poniedziałek, 8 września 2025

Rozdział 40

Inez i Piotr 

Następnego dnia, Piotr tak, jak obiecał udał się ze swoją, jeszcze nie całkiem oficjalną narzeczoną, do budynku spółdzielni. Znajdował się on w nowoczesnym biurowcu dwie ulice dalej. Wchodząc rzucili okiem, na szyld z pstrokatym logo spółki wynajmującej lokale użytkowe. Musieli udać się na drugie piętro. Wsiedli do windy i wysiedli prosto w recepcji, gdzie kazano im poczekać. Piotr rzucił szybkie spojrzenie na Inez, gdy siadali na sofie. Była spięta, ale skupiona. W ręce ściskała teczkę z wydrukami budżetu, planu rozwoju i kopią umowy najmu. W końcu poproszono ich do gabinetu właściciela.  

Za biurkiem siedział mężczyzna, który mógł mieć równie dobrze pięćdziesiąt jak i sześćdziesiąt lat. W garniturze, krawacie i okularach z cienkimi oprawkami sprawiał wrażenie dość nieprzystępnego urzędnika. Nie podniósł się, kiedy weszli. 

— Proszę usiąść — oznajmił bez zbędnych wstępów. Mamy jakieś piętnaście minut. 

Inez usiadła niepewnie w przeciwieństwie do Piotra. On wydawał się zupełnie spokojny. Nie zajął głosu, po prostu przysłuchiwał się rozmowie. 

— Przejdźmy od razu do rzeczy — zaczęła Inez, rozkładając dokumenty. — Dostałam informację o podwyżce czynszu o trzydzieści pięć procent. To sporo. Chciałabym się dowiedzieć, z czego wynika taka zmiana — rzekła. 

Właściciel skrzyżował ręce na piersi i wzruszył ramionami. 

— Z rynku, proszę pani — odparł lekko protekcjonalnym tonem. Koszty rosną. Media, podatki, inflacja. A poza tym, piekarnia znajduje się w bardzo atrakcyjnej lokalizacji. No i chyba jej działalność też się rozwija, skoro planuje pani kampanie promocyjne. 

Inez zacisnęła zęby. Piotr widział, że zaraz wybuchnie, więc włączył się płynnie do rozmowy. 

— Właśnie dlatego tu jesteśmy — powiedział uśmiechając się lekko. Aktualnie pani Ptaszewska jest na etapie inwestycyjnym. Wzrost kosztów na tym poziomie może zahamować nie tylko rozwój piekarni, ale i podstawową płynność finansową. Zależy nam na przedłużeniu współpracy, ale warunki muszą być możliwe do udźwignięcia. 

— Jeśli czynsz wzrośnie o jedną trzecią — wtrąciła Inez, to albo będziemy musieli podnieść ceny, albo ograniczyć produkcję. A to przeczy temu, co chcemy zbudować. 

Mężczyzna spojrzał na nich, jakby ważył, czy mają coś więcej do zaoferowania. 

Nie będę ukrywałrzekł w końcu są chętni na ten lokal. Z branży gastronomicznej, z większym kapitałem. Ale… — zrobił pauzę. — Lubię stabilnych najemców. I fakt, że jesteście tu już tyle lat, ma znaczenie. Zaoferuję taką opcję: przez trzy miesiące czynsz wzrośnie tylko o dziesięć procent. Potem wracamy do stawki z pisma. Chyba że w międzyczasie pokażecie mi bilans, który uzasadni renegocjację. 

Inez otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale Piotr powstrzymał ją spojrzeniem. 

— W porządku — odparł. Zrobimy tak. Przedstawimy panu wyniki i projekcję na kwartał. Jeśli okaże się, że rozwój idzie zgodnie z planem, porozmawiamy o dalszej stawce. Jeśli nie — zreorganizujemy budżet. Ale prosimy o uczciwą grę — dodał spoglądając twardo na właściciela. 

Ten w odpowiedzi uśmiechnął się, ale raczej powściągliwie. 

Macie trzy miesiące. Tylko nie spóźniajcie się z płatnościami, bo wtedy przestajemy rozmawiać.  

Piotr skinął głową, wstali z Inez, zbierając papiery. Kobieta bąknęła: „dziękuję”, bez cienia entuzjazmu. Gdy wyszli z biura, wypuściła powietrze przez zęby. 

— Czy ja właśnie podziękowałam facetowi, który potraktował mnie protekcjonalnie i zachował się, jakby odraczał wyrok? — rzuciła z niedowierzaniem. 

— Tak. I zrobiłaś to z klasą — odparł Piotr, obejmując ją w pasie. — Teraz pokażemy, na co nas stać. 

— Mam nadzieję, że nie na to, żeby opłacać jego nowy samochód — stwierdziła Inez z sarkazmem. Jeśli tak, to mogę sobie wręczyć tytuł najemcy roku. 

Jeśli uda nam się wyjść na swoje, to będziesz prawdziwym najemcą roku i jeszcze przyszłą panną młodą — przypomniał Piotr 

— Cicho — syknęła, ale uśmiech wpełzł jej na usta zanim zdążyła go powstrzymać. — Chodźmy na obiad. Zgłodniałam po tych negocjacjach — dodała. 

 

Piotr zabrał do niewielkiej restauracji z włoską kuchnią, którą odkryli jakiś czas temu. W środku było cicho, przytulnie, bez muzyki na pełen regulator i bez kelnerów, którzy nachalnie zaglądali w talerz. W sam raz na popołudnie, w które oboje potrzebowali czegoś więcej niż tylko szybkiego posiłku. 

— Myślisz, że on blefował z tą konkurencją? — zapytała Inez, po jakimś czasie grzebiąc widelcem w makaronie. — Bo jeśli nie, to chyba zaczniemy piec ciastka w hurtowych ilościach i rozwozić je rowerami po osiedlach. 

— Albo ty zaczniesz piec ciastka, a ja założę firmę kurierską — mruknął Piotr, sięgając po kieliszek z winem. — W sumie... nie najgorszy pomysł. 

— Nie prowokuj mnie. Wiesz, że mam tabelki z kosztami przesyłek. 

— Właśnie dlatego trzeba trochę szerzej pomyśleć — odparł, poważniejąc. — Może poszukanie inwestora to wcale nie głupi pomysł? Nie chciałaś mojej pomocy, ale możesz wejść w jakąś formę spółdzielni? Są modele, w których lokalni przedsiębiorcy łączą siły. Dzielą zaplecze, księgowość, czasem nawet dostawców. Można ciąć koszty bez obcinania jakości. 

Inez spojrzała na niego uważnie, marszcząc brwi. 

— Ty serio to teraz mówisz? 

— Serio. Wiesz, że lubię cyferki. Przekopałem się przez kilka rozwiązań i znam ludzi, którzy mogliby pomóc to ogarnąć. Tak, żebyś miała kontrolę, ale nie była ze wszystkim sama.  

— Tylko że wtedy trzeba dzielić się wpływami. Albo wpuścić kogoś w swoje decyzje. 

— Wiem. Ale może warto przynajmniej to przemyśleć. Jesteś dobra w tym, co robisz, ale czasem sama siebie zamieniasz w kombajn. Nie wszystko trzeba ciągnąć samodzielnie. 

Zamilkli na chwilę. Inez westchnęła, opierając się wygodnie o oparcie krzesła. 

— To zabawne — powiedziała. Jak otwierałam piekarnię, to miałam jedną myśl: byle być niezależną. A teraz jedyne, co robię, to kalkulowanie zależności. 

— Niezależność to nie znaczy samotność — zauważył spokojnie Piotr. — Czasem wystarczy mieć kogoś obok, kto potrafi cię popchnąć, kiedy sama już nie wiesz, czy opłaca się iść dalej. Ja nadal jestem gotowy zainwestować w twoją piekarnię.  

Uśmiechnęła się kątem ust. 

To, że stałeś się moim narzeczonym nie oznacza, że chcę wchodzić z tobą w spółkę biznesową — rzekła. — Na razie zobaczymy, czy dostanę jakieś dofinansowanie z tego projektu, do którego Antek pomógł mi pisać wniosek. 

No właśnie — Piotr podchwycił temat — skoro stałem się narzeczonym to teraz pora porozmawiać o tym, kiedy zostanę twoim mężem. 

Piotr dolał sobie wina, a cień uśmiechu błąkał się na jego twarzy. 

Może zaczniemy jakieś planowanie wesela? — powiedział z udawaną powagą, unosząc kieliszek i patrząc na Inez z lekkim błyskiem w oku. 

— Wesele? — powtórzyła z udawanym przerażeniem. — Najpierw musimy się uporać z podwyżką czynszu, a dopiero potem będziemy gadać o kwiatkach i tortach. 

— To prawda — przyznał Piotr. — Ale wiesz co? Mam pomysł na oszczędności. Możemy zrobić ceremonię w stylu „Pchli targ”. Ty sprzedajesz swoje wypieki, a ja… cóż, będę twoim „najbardziej przystojnym kelnerem” na weselu. 

Inez wybuchnęła śmiechem. 

— Najbardziej przystojny kelner? 

— Gdybym nie był przystojny, to byś nie chciała za mnie wychodzić. Oczywiście, to tylko jedna z całej listy moich zalet — żartował dalej Piotr. 

Inez odłożyła widelec i spojrzała mu prosto w oczy. 

— To prawda, ale pamiętaj, że jeśli chcesz być moim mężem, to pierwsze małżeńskie zadanie masz już teraz — musisz mi pomóc ogarnąć sprawę tego czynszu.  

Piotr nachylił się nieco bliżej. 

— Wyzwanie przyjęte. Ale pod jednym warunkiem — po wygraniu tej bitwy zabiorę cię na weekend, gdzie nikt nie będzie pytał o nic związanego z rachunkowością i marketingiem. 

Inez uśmiechnęła się ciepło, czując, że ta rozmowa, choć zaczęła się od problemów, nabiera zupełnie innego wymiaru. 

— Brzmi jak dobra umowa — powiedziała cicho. — A potem? 

Piotr uniósł kieliszek i stuknął nim o jej. 

A potem ślub i wesele. 

— Czyli na serio? — zapytała, śmiejąc się lekko, ale z iskierką nadziei w oczach. 

— Na serio — odparł Piotr. — A wcześniej oficjalne oświadczyny. Z pierścionkiem. 

Inez poczuła, jak ciepło rozlewa się po jej piersi. Spojrzała na niego z mieszaniną radości i wdzięczności. 

— To znaczy, że mam szczęście — powiedziała. 

A potem sięgnęła po serwetkę i zaczęła coś na niej pisać. 

— Co robisz? 

— Notatkę. „Uprasza się Piotra, by się nie wygłupiał z zaręczynami w stylu ciasteczko z niespodzianką i nie ukrywał pierścionka w cieście. Żołądek nie służy do przechowywania biżuterii.” 

Mężczyzna parsknął śmiechem. 

— Dlaczego zakładasz, że wszystko sprowadzam do wypieków? — zapytał. 

— Bo jesteś z kobietą, która ciągle myśli, ile trzeba dodać mąki, masła i cukru — odparła, składając serwetkę na pół i wsuwając ją do torebki. — Trzeba się zabezpieczać przed ewentualnymi… pokusami kreatywności. 

— W porządku — Piotr uniósł dłonie w geście poddania. — Obiecuję. Żadnych pierścionków w ciastach. Żadnych niespodzianek w rogalikach. Wszystko po ludzku, elegancko i z klasą. 

— I bez migdałów — dodała Inez, z trudem powstrzymując śmiech. — Na wypadek, gdybyś jednak złamał pierwszą obietnicę i postanowił połączyć zaręczyny z alergią. 

Piotr pokręcił głową z rozbawieniem. 

— To będzie piękne małżeństwo — stwierdził. — Z dużą dozą logistyki i jeszcze większą dawką sarkazmu. 

— I odrobiną uczuć — dodała, unosząc brwi. 

— Odrobiną? — Piotr z udawaną powagą zmarszczył czoło 

— Zbyt dużo słodyczy potrafi zmulić. 

Więc nie słodź, tylko mów wprost — odparł. 

Spojrzała na niego. 

Kocham cię — powiedziała. 

 

Liwia i Antek 

Piątek poprzedzający operację Antka upłynął pod znakiem ostatnich badań w szpitalu, zakończonych konsultacją z Kingą. Ostateczne wyniki potwierdziły, że zastosowana zostanie metoda laparoskopowa z jednym większym cięciem, przez które zostanie usunięty guz. Była to dobra wiadomość — oznaczała krótszą rekonwalescencję i szybsze gojenie ran.  

Antek już od jakiegoś czasu korzystał z pomocy fizjoterapeutki, by nie pozwolić ciału na osłabienie podczas leczenia. Bywały dni, gdy brakowało mu sił nawet na najprostsze czynności, ale w te lepsze — zwłaszcza w ostatnich tygodniach — korzystał z masaży, lekkich ćwiczeń rozciągających i wzmacniających oraz terapii oddechowych. Nie zamierzał być biernym pacjentem, który bezczynnie patrzy, jak jego ciało wiotczeje pod wpływem choroby. Te zabiegi nie tylko pomagały mu rozładować stres i napięcie, lecz także przywracały poczucie kontroli, niezależności i pewności siebie. 

Kinga złapała się na tym, że sama patrzyła z podziwem na jego determinację w utrzymaniu dobrej kondycji. Zakończyła konsultację i kazała Antkowi wracać na weekend do domu. Na oddział miał się zgłosić w poniedziałek z samego rana. 

W niedzielne popołudnie stres zaczął udzielać się każdemu. Najpierw pani Anna przypaliła mięso. Dało się je uratować, ale kawałkami było czarne jak węgiel a w całym domu unosił się charakterystyczny zapach spalenizny. 

Dzieciaki, które zawsze dokazywały, tego dnia były jakieś wyciszone i nieswoje. Nie pomógł nawet spacer z dziadkiem.  

Kulminacja nastąpiła wieczorem. Antek i Liwia siedzieli razem na tarasie wdychając rześkie, letnie powietrze. Wiatr delikatnie poruszał liśćmi winorośli, a w oddali słychać było szczekanie psów. Oboje trzymali w dłoniach kubki po herbacie i w milczeniu obserwowali Klarę i Kacpra, bawiących się nieco dalej z kotem. 

— Wiesz, Liwka… — zaczął nagle Antek cicho, nie patrząc na dziewczynę. — Pomyślałem o jutrzejszym poranku. W sumie... mogłabyś przyjechać, jak już będę po wszystkim. Będzie lepiej. Serio. 

Liwia spojrzała na niego. 

— Co? — zapytała z niedowierzaniem. — Żartujesz? 

— Nie — pokręcił głową, nadal patrząc przed siebie. Po co masz siedzieć pół dnia w szpitalu? Czekają cię tylko nerwy, stres i bezproduktywnie spędzony czas. Nie musimy się widzieć rano, rodzice mi pomachają i zaraz zostanę przewieziony na blok. Możesz w tym czasie ogarnąć coś w studio. Wiem, że masz dużo pracy. 

Liwia sięgnęła ręką do jego policzka i zmusiła go, żeby przeniósł wzrok na nią. 

— Chcę być blisko — powiedziała twardo. Chcę czekać z twoimi rodzicami. Nie wyobrażam sobie, że podczas trwania operacji będę uśmiechać się do jakiejś klientki robiąc jej makijaż albo rozmawiać z nią o kosmetykach. 

Antek westchnął. 

— Wiem, ale ja nie chcę, żebyś to tak przeżywała — powiedział. Nie musisz. 

— A ty myślisz, że jak pójdę do pracy, to przestanę przeżywać? — zapytała kobieta z uniesieniem. 

Kiedy nic nie odpowiedział, zerwała się z miejsca i nachyliła nad nim opierając dłonie na podłokietnikach jego krzesła. Jej oczy błyszczały.  

— Rozumiem, że gdyby sytuacja była odwrotna, to ty nie siedziałbyś w szpitalu? —  spytała cedząc każde słowo. — Poszedłbyś sobie do pracy z lekką głową, a potem wrócił, radosnym krokiem wszedł na salę i powiedział: „Cześć Liwia, dobrze, że już po wszystkim”. 

Jej głos lekko zadrżał, ale szybko nad nim zapanowała 

No jasne kontynuowała dalej ironicznym tonem. —  Antoni Jaroszyński ma się coraz lepiej, więc pora odsunąć tych, którzy za bardzo się przejmują, tak? Lepiej znowu zamknąć się w sobie i zdecydować za innych, co mają czuć, co im wolno, a co będzie dla nich „lepsze”. 

Jej słowa cięły go jak brzytwa. Chciał coś powiedzieć, zaprzeczyć, ale nie był w stanie. Liwia odsunęła się i tylko pokręciła głową. 

Może ty potrafisz to rozegrać na chłodno. Ja nie. Nie umiem wyłączyć emocji. I nie chcę. Chcę być przy tobie więc nie odsuwaj mnie w takim momencie. To boli bardziej niż myślisz. 

Odwróciła się, żeby wejść do domu, ale w tym momencie mocna dłoń złapała ją za przedramię i w następnej sekundzie od tyłu objęły ją ramiona Antka. Przytulił z całej siły, opierając brodę na jej ramieniu. 

— Przepraszampowiedział cicho. — Za to, co powiedziałem. Pomyślałem, że zaoszczędzę tobie tych dramatycznych scen przed operacją typu uściski, patrzenie jak mnie przygotowują i zabierają. A na mnie będzie mniej skupionych litościwych i zatroskanych spojrzeń 

Liwia wciągnęła powietrze, ale nie odsunęła się. 

— Gdybyś była na moim miejscu, — ciągnął dalej — to… ja… nie chcę żebyś nigdy na nim była. Nie zniósłbym tego. I na pewno nie zostawiłbym cię samej ani na chwilę. 

Odwróciła się w jego ramionach. Ich oczy się spotkały. 

— Zapamiętaj jedno rzekła. — My nie patrzymy na ciebie z litością. To jest miłość, Antek. Miłość, szacunek, podziw, troska. Będziemy tak patrzeć na ciebie w każdej chwili twojego życia, bo cię kochamy. Rozumiesz? 

Skinął głową. 

Dziękuję, że masz do mnie tyle cierpliwości — odparł. 

W tym samym momencie obok nich stanęli Kacper i Klara. Dziewczynka spojrzała wprost na Antka. 

— Wujku, miałeś walczyć ze smokiem, a nie dawać się mu pokonać — powiedziała. 

Zapadła cisza. Po chwili Liwia wybuchnęła śmiechem, a Antek westchnął i spojrzał na dzieci. 

— Masz rację — przyznał. 

Klara podeszła bliżej. 

Kiedyś poprawiałeś wzrok laserem — przypomniała mu. —  To było po to, żeby lepiej widzieć? — spytała. 

— Tak — odparł. 

— To musisz iść jeszcze raz. 

— Dlaczego? 

— Bo z daleka widać, że ciocia cię kocha — rzekł Kacper 

Liwia zasłoniła usta ręką. Antek powstrzymywał śmiech, ale z trudem. 

Chodźcie tutaj — powiedział przykucnąwszy. 

Kiedy podeszli bliżej objął każde z nich ramieniem. 

— Zapamiętajcie, że nieładnie jest podsłuchiwać,oznajmił — ale tym razem ujdzie wam to na sucho, bo przypomnieliście mi o czymś bardzo ważnym. 

— O czym? — spytała Klara. 

— O tym, że tych, których się kocha nie można ranić — odrzekł, po czym przytulił dzieci i wstał. 

Spojrzał na Liwię z miłością. 

— Bardzo bym chciał, żebyś była przy mnie przez cały ten czas — powiedział. 

Objęła go mocno i bez wahania, a Kacper i Klara przybili sobie dyskretnie piątkę. 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rozdział 46

Inez, Piotr i Jacek     Kilka dni później, w ciepłe letnie popołudnie , Inez z Piotrem i Jackiem wybrali się do budynku na Starym Mieście. ...