Liwia i Antek
Kiedy doszli nad rzekę, usiedli na ławce niedaleko brzegu, patrząc na spokojną taflę Wisły, która powoli zaczynała odbijać odcienie wieczoru — złoto, pomarańcz i lekki błękit. Ludzi dookoła było jeszcze całkiem sporo, ale ich głosy wkomponowały się w otoczenie i przestały przyciągać uwagę. Liwia spojrzała w stronę Antka i przez moment obserwowała go w milczeniu. Widać było, że znowu odpłynął myślami gdzieś daleko, poza Kazimierz, poza ten dzień. Może tam, gdzie zaczynał się lęk, który mimo całej czułości i nadziei wciąż nie dawał o sobie zapomnieć. To był dobry dla niej moment, żeby spróbować dotrzeć do tych sfer, do których mężczyzna ostatnio nie dopuszczał nikogo. Odwróciła głowę i przez moment wpatrywała się w spokojny nurt rzeki.
— Jak się czujesz? — zapytała cicho.
Nie dodała nic więcej. Wiedziała, że Antek zrozumie, że nie pyta teraz o jego kondycję fizyczną. Przez chwilę nie odpowiadał.
— Staram się korzystać z chwili, ale jednocześnie cały czas mam poczucie, że to jest tylko takie złudzenie — rzekł w końcu. — Za chwilę opuścimy to miejsce i trzeba będzie dalej mierzyć się z rzeczywistością.
Liwia odwróciła się ku niemu. Położyła dłoń na jego policzku i lekko nacisnęła, zmuszając go, by na nią spojrzał. Kiedy to zrobił, ujęła jego twarz w obie dłonie i przyciągnęła bliżej.
— Antek, nie będziesz się z tym mierzył sam — powiedziała stanowczo. — Jesteśmy z tobą. Ja, twoja rodzina, moja, przyjaciele. Na sali operacyjnej będzie Kinga i cały zespół specjalistów, którzy będą o ciebie walczyć, o każdy milimetr twojego ciała — urwała na chwilę, bo emocje odebrały jej głos. — A tam, gdzie nas fizycznie nie będzie… też nie będziesz sam. Nigdy nie jesteś. Bo największe wsparcie masz od Ojca, tego Niebieskiego. My jesteśmy tylko narzędziami w Jego ręku. Ufam, że On zaopiekuje się nami wszystkimi i doprowadzi wszystko do szczęśliwego końca. A potem też będziemy się starać nie żyć pod dyktando strachu przed tym, co może, ale nie musi nastąpić.
Antek lekko skinął głową, ale w jego oczach wciąż było coś niepewnego.
— Wiesz, że to może nie być takie proste? — zapytał cicho.
— Wiem — odparła. — Każde z nas będzie miało swoje smoki do zwalczenia. Ale nie pozwolimy im zionąć ogniem zbyt długo. Jeśli coś zacznie się dziać, będziemy działać. Szukać pomocy. Razem.
Uśmiechnęła się nieznacznie.
— Dasz radę — powtórzyła, bardziej miękko, ale wciąż z tą samą siłą. — A ja będę obok. Nawet wtedy, kiedy nie będziesz już taki rozczulająco miły, tylko znowu zaczniesz być zrzędliwy i nie do zniesienia — dodała przekornie.
Kącik jego ust drgnął.
— Czyli planujesz zostać na długo? — zapytał z udawaną powagą.
— Tak długo, jak będziesz chciał — odpowiedziała z rozbawioną miną.
Antek westchnął teatralnie.
— No trudno. Niech będzie. Od czasu do czasu postaram się być bardziej ludzki.
Liwka parsknęła cicho śmiechem.
— Postaraj się, skoro już znalazłeś kogoś, kto z tobą wytrzymuje — rzekła.
Ujął jej dłonie i delikatnie oderwał od swojej twarzy, ale nie wypuścił ich z uścisku.
— Nie martw się, będę wiedział, jak ją zatrzymać — powiedział już poważnie a w tym zdaniu już wybrzmiała jego stała pewność siebie. — Ja też się modlę — nawiązał do poprzedniego wątku. — O siłę. Żeby przejść przez to, co ma przyjść… i nie zgubić siebie po drodze. Ale ty przypomniałaś mi jeszcze o zaufaniu. A to przecież podstawa miłości.
Przerwał na moment, po czym wziął głębszy oddech.
— Są rzeczy, których nie kontroluję. Pozostaje mi oddać się w ręce tych, którzy wiedzą, co robią. I wierzyć, że On będzie ich prowadził.
Liwia przytaknęła, nie odrywając od niego wzroku.
— Strach jest normalny — powiedziała spokojnie. — Ale nie pozwól, żeby oddzielił cię od nas. Możesz się bać, ale bądź blisko. Nawet w milczeniu.
Puścił jej dłonie, ale tylko po to, żeby móc ją objąć ramieniem i przytulić do siebie. W ciszy obserwowali, jak złote światło wieczoru zaczęło przygasać, powoli barwiąc niebo na różowo i bursztynowo. Lekki wiatr poruszał liśćmi drzew i smagał ich po twarzy. Świat zwolnił, a oni razem z nim. Tego wieczoru już nie było miejsca na niepokój. Teraz był czas dla siebie nawzajem i dobra okazja, żeby dorwać się do koguta, który w firmowej torebce cały czas spoczywał na ławce czekając na spożycie.
Następnego dnia, Liwia i Antek, pozwolili sobie na leniwy poranek. Zeszli na śniadanie po ósmej i usiedli na werandzie, żeby dalej napawać się pięknymi widokami. Powietrze było już ciepłe, ale jeszcze rześkie. W tym momencie pachnące głównie kawą, jajecznicą ze szczypiorkiem i świeżym pieczywem. Liwia usiadła, poprawiając ramiączko lnianej sukienki i rozejrzała się z uśmiechem.
— Same pyszności — mruknęła, sięgając po kromkę chleba. — Mogłabym codziennie mieć takie poranki — rozmarzyła się.
— To może być trudne do zrealizowania — odparł Antek z lekkim rozbawieniem, — ale cieszmy się tym, że możemy tu spędzić jeszcze prawie cały dzień.
Liwia przyjrzała mu się. Wyglądał dzisiaj na wypoczętego i bardziej zrelaksowanego. Oczy mu błyszczały i czaił się w nich uśmiech. Nałożył sobie niemałą porcję jajecznicy, a teraz cieniutko smarował kromkę masłem. Popatrzył na jej talerz.
— Nałóż sobie więcej, czeka nas dzisiaj przedpołudnie bogate w atrakcje — powiedział. — Będziesz potrzebować dużo energii.
— Masz jakiś plan? — spytała zaintrygowana.
— Mam — odparł z tajemniczym uśmieszkiem, po czym nalał jej kawy. — Ale szczegóły zdradzę dopiero za chwilę. Teraz jedzmy.
Zabrał się za swoją jajecznicę.
— Powinnam się przebrać? — zapytała jeszcze Liwka.
Rzucił okiem na jej sukienkę i tenisówki.
— Nie musisz, może cię nic nie zje po drodze — mruknął.
— To może mi powiedz, co planujesz, a ja sama zdecyduję, czy będzie mi wygodnie w tym stroju — odparła ze śmiechem.
— Jedz na razie.
Posłała mu spojrzenie, ale już nic nie powiedziała tylko wróciła do dalszej konsumpcji śniadania.
Po skończeniu posiłku, wrócili jeszcze na chwilę do pokojów. Liwka zamieniła sukienkę na krótkie spodnie i wygodny T-shirt. Ten jej ukochany Menda odzyskał dzisiaj rezon i nadal nie powiedział, dokąd się wybierają więc wolała przygotować się na ewentualne przyrodnicze niespodzianki.
— Przebrałaś się jednak — zauważył, kiedy schodzili razem do wyjścia kilka minut później.
— Na wszelki wypadek — odparła.
Pierwsze kroki po opuszczeniu pensjonatu skierowali w stronę rynku. Po drodze, w miejscowym sklepiku Antek kupił butelki wody, które włożył do swojego plecaka. Przeszli przez główny plac miasta, a potem skręcili w uliczkę prowadzącą do jednego z kazimierskich wąwozów i od razu poczuli, jakby znaleźli się w zupełnie innym miejscu. Jezdnia była wybrukowana, a wzdłuż niej ciągnęły się domy jednorodzinne albo parkingi dla samochodów należące zapewne do właścicieli okolicznych pensjonatów. Na jednym z ogrodzeń, Liwia zauważyła wiszący, duży szyld ze strzałką wskazującą na gospodarstwo z alpakami. Spojrzała na Antka z uniesioną brwią.
— To jest twój plan na dzisiaj? — zapytała wskazując palcem na ogłoszenie.
— Podoba ci się? — spytał z miną kogoś, komu wydawało się, że wpadł na dobry pomysł, ale teraz nie jest już tego taki pewien.
Liwka rozejrzała się, czy nikt ich nie widzi, a potem zapominając, że ma prawie czterdzieści lat, podskoczyła z radości jak mała dziewczynka i roześmiała się.
— Naprawdę będziemy oglądać te urocze, mięciutkie zwierzątka z wielkimi oczami i śmiejącymi się pyszczkami? — upewniła się.
Antek spojrzał na nią z rozbawieniem i czułością zarazem.
— Tak — potwierdził. — Ale proszę cię nie zachowuj się tam, jak te dzieci wczoraj w muzeum klocków.
— Będę dzielna — odparła, patrząc na niego wymownie.
Teraz to on wybuchnął szczerym, radosnym śmiechem, a Liwka poczuła, jak w środku robi się jej ciepło. Ścisnęła mocniej jego rękę i poszli dalej.
Uliczka zawinęła łagodnie i wyprowadziła ich na ścieżkę wśród drzew. Zieleń gęstniała z każdym krokiem, a powietrze pachniało wilgotną ziemią i lasem.
— Tu już zaczyna się wąwóz — powiedział Antek.
— I jest pięknie — zachwyciła się Liwia.
Szli jeszcze przez kilka minut przez las, aż w końcu drzewa zaczęły się rozstępować. Przed nimi otworzyła się szeroka polana, z drewnianym ogrodzeniem, kilkoma zabudowaniami gospodarczymi i… stadem alpak, które właśnie zalegały leniwie w cieniu drzew, wyglądając jak pluszowe stwory z dziecięcej wyobraźni.
— No i jesteśmy — powiedział Antek z lekkim uśmiechem. — Nie wiem jak ty, ale ja jestem gotów na kontakt pierwszego stopnia.
— Ja idę za tobą — zaśmiała się Liwia, patrząc na jedno z bardziej czujnych stworzeń, które od razu uniosło głowę i przyglądało im się z wyraźnym zainteresowaniem.
Z budynku gospodarskiego wyszedł mężczyzna z szerokim uśmiechem, a za nim wybiegł pies, który od razu przybiegł do przybyłych.
— Dzień dobry! Pan Antoni, tak?
— Zgadza się — potwierdził Antek z lekkim ukłonem. — To moja dziewczyna, Liwia. Umawialiśmy się na dziesiątą trzydzieści. Stwierdziłem, że musimy poznać lokalnych celebrytów.
— No ba — zaśmiał się gospodarz. — Te tu są bardziej znane niż połowa ludzi z miasta. Chodźcie, pokażę wam, jak się z nimi zaprzyjaźnia.
Wręczył im dwa kubeczki z marchewkami i przeszli przez niewielką furtkę do zagrody. Już po pierwszym kroku kilka alpak podniosło się na nogi i ruszyło w ich stronę — najpierw spokojnie, potem z wyraźnym celem.
— One wiedzą, że macie coś dobrego — powiedział gospodarz z rozbawieniem. — Teraz będą się łasić.
— Zupełnie, jak dzieci w sklepie z cukierkami — mruknął Antek, po czym schylił się do jednej z jaśniejszych alpak. — Dzień dobry, pani.
Liwia nie zdążyła nawet wyciągnąć ręki z marchewką, gdy poczuła, że coś miękkiego zdecydowanie szturcha ją w bok.
— Ej, ej! No dobrze! Już! — śmiała się, próbując rozdzielić swoje skromne zapasy na trzy zainteresowane pyski.
Jedna z alpak niemal położyła głowę na jej ramieniu, by zyskać przewagę. Liwia pogłaskała ją, a potem dała jej przysmak, którego omal nie wydarło inne zwierzątko.
— Antek, ratuj! — zawołała. — One są słodkie! Ale to jest atak zmasowany!
— Jestem w podobnej sytuacji — odrzekł ze śmiechem.
Odwróciła się do niego. Był otoczony przez kilka alpak, z których jedna wsadziła nos do jego kubeczka, druga próbowała ją odepchnąć, a trzecia próbowała odepchnąć Antka. Widok był komiczny, ale Liwia nie mogła poświęcić zbyt dużo czasu na oglądanie go, bo musiała zając się swoimi agresorami. Miała dwie marchewki, a przed sobą trzy pyski.
— No dobra — rzekła wyciągając do nich rękę. — Same zdecydujcie.
Skorzystała jedna, a dwie pozostałe odeszły obrażone.
— Poszły sobie. Nawet nie zdążyłam zrobić zdjęcia — rzekła Liwka.
— Mnie też się nie udało — odparł Antek.
Właściciel wrócił niosąc w ręku smycz.
— Jeśli chcecie, możecie zabrać jedną z dziewczyn na spacer po ogrodzie — rzekł.
— Chętnie — odparła Liwia. — Dają się łatwo prowadzić?
— Z reguły tak — zaśmiał się mężczyzna.
Po chwili przyprowadził do nich piękną, brązową alpakę.
— Komu mam wręczyć smycz? — spytał.
— A za kim wolą podążać? — zażartował Antek, ale oddał prowadzenie Liwii.
Miał teraz dobrą okazję, żeby pstryknąć jej kilka fotek.
Ruszyli na spacer. Alpaka w swoim tempie, a pozostali w tempie alpaki. Zatrzymywali się częściej niż szli, ale dzięki temu Antek mógł zrobić więcej zdjęć.
— Ona ma dłuższe rzęsy niż moje klientki w makijażu wieczorowym — zauważyła Liwia z podziwem, patrząc na zwierzątko, które z godnością spacerowało obok nich, lekko unosząc głowę.
— Jeśli dzisiaj nie wrzucisz zdjęcia w media społecznościowe, to obrażę się w jej imieniu — rzekł Antek, łapiąc kolejne ujęcie.
— Tylko poczekaj, niech stanie w lepszym świetle…
Ale alpaka miała już inne plany. Skręciła w stronę kępki z wysoką trawą i bezczelnie wsadziła pysk między zielone liście.
— Hej! — Liwia pociągnęła delikatnie smycz. — Miało być pozowanie, a nie zajadanie się!
— Powiedziałaś jej za mało o koncepcji sesji — stwierdził Antek. — Potrzebuje briefu kreatywnego.
— A możesz po naszemu?
— W skrócie: to taki dokument zawierający wszystkie wytyczne dotyczące danego projektu marketingowego.
— A może wystarczy ją przekupić? — wtrącił się gospodarz i wyciągnął z kieszeni kawałek marchewki.
Alpaka momentalnie podniosła łeb, a Antek zdążył uchwycić moment, kiedy ruszyła po przysmak lekko trącając przy tym Liwię. W końcu jednak raczyła spojrzeć w obiektyw.
W drodze powrotnej zamienili się, Antek prowadził zwierzę, a Liwia pstryknęła mu kilka fotek, mimo, że się przed tym bronił. Potem przekazali telefon gospodarzowi, który zrobił kilka zdjęć całej trójce.
Spacer dobiegał końca, a zegarki pokazywały, że zbliża się południe. Oddali alpakę właścicielowi i usiedli na chwilę na ławce, w cieniu drzewa.
— To była świetna niespodzianka. Dziękuję — powiedziała Liwka, kładąc Antkowi głowę na ramieniu. — Chciałabym tu jeszcze kiedyś przyjechać.
Wyciągnął butelkę z wodą z plecaka, odkręcił nakrętkę i podał dziewczynie, żeby się napiła. Potem zrobił to samo z drugą dla siebie.
— Niewykluczone, że tu wrócimy — rzekł, kiedy wypił kilka łyków. — Albo znajdziemy inne gospodarstwo. Zobaczymy, czy alpaki lubią ludzi tylko wtedy, kiedy stoją przed nimi z kubeczkiem marchewek.
Liwia roześmiała się.
— Obstawiam, że tak.
Oddała mu butelkę. Wziął ją w taki sposób, że wyślizgnęła się i spadła na ziemię. Oboje pochylili się, żeby ją podnieść i stuknęli się głowami.
— Auć — rzekła Liwka rozmasowując swoją. — Wszystko dzisiaj obija się o mnie. Ale ty nie jesteś taki mięciutki, jak te alpaki.
Antek roześmiał się.
— Nie jestem, bo ktoś w tym duecie musi być twardy — odparł z błyskiem w oku, prostując się. — Przynajmniej pozornie — mruknął. — Idziemy na obiad? — zapytał.
— Tak.
— Na co masz dzisiaj ochotę?
— Nie wiem.
— Wymyślisz po drodze.
Pożegnali się z gospodarzem i ruszyli w drogę powrotną do rynku. Na obiad zatrzymali się w restauracji przypominającej z wyglądu dom. Tym razem oboje zamówili pierś z kurczaka z oscypkiem i żurawiną. Skusił ich słodki akcent w daniu. Kazimierska przygoda powoli zbliżała się do końca, ale mieli w zapasie jeszcze trochę czasu. Liwia zaproponowała, żeby po obiedzie wrócili do pensjonatu i odpoczęli chwilę przed drogą powrotną.
Usiedli razem na balkonie wychodzącym z jej pokoju, z którego mieli widok na rzekę i drugi brzeg. Liwia zajęła jedno wiklinowe krzesło i podwinęła nogi po siebie, Antek spoczął na drugim.
— Dobry dzień — mruknął, jakby bardziej do siebie, ale spojrzał na nią z tym swoim miękkim półuśmiechem.
— Bardzo — przyznała. — I chyba pierwszy od dawna, w którym nic nie ciążyło mi z tyłu głowy.
— A z przodu? — uniósł brew.
Parsknęła.
— Z przodu też nie. Wszystko było w równowadze.
Zamilkli na chwilę. Słychać było tylko odgłosy dochodzące z dołu i krzyk przelatującej od czasu do czasu mewy.
— Jeszcze kawałek dnia przed nami — powiedział cicho. — Ale jakbyśmy nawet już nic więcej nie zrobili…
— To i tak byłby kompletny — dokończyła za niego. — Nie chce mi się jeszcze stąd wyjeżdżać — stwierdziła.
— Wiem, mi też nie, ale wrócimy. Może wtedy uda się na kilka dni.
— Jeszcze trochę tych luksusów i będziesz musiał wziąć mnie na utrzymanie — zaśmiała się Liwia.
— Mówisz? To w takim razie obiecuję, że jak tylko stanę na nogi to będę gonił cię ostro do pracy.
— Ale weź pod uwagę, że wtedy będziesz mnie bardzo rzadko widywał.
— To ja tak nie chcę — odparł. — Będziemy musieli znaleźć inne rozwiązanie, ale pomyślimy o nim w odpowiednim czasie.
— Kocham cię — powiedziała Liwka po chwili to, co cisnęło się jej na usta cały dzień.
— A ja ciebie — odparł i nachylił się, żeby pocałować ją w skroń. — Ale i tak ty prowadzisz w drodze powrotnej — dodał cicho.
Parsknęła śmiechem. Ten śmiech — tak swobodny, czysty, nieskrępowany — był dla niego jak dom.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz