Piotr
Gdy drzwi mieszkania Inez zamknęły się za nim z cichym kliknięciem, Piotr przez chwilę stał nieruchomo na klatce schodowej. Nie ruszał się, nie sięgał do kieszeni po klucze od auta. Po prostu stał, jakby jego ciało potrzebowało chwili, żeby nadążyć za tym, co właśnie się wydarzyło.
Oświadczyła się.
Tak po prostu, jakby robiła to od niechcenia.
Nie wiedział, czy bardziej go rozbawiła, czy wzruszyła. Z pewnością kompletnie zaskoczyła. Powoli, nie spiesząc się, zaczął schodzić na dół. Wsiadł do samochodu, ale przez kilka minut nie przekręcał kluczyka w stacyjce. Oparł dłonie na kierownicy, patrzył w ciemność przed sobą i uśmiechał się.
Znał ją na tyle, by wiedzieć, że pod pozorem lekkości, to była ważna decyzja. Ale sprawę załatwiła całkowicie w swoim stylu.
Odpalił silnik dopiero wtedy, gdy poczuł, że emocje wróciły na swoje miejsce — nie zniknęły całkiem, ale przestały wybuchać w środku jak fajerwerki. Jechał przez ulice spokojnie, z uchylonym oknem. Nocne powietrze było przyjemniejsze niż klimatyzacja. Po dziesięciu minutach był już w swoim mieszkaniu. Zdjął buty, zostawił klucze na komodzie i poszedł prosto do swojego gabinetu. Zapalił lampkę na biurku, której ciepłe światło tworzyło przyjemny klimat. Przez chwilę zastanawiał się, czy napisać do Jacka i Marzeny, w końcu sięgnął po telefon i wysłał krótką wiadomość na wspólnej grupie: Inez przed chwilą zaproponowała mi, żebym się z nią ożenił. 💍
Mimo późnej pory, smartfon rozdzwonił się. Zrobili grupowy wideoczat.
— Co zrobiła?! — zapytał Jacek zdumiony.
— Zgodziłeś się?
Marzena od razu przeszła do konkretów.
— Oczywiście, że się zgodziłem — odpowiedział Piotr spokojnie. — Ale zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, rzuciła jeszcze: „chyba że trzymają cię jakieś zobowiązania, o których nie wiem”.
— Jeszcze jej nie przeszło na tyle, żeby nie wbić ci szpili — wymamrotała Marzena, chyba rozbawiona.
— Ale zaraz — Jacek wtrącił z powagą. — Ty się uśmiechasz. Pasuje ci taki rozwój sytuacji.
— Chyba tak — przyznał Piotr. — Miałem w planach w końcu się oświadczyć, ale chciałem trochę poczekać, aż stanie na nogi z tą piekarnią. Najwyraźniej… Inez ma już dość czekania.
Marzena zamilkła na chwilę, a potem westchnęła.
— Wcale się jej nie dziwię — stwierdziła. — Macie jakieś dwadzieścia lat w plecy — dodała.
— To też mi wypomniała — Piotr zaśmiał się niewesoło. — Dobra, jak coś to na razie nic nie wiecie — rzekł. — Jacku, nie wysyp się jutro w pracy. Przynajmniej, dopóki nie upewnisz się, że nie grozi mi z jej strony żadne niebezpieczeństwo za ujawnienie tej historii.
— W porządku — odparł kolega. — A ty zorganizuj pierścionek. Dopełnij formalności, jak należy. Tylko nie ukrywaj go w wypiekach.
— Spokojnie. Dobra, uciekam do spania. Jutro ciężki dzień.
— Śpij dobrze — rzekła Marzena.
— Do jutra — rzucił Jacek.
Rozłączyli się.
Piotr jeszcze przez chwilę siedział w ciszy, z łokciem opartym o kolano, patrząc w podłogę. Potem wstał, jakby nagle podjął jakąś ważną decyzję i podszedł do szafy. Z dolnej szuflady wyjął małe pudełko. W środku był stary pierścionek po jego babci. Złoty, z małym szmaragdowym serduszkiem. Uśmiechnął się pod nosem. W końcu trafi w ręce właściwej osoby. A w zasadzie na palec u ręki. Zamknął szufladę, a pudełko zabrał ze sobą do sypialni.
Janka
Dyżur tego dnia był całkiem spokojny. Za to po południu, na oddział, został przywieziony nowy pacjent. Kuba —młody chłopak, po dwudziestce, który trafił do szpitala po wypadku motocyklowym. Leżał nieruchomo na wózku transportowym cały blady, z zamkniętymi oczami i kropelkami potu przy linii włosów. Oddychał spokojnie.
Pod salą czekali już jego rodzice. Janka poprosiła ich o chwilę cierpliwości. Dopiero, kiedy pacjent znalazł się na swoim łóżku, a ona przeprowadziła wszystkie czynności, pozwoliła rodzinie usiąść przy synu.
— Proszę go nie męczyć — powiedziała. — Przede wszystkim potrzebuje wypoczynku. Na rozmowy będzie czas trochę później — dodała uśmiechając się ciepło.
— Będziemy mogli porozmawiać z jego lekarzem? — zapytał ojciec chłopaka.
— Oczywiście. Doktor Dębski za chwilę przyjdzie na oddział.
Miłodziad pojawił się kilkanaście minut później. Wpadł do dyżurki, gdzie zamienił kilka zdań z Janką.
— Ciężka operacja — mruknął biorąc od niej kubek z ciepłą herbatą. — Ale się udało. Czeka go długa rekonwalescencja.
Janka spojrzała na lekarza. Miłodziad był ekscentryczny, ale był świetnym specjalistą. Teraz widziała w jego oczach zmęczenie i troskę o pacjenta.
— Jego rodzice chcą z tobą porozmawiać — powiedziała.
— Za chwilę. Potrzebuję skończyć tę herbatę — odparł uniósłszy kubek do ust. — A jak twój Rafał? — zapytał nagle.
— W porządku — odparła lekko zaskoczona zmianą tematu. — Coraz lepiej sobie radzi z jedną kulą.
Spojrzał na nią przez moment nic nie mówiąc.
— To dobrze — rzekł po chwili. — Pilnuj go, żeby nie przeforsował nogi. Może mu się wydawać, że jest sprawniejszy, ale na tym etapie potrzebna jest cierpliwość.
Janka uśmiechnęła się.
— Na razie widzę, że słucha zaleceń swojego rehabilitanta i nie stara się zgrywać bohatera — powiedziała.
— Mężczyzna idealny — rzucił Miłodziad pod nosem.
— Słucham?
— Nic — odstawił kubek na blat. — Idę zajrzeć do nowego pacjenta — oznajmił i chwilę później już go nie było.
Janka popatrzyła za nim, lekko zaskoczona jego zachowaniem. W końcu wzruszyła ramionami, wzięła puste naczynie i wstawiła do zlewu.
Wieczorem, większość pacjentów była już w swoich łóżkach. Kilkoro jeszcze siedziało na świetlicy i wspólnie oglądało jakiś film w telewizji. Janka zajrzała do sali, w której leżał Kuba. Wiedziała, że pierwsza noc na oddziale jest trudna, zwłaszcza dla kogoś, kto nagle zostaje przykuty do łóżka na kilka tygodni. Od razu przypomniał się jej Rafał, kiedy trafił do nich z wyciągiem i zatęskniła za nim.
Weszła do środka. Chłopak leżał z otwartymi oczami i wpatrywał się w sufit.
— Hej — powiedziała cicho. — Nie śpisz?
Kuba powoli spojrzał w jej stronę. Jego twarz była spokojna, ale w oczach widać było zagubienie i... coś jeszcze. Janka znała ten wzrok. Ludzie rzadko potrafili nazwać to, co wtedy czuli.
— Nie bardzo się da — przyznał. — Nie lubię spać na plecach, a w głowie kręci się jak w bębnie od pralki.
Uśmiechnęła się lekko do niego.
— To minie — powiedziała. — Twój organizm jest jeszcze na pooperacyjnych obrotach. Dostałeś sporo leków. Masz lekkie wstrząśnienie mózgu. Jutro zajrzy do ciebie rehabilitant i popracuje z tobą nad tym, żebyś miał lepszy komfort.
Podeszła do łóżka i poprawiła kołdrę przy jego klatce piersiowej.
— Prawie w ogóle tego nie pamiętam — powiedział nagle Jakub. — Wiem tylko, że padał deszcz. I że chciałem wyprzedzić jakiegoś gościa, który jechał pięćdziesiąt w terenie zabudowanym.
Janka słuchała bez przerywania.
— A potem... był tylko huk. I ciemno. Jakby ktoś wyciągnął kabel z kontaktu.
— Nie jesteś pierwszy, który tak mówi — odparła spokojnie. — Czasem mózg broni się przed tym, co się dzieje. Ale najważniejsze, że żyjesz. Jutro na pewno odwiedzą cię koledzy, rodzice. Czas będzie płynął powoli, ale przy nich jakoś zleci.
— Są tu jacyś inni pacjenci w moim wieku? — zapytał Kuba.
Janka pokręciła głową.
— Najmłodszy jest po pięćdziesiątce — odparła. — A dzieci są na innym oddziale.
— Czyli będzie nudno — mruknął przewracając oczami.
— Nie będzie lekko, ale dasz radę. Czym się zajmujesz na co dzień? — spytała.
— Studiuję na AWFie — odrzekł. — O ile nadal będę mógł to robić. Moje kolano może już nie odzyskać dawnej sprawności, a trenuję lekkoatletykę — dodał. — Akurat trafiłem tutaj, bo przyjechałem do domu rodzinnego.
— I zajął się tobą doktor Dębski. Tak się składa, że to jeden z najlepszych specjalistów w kraju. Zadbamy o ciebie, a potem z pewnością trafisz do dobrego ośrodka rehabilitacyjnego.
Janka wstała.
— Zajrzę do ciebie jeszcze w nocy — powiedziała. — Za chwilę dostaniesz nową dawkę leku, powinien pomóc ci zasnąć. Dobranoc.
Spojrzał na nią i skinął głową.
— Dziękuję, dobranoc — rzekł, po czym przymknął oczy.
Janka wyszła, cicho zamykając drzwi i wróciła do dyżurki Wewnątrz panował półmrok, tylko lampka nad biurkiem rzucała ciepły krąg światła na dokumentację. Ktoś zostawił niedopitą kawę, ale nawet na nią nie spojrzała. Usiadła na chwilę, wyciągnęła telefon z kieszeni fartucha i wybrawszy numer Rafała, oparła łokieć o blat przykładając smartfon do ucha. Odebrał szybko.
— Hej — usłyszała jego ciepły głos. — Co tam?
— Stęskniłam się — odpowiedziała, próbując się uśmiechnąć, choć wiedział, że nie widzi jej twarzy.
— Uhm — mruknął. — Czyli ciężki dyżur.
— Ciężki przypadek. Młody chłopak po wypadku motocyklowym. Jest przytomny, ale ma poważny uraz nogi i czeka go długa rehabilitacja. Trenuje lekkoatletykę.
— O kurczę... — westchnął. — Ale najważniejsze, że żyje.
— Tak. No i trafił na Miłodziada. To już połowa sukcesu — stwierdziła Janka. — Po prostu jakoś… ruszyło mnie bardziej.
— To dobrze. To znaczy, że twoja wrażliwość nadal jest na właściwym poziomie.
Przez moment zamilkli.
— A u was jak? — zapytała Janka, chcąc na chwilę oderwać myśli od szpitala. — Lenka już śpi?
— Tak, Krzyś też. Emilia siedzi z nosem w tablecie i mówi, że się „uczy”, ale słyszę śmiech, więc pewnie coś tam ogląda. Wiesz, jak jest — zaśmiał się Rafał.
— Wiem. Młodość rządzi się swoimi prawami.
— Nasz wiek też ma swoje — rzekł mężczyzna. — Całkiem je lubię, bo już nikt nami nie rządzi. Przynajmniej nie we wszystkich aspektach życiowych.
— Prawda — zgodziła się z nim. — To życzę wam wszystkim dobrej nocy.
— My tobie też. Odpocznij, kiedy tylko będziesz mogła. A ja cierpliwie będę czekał na nasze kolejne spotkanie.
Zacisnęła palce na telefonie.
— Ja też — odparła cicho. — Rafał…
— Tak?
— Kocham cię.
Powiedziała to. W najmniej spodziewanym momencie. Przez telefon, bez patrzenia mu w oczy, bez żadnej zapowiedzi. Ale właśnie teraz była pewna, że to jest to, co do niego czuje. Zawierała się w tym narastająca tęsknota, kiedy o nim myślała. Potem wspomnienie jego cierpienia, kiedy był pacjentem, jego uporu, milczącej siły i wdzięczności wobec najmniejszego gestu, które wróciło z nową intensywnością za sprawą Kuby.
Ale nie tylko to ją poruszyło. To była też ta troska w głosie Rafała, kiedy mówił o dzieciach i kiedy martwił się o nią. Szacunek do tego, że on, który tyle przeszedł, nadal pozostał ciepłym, czułym mężczyzną a nie tym oschłym panem „ni momy”. Jego pewność siebie i miłość sprawiły, że ona też chciała stać się odważna i zamknąć już swoją przeszłość w innym rozdziale.
Po drugiej stronie słuchawki zapanowała cisza. Trwała tylko kilka sekund, ale dla Janki była jak zawieszenie czasu.
— Ty Małpo — odezwał się w końcu Rafał. — Jak mogłaś to powiedzieć właśnie w tym momencie? — zapytał po czym nagle rozłączył się pozostawiając Jankę w totalnym osłupieniu.
Przez chwilę siedziała nieruchomo wpatrując się w ekran smartfona z niedowierzaniem. Była pewna, że za chwilę rozbłyśnie oznajmiając przychodzące połączenie, ale cały czas był czarny. Ela, która miała z nią dyżur, wróciła od swojego pacjenta i spojrzała na nią zaskoczona.
— Co się stało? — zapytała.
— Rozłączył się — powiedziała Janka bardziej do siebie niż do koleżanki.
— Kto?
— Rafał. Nazwał mnie małpą i się rozłączył.
Pielęgniarka popatrzyła na nią, jakby nie była pewna, czy ma ją zostawić, czy może zacząć sprawdzać, czy nie ma gorączki i jakichś omamów.
— O czym ty mówisz? — spytała w końcu.
Janka spojrzała na nią i zaśmiała się, po czym pokręciła głową i wstała. Schowała telefon do kieszeni.
— Idę zerknąć do pacjentów — rzekła.
— Dopiero od nich wróciłaś.
— Kuba… ten nowy, nie mógł zasnąć. Idę zobaczyć, czy czegoś nie potrzebuje.
Szła przed siebie i z automatu zaglądała do sal, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku, czy ktoś nie ma problemów ze spaniem, czy kogoś coś nie boli. Uśmiechała się, odpowiadała na cicho zadawane pytania, poprawiała wenflony, koce, podawała wodę. Byle nie myśleć i mieć zajęte ręce, żeby nie sięgały po smartfon. Zajrzała do Jakuba, który właśnie przysnął. W innej sali, posiedziała chwilę przy starszym pacjencie. W końcu wróciła do dyżurki i zajęła się papierami. Zerknęła na zegarek. Minęło jakieś pół godziny. Zaczęła znowu myśleć. Obraził się? Niemożliwe. Jak ktoś kogoś kocha to się na niego nie obraża za to, że ten odwzajemnia jego uczucie. Pewnie to szok. Ale po ponad trzydziestu minutach powinien już minąć. Rafał powinien się odezwać, oddzwonić, napisać smsa. Cokolwiek. Przecież wie, że ona tu teraz siedzi, jak na szpilkach i nie może się skupić na pracy. Tak się nie robi. Westchnęła. Może któreś z dzieci go zawołało i nie mógł dłużej rozmawiać? Ale wtedy powiedziałby, że ktoś go potrzebuje, a nie nazywał jej małpą. Westchnęła, po czym wstała i poszła po kubek herbaty. Wróciła z nim do biurka i usiadła. Wtedy zadzwonił telefon. Prawie podskoczyła na krześle. Zerknęła na wyświetlacz i zmarszczyła brwi. Niby Rafał, ale wyglądało to jakoś inaczej. Po chwili zorientowała się, że chodzi o połączenie wideo. Zamarła na moment, ale w końcu ocknęła się i odebrała. Zobaczyła jego twarz na ekranie i poczuła, jakby stał centralnie przed nią. Przełknęła ślinę.
— Cześć — powiedziała spoglądając mu odważnie w oczy i uśmiechając się przy tym.
W końcu nie zrobiła nic złego, to czym się stresuje?
— Ty Małpo — powiedział z tym samym tonem, co wcześniej, ale teraz patrzył prosto na nią.
— Już to słyszałam — odparła pogodnym głosem. — Powtarzasz się.
— Celowo, bo zasłużyłaś — rzekł.
Kamera trochę się trzęsła, jakby mówiąc, szedł. Próbowała dojrzeć, gdzie jest, ale trzymał telefon zbyt blisko twarzy. Zapewne było to zamierzone działanie z jego strony.
— Ale teraz mam pytanie — dodał.
— Jakie?
— Czy pielęgniarki mogą wychodzić z dyżurki, jeśli ktoś podjeżdża taksówką, przekupuje ochroniarza i czeka przy wejściu?
Janka zamrugała.
— Co?
— Po prostu zejdź na chwilę do hallu głównego, jeśli możesz — rzekł Rafał i rozłączył się.
Stała jeszcze chwilę, patrząc na wygaszony ekran.
— No, idź — rzekła Ela z uśmiechem. — Dam sobie radę przez chwilę, w razie czego będę dzwonić.
Janka skinęła głową i wyszła z oddziału. Zjeżdżając windą na parter, miała wrażenie, że serce podjechało jej nieco wyżej. Czuła radość i podniecenie. Przyjechał do niej, specjalnie, o tej porze. Nie mógł zaczekać do rana. Nie obraził się, po prostu zbierał się do wyjścia. Nie był zły — chyba. Za chwilę się przekona.
Kiedy drzwi windy otworzyły się z brzękiem, zobaczyła go od razu. Stał przy ścianie, lekko oparty o nią plecami. W jednej ręce trzymał kulę, w drugiej niewielką, papierową torbę. Na jej widok uśmiechnął się szeroko, ciepło, jak tylko on potrafił. W brzuchu Janki zafurgotało z milion motyli. Teraz, kiedy był na wyciągnięcie dłoni, jeszcze bardziej utwierdziła się w swoim uczuciu. Prawie podbiegła do niego, żeby się przytulić, ale wyciągnął rękę z torbą przed siebie.
— Chwila — rzucił. — Najpierw się wytłumacz — dodał poważniejąc.
Janka zatrzymała się pół kroku przed nim, unosząc brwi.
— Z czego?
— No jak to z czego? — spojrzał na nią spod zmarszczonych brwi. — Najpierw wyznajesz mi miłość przez telefon, a potem się rozłączasz. Jak w jakimś kiepskim serialu. Nawet nie dałaś mi szansy, żeby powiedzieć coś dramatycznego w odpowiedzi.
— Co?! — uniosła się. — Przecież to ty rozłączyłeś rozmowę!
— Nie, kochanie — odparł Rafał spokojnie. — Ja zapytałem, jak mogłaś to powiedzieć w tym momencie i wtedy trach… koniec połączenia. I cisza.
— Mogłeś oddzwonić.
— Pomyślałem, że się obraziłaś za tą małpę i czekałem, aż ci przejdzie. W końcu stwierdziłem, że muszę to inaczej rozegrać, bo nie raczyłaś się więcej odezwać.
Janka parsknęła śmiechem.
— Nie wierzę — rzekła. — To ty rozłączyłeś rozmowę i masz czelność teraz mi zarzucać, że to moja wina. Przez pół godziny chodziłam, jak na szpilkach. Nie mogłam sobie miejsca znaleźć, bo nie wiedziałam, co się rozgrywa w twojej głowie. Nie wiedziałam, czy czekać, czy przepraszać. A ty mówisz, że myślałeś, że się obraziłam.
Rafał westchnął cicho, ale w jego oczach już pojawiły się iskierki.
— Ok, umarzamy śledztwo — rzekł. — Mamy zdanie przeciwko zdaniu. Będę tym, który pierwszy wyciągnie rękę… torbę… na zgodę.
Podał jej pakunek. Spojrzała na niego podejrzliwie, po czym wzięła go i zajrzała do środka. W środku były…
— Żelki? — zapytała, unosząc brwi.
— Twoje ulubione.
Wyciągnęła jedno opakowanie i zobaczyła czerwone i różowe serduszka. Zasłoniła usta ręką chociaż już cała zaczynała się trząść ze śmiechu.
— O tej porze kwiaciarnie były zamknięte — dodał. — Poza tym żelki są bardziej praktyczne.
— Serduszka… — śmiała się już w głos.
— Wolisz misie? — spytał, sięgając do tylnej kieszeni spodni i wyciągając z nich kolejną paczuszkę.
Popatrzyła na niego.
— Stosować w razie stresu, przemęczenia, tęsknoty oraz potrzeby natychmiastowego przytulenia — rzekł z czułością w oczach. — No dobra, a teraz na serio. Przyszedłem, bo powiedziałaś coś ważnego, a potem zapadła cisza. Nie chciałem, żebyś spędziła tę noc, myśląc, że zbagatelizowałem twoje wyznanie. To było… piękne. I totalnie rozwaliło mnie od środka. Pomyślałem, że muszę cię zobaczyć, chociaż na chwilę.
Zamilkli. Ona wpatrywała się w niego z bijącym sercem. On w nią ze spokojem i z tym błyskiem w oczach, który znała tak dobrze.
— Rano, jak zejdziesz z oddziału, zabiorę cię na śniadanie — odezwał się znowu. — A teraz daję ci żelki i uciekam, zanim ktoś się przyczepi, że kręcę się po szpitalu po godzinach. Ochroniarz mnie lubi, ale nie będę kusił losu.
Zanim ruszył do wyjścia, zrobiła krok w jego stronę i przytuliła go mocno. Oparła głowę o jego ramię i zamknęła oczy. Rafał objął ją ostrożnie wolną ręką i pocałował w czubek głowy.
— Nie rozłączaj się już nigdy — szepnęła. — Nawet jak powiem coś głupiego. Albo nie w porę.
— To nie było głupie — odrzekł równie cicho. — Ani nie w porę. To było idealne. Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo.
Przez chwilę tak stali — jakby świat zwolnił na parterze szpitala, pozwalając im odetchnąć.
— To co, dasz się rano wyciągnąć na śniadanie? — zapytał Rafał.
Janka uniosła głowę.
— Pod jednym warunkiem — powiedziała.
Spojrzał na nią pytająco.
— Pocałuj mnie.
Uniósł brew.
— Kusi cię szpitalna adrenalina? — zapytał.
— Ty mnie kusisz. Skoro już przyjechałeś, to należy ci się jakaś nagroda za poświęcony czas — uśmiechnęła się przewrotnie.
— Janka… — zaśmiał się cicho, ale w następnym momencie spoważniał i nachylił się, żeby ją pocałować. Chwilę później ruszył w stronę drzwi. Przed wyjściem odwrócił się jeszcze raz i puścił jej oczko.
— Śniadanie. Rano. Liczę na ciebie — rzekł.
Skinęła głową i patrzyła przez chwilę za nim, nie mogąc przestać się uśmiechać. Potem odwróciła się i wsiadła do windy po drodze sięgając po żelkowe serduszko. Było słodkie, o smaku malinowym. Było od niego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz