liwia prowadziła, czując lekkie podekscytowanie. To był ich pierwszy wspólny wyjazd tylko we dwoje i udał się w takim momencie, kiedy jeszcze nic nie było pewne. Cieszyło ją, że będą mogli spędzić trochę czasu razem, z daleka od codzienności. Oderwać się od wszystkiego, zmienić otoczenie, poczuć się jak dwoje młodych ludzi na romantycznym wypadzie. Uśmiechnęła się do siebie.
Antek, siedzący obok, w ciemnych okularach chroniących przed blaskiem nisko położonego słońca zerknął na nią.
— Widzę, że ktoś tu zaczyna mieć wielką frajdę — stwierdził.
— No, ja na pewno — odparła patrząc nadal na drogę. — Mam nadzieję, że ciebie też cieszy ta wspólna wycieczka.
— Mnie cieszy wszystko, co razem robimy — stwierdził. — Tylko teraz jeszcze jestem trochę zawieszony pomiędzy dwiema rzeczywistościami. Myślę, że po dotarciu na miejscu bardziej się zaaklimatyzuję w nowej przestrzeni.
— Mam nadzieję — powiedziała Liwia.
Po wjeździe do miasteczka, skręciła w uliczkę prowadzącą do pensjonatu. Wybrała ciche miejsce, z widokiem na rzekę. Właścicielka przywitała ich z uśmiechem i dała klucze do pokoi. Po odświeżeniu się i zostawieniu zbędnych rzeczy, zeszli do restauracji na kawę i drugie śniadanie. Usiedli na tarasie podziwiając widoki i rozkoszując się chwilą. Mimo, że był środek tygodnia, nad rzeką przechadzało się sporo turystów. Nie było jednak przytłaczającego tłumu. Kiedy skończyli pić kawę, Antek włożył okulary i czapkę z daszkiem, po czym wyciągnął rękę do Liwki.
— Chodź, przejdziemy się trochę. Po długiej jeździe przyda się trochę ruchu — powiedział. Poszło wolnym krokiem w stronę przystani promów pasażerskich. Zerkali po drodze na menu przydrożnych knajpek i restauracji. Kiedy dotarli na miejsce, mężczyzna kupił dwa bilety na rejs statkiem „Pirat”. Był najładniejszy ze wszystkich i faktycznie jego nazwa pasowała do wyglądu. Mieli wrócić za godzinę więc mieli jeszcze trochę czasu, żeby spacerować dalej. Temperatura była dość znośna, a od rzeki ciągnęła lekka rześkość.
Na statek wrócili sporo czasu przed rozpoczęciem kursu, żeby zająć sobie dobre miejsca z widokiem i w cieniu. Po nich przyszło sporo ludzi. Kiedy wypłynęli, prawie wszystkie miejsca były zajęte. Liwia wpatrzyła się w zalesione brzegi przed sobą oraz za burtą i poczuła, jak spływa na nią spokój.
Antek siedzący za nią z każdym pokonywanym metrem czuł się coraz bardziej zrelaksowany. Obserwował mijane wybrzeże, na którym opalali się turyści, nieco dalej na małej wyspie zauważył szykującą się do lotu czaplę. Trącił Liwię, żeby pokazać jej ptaka. Oboje patrzyli z uśmiechem, jak rozłożył skrzydła i wzbił się w powietrze, po czym zatoczył kółko i wylądował parę metrów dalej. Liwia parsknęła śmiechem.
— Chyba jej tu dobrze — stwierdziła cicho.
— Może chce jeszcze trochę nas poobserwować — odparł Antek.
— Myślisz, że jesteśmy aż tak ciekawą atrakcją turystyczną? Przecież tych rejsów codziennie jest kilka — rzekła Liwka.
— W sumie racja — przyznał. — To może faktycznie podoba się jej tutaj.
— A tobie? Też ci się podoba tutaj? — spytała kobieta zerkając na niego przez ramię.
— Tak — odpowiedział patrząc na nią przez ciemne okulary. — Czuję, że zaczynam łapać oddech.
Uśmiechnęła się i odwróciła z powrotem. Przyciągnął ją lekko do siebie tak, że oparła się o niego plecami, a on położył brodę na jej ramieniu.
— Wygodnie ci? — upewnił się.
Skinęła głową.
— Znośnie — odrzekła z przekorą.
Po chwili kapitan statku zaczął wpuszczać na mostek dzieciaki, które płynęły razem z rodzicami. Zrobiło się nieco ruchliwie i hałaśliwie, bo towarzyszyła temu wydarzeniu ekscytacja i radość. Niemniej każde dziecko stawało dumnie za sterem i czuło się ważne.
— Wyobraź sobie, jaka to byłaby atrakcja dla Kacpra — rzucił Antek do Liwii.
— Zabierz go tutaj kiedyś — odparła. — Klarę też.
— Razem ich zabierzemy — poprawił.
Liwia poczuła lekki ścisk w sercu. Nie dlatego, że powiedział „razem”, ale dlatego, że powiedział to tak pewnie. Dał jej do zrozumienia, że cały czas wierzy, że wszystko skończy się dobrze.
— I wtedy pójdziemy też tam — odparła pokazując ręką na wznoszący się w oddali, na wzgórzu, zamek w Janowcu.
— Wezmę to pod uwagę, kiedy będę walczył o odzyskanie formy — rzekł. — Masz wymagania, naprawdę — prychnął.
Liwia zaśmiała się cicho.
— Wiem, na ile cię stać — powiedziała. — Wierzę, że taka wyprawa to tylko kwestia czasu. A jeśli się nie uda, to też nie koniec świata. Po prostu obierzemy inny cel.
Nie odpowiedział już nic. Delikatnie wtulił twarz w jej włosy i musnął je ustami, a potem bardziej poczuła niż usłyszała, jak mruknął cicho „dziękuję”.
Po powrocie z rejsu Antek zaproponował, żeby wrócili na chwilę do pensjonatu. Nie przyznał tego wprost, ale najwyraźniej potrzebował czasu dla siebie po przedpołudniowym wypadzie. Liwia też skorzystała z okazji, żeby się odświeżyć przez dalszym zwiedzaniem. Gdy tylko słońce zaczęło powoli zsuwać się z najwyższego punktu na niebie, wyszli ponownie. Tym razem ruszyli w stronę rynku. Po drodze zatrzymywali się przy straganach, oglądając regionalne wyroby i pamiątki. Raczej z ciekawości niż z potrzeby zakupów. Chociaż Antek, z pomocą Liwki, wybrał prezenty dla swoich siostrzeńców. Gdyby wrócił z niczym, dzieci byłyby lekko zawiedzione.
Idąc dalej doszli do uliczki, w której znajdował się słynny pomnik psa Werniksa. Stała przy nim jakaś rodzina z dziećmi, głaskając nosek figurki i robiąc sobie przy tym zdjęcia. Odbili w drugą w stronę i weszli na rynek. Plac tętnił życiem skupiającym się głównie w ogródkach restauracyjnych. Czując dochodzące zapachy z różnych lokali, zaczęli rozglądać się za miejscem, w którym mogliby zjeść obiad. Restauracji do wyboru było całe mnóstwo i w każdej siedzieli jacyś goście. Antek sprawdzał pozycje w karcie dań szukając czegoś więcej niż tylko placków ziemniaczanych, frytek i schabowego. Liwia, z kolei, właśnie na te placki miała ochotę więc musieli dojść do kompromisu. W końcu znaleźli niedrogą i klimatyczną knajpkę przy jednej z głównych ulic. Jej urok tkwił w prostocie: wszystkie stoliki były na zewnątrz, zamówienia składało się przy ladzie, po czym z numerkiem trzeba było poczekać na odbiór. Nie było wykwintnie, ale patrząc po talerzach innych gości, porcje były naprawdę spore. No i serwowali zarówno placki ziemniaczane jak i inne tradycyjne zestawy obiadowe. Po złożeniu zamówienia, Antek i Liwia, zasiedli przy drewnianym stoliku ze szklankami lemoniady i czekali na wywołanie. Antek rozglądał się po okolicy. Po drugiej stronie ulicy, znajdowała się galeria, a obok niej... aż zmrużył oczy, żeby upewnić się, że na pewno dobrze widzi napis. Kazimierskie Muzeum Klocków.
— Liwia, musimy tam zajrzeć — rzekł wskazując ruchem głowy budynek.
Kobieta podążyła za nim wzrokiem i na widok szyldu uśmiechnęła się.
— Dobrze, jak zjemy to tam pójdziemy — odparła.
Po chwili odebrali swoje dania z okienka. Zaczęli spożywać bez pośpiechu. Placki Liwii były chrupiące, a gulasz smaczny. Antek też nie narzekał na swoje mięso z ziemniakami i zestawem surówek. Oczywiście, że jadł lepsze, ale dzisiaj nie chodziło o to, żeby szukać wyszukanej restauracji tylko, żeby odetchnąć i poczuć się na pełnym luzie. Kiedy z jego talerza zniknęła połowa porcji zrobił przerwę i opadł plecami na oparcie ławki. Dawno nie zjadł tyle naraz. Teraz też nie chciał przeszarżować chociaż spacer i rejs po wodzie pobudziły w nim apetyt.
— Ciężko uwierzyć, że jeszcze kilka tygodni temu nie byłbym w stanie przełknąć ani jednej dziesiątej z tego — rzucił, patrząc na niedokończony posiłek. — Nie wiem tylko, czy mój żołądek podziękuje mi za ten wrzucony w siebie kawał mięcha — dodał z krzywym uśmiechem.
— Nic na siłę — odparła Liwka. — Zjemy później jakąś lekką kolację.
Skinął głową i sięgnął po szklankę z lemoniadą. Liwia spojrzała na niego znad swojego talerza. Teraz, po jedzeniu i chwili odpoczynku, wyglądał na zrelaksowanego i spokojnego. Podczas, gdy ona kończyła swoje placki, lustrował otoczenie, ale jego wzrok najczęściej wędrował w stronę muzeum, które tak go zaintrygowało.
— Myślisz, że mają tam rekonstrukcję Zamku Królewskiego z czasów Jagiellonów czy raczej Batmobila? — zapytał, opierając łokcie o stół.
— Może być jedno i drugie — rzekła Liwia, zerkając na niego z ukosa.
— Jak byłem dzieckiem, to potrafiłem spędzić pół dnia budując z klocków katapultę — rzekł z pewną nostalgią w głosie. — A potem jeszcze ulepszać ją przez pół nocy.
— Zgaduję, że była funkcjonalna i strzelało się z niej w rodzeństwo?
Roześmiał się.
— Oczywiście, Zośka była pierwszą ofiarą prototypu. Dostała jakimś pluszowym miśkiem. Choć przyznaję, później było gorzej. Zwłaszcza jak zwiększyłem zasięg.
Liwię rozbawiło to wspomnienie.
— A ja myślałam, że ty zawsze byłeś taki ułożony i dżentelmeński w stosunku do kobiet — powiedziała.
— Nie, tego się nauczyłem trochę później, jak siostra w końcu przywaliła mi tym miśkiem — odparł z błyskiem w oku. — Niestety, przez jakiś czternaście lat mojego życia była większa ode mnie.
Liwia nie wytrzymała i parsknęła śmiechem.
— Szkoda, że nie mogłam tego widzieć — stwierdziła. — W takim razie jak to się stało, że ty z taką pasją do konstruowania różnych rzeczy wylądowałeś za biurkiem jako specjalista od marketingu? — zaciekawiła się.
Antek wzruszył ramionami i przez chwilę popatrzył gdzieś w przestrzeń, jakby tam właśnie próbował odnaleźć odpowiedź.
— W sumie… samo się tak potoczyło. — Odchylił się nieco i oparł ramiona o oparcie ławki. — Lubiłem budować, wymyślać, grzebać przy różnych rzeczach. Ale w liceum złapałem zajawkę na pisanie. Wymyślałem slogany do fikcyjnych firm, robiłem sobie kampanie reklamowe do nieistniejących produktów. A potem jakoś to poszło. Studia, praktyki… Okazało się, że w marketingu mogę łączyć różne rzeczy, które lubię — kreatywność, słowo, trochę psychologii, trochę logiki. A jak złączyłem siły z Michałem i rozbudowywaliśmy firmę, to doszło jeszcze prowadzenie autokarów jako drugie zajęcie — wyjaśnił.
— Czyli nadal tworzysz, ale trochę innymi metodami — stwierdziła Liwka. — A efekty tego są widoczne gołym okiem, bo jesteście już liderami na rynku. Ok, chodźmy zatem zaspokoić twoją ciekawość i przywrócić kilka wspomnień z dzieciństwa — rzekła dopijając swoją lemoniadę.
Odnieśli swoje talerze do okienka, wyszli z ogródka i przeszli na drugą stronę ulicy. Gdy zeszli w podziemie i weszli do środka, przywitał ich zapach plastiku i przytłumione piski dzieci, które biegały między gablotami. Lokal nie był duży, ale kolekcja klocków imponująca. Pochodziły z prywatnych zbiorów kogoś, kto lubił kiedyś je zbierać i budować.
— Mam tylko jedną prośbę — szepnęła, nachylając się do niego — nie reaguj, jak te dzieci, dobrze?
— Będę dzielny — odrzekł przystając przed makietą Kazimierza Dolnego zbudowaną ze stu tysięcy klocków. — Popatrz na to — rzekł.
Mimo że miejsce było zdecydowanie skierowane do rodzin z dziećmi, oboje wciągnęli się w oglądanie konstrukcji. Liwię zachwyciła scena ze znanego amerykańskiego serialu o szóstce przyjaciół, Antka średniowieczne miasto z zamkiem króla Artura. Oglądniecie wszystkiego zajęło im trochę czasu, gdyż skupiali się na wyszukiwaniu różnych szczegółów. Nawet nie poczuli upływającego czasu, za to na pewno oderwali się od wszystkich “zewnętrznych” tematów.
Kiedy wyszli na zewnątrz, słońce było już niżej i światło układało się w długie złote smugi.
— Widzisz? Mówiłem, że to był świetny pomysł. — Antek włożył okulary przeciwsłoneczne, które wcześniej miał wsunięte w koszulkę. — Kolejne miejsce do wpisania na listę: “gdzie zabrać Klarę i Kacpra”.
— O, z pewnością — przytaknęła Liwia. — Co chcesz robić teraz? Wracamy prosto do pensjonatu, czy jeszcze gdzieś kluczymy po drodze, ale kierując się w stronę nadbrzeża?
— Chodźmy w kierunku rzeki.
Liwia skinęła głową. Wzięli się za ręce i ruszyli dalej. Po drodze wstąpili jeszcze do miejscowej piekarni, żeby kupić sobie słynnego drożdżowego koguta. Mogli go zjeść na kolację. Dzień, który spędzili razem nie był intensywny, a mimo to pełen wrażeń, które pozwoliły im obojgu zatrzymać się na chwilę i złapać oddech.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz