Inez i Piotr
Następnego dnia, Piotr tak, jak obiecał udał się ze swoją, jeszcze nie całkiem oficjalną narzeczoną, do budynku spółdzielni. Znajdował się on w nowoczesnym biurowcu dwie ulice dalej. Wchodząc rzucili okiem, na szyld z pstrokatym logo spółki wynajmującej lokale użytkowe. Musieli udać się na drugie piętro. Wsiedli do windy i wysiedli prosto w recepcji, gdzie kazano im poczekać. Piotr rzucił szybkie spojrzenie na Inez, gdy siadali na sofie. Była spięta, ale skupiona. W ręce ściskała teczkę z wydrukami budżetu, planu rozwoju i kopią umowy najmu. W końcu poproszono ich do gabinetu właściciela.
Za biurkiem siedział mężczyzna, który mógł mieć równie dobrze pięćdziesiąt jak i sześćdziesiąt lat. W garniturze, krawacie i okularach z cienkimi oprawkami sprawiał wrażenie dość nieprzystępnego urzędnika. Nie podniósł się, kiedy weszli.
— Proszę usiąść — oznajmił bez zbędnych wstępów. — Mamy jakieś piętnaście minut.
Inez usiadła niepewnie w przeciwieństwie do Piotra. On wydawał się zupełnie spokojny. Nie zajął głosu, po prostu przysłuchiwał się rozmowie.
— Przejdźmy od razu do rzeczy — zaczęła Inez, rozkładając dokumenty. — Dostałam informację o podwyżce czynszu o trzydzieści pięć procent. To sporo. Chciałabym się dowiedzieć, z czego wynika taka zmiana — rzekła.
Właściciel skrzyżował ręce na piersi i wzruszył ramionami.
— Z rynku, proszę pani — odparł lekko protekcjonalnym tonem. — Koszty rosną. Media, podatki, inflacja. A poza tym, piekarnia znajduje się w bardzo atrakcyjnej lokalizacji. No i chyba jej działalność też się rozwija, skoro planuje pani kampanie promocyjne.
Inez zacisnęła zęby. Piotr widział, że zaraz wybuchnie, więc włączył się płynnie do rozmowy.
— Właśnie dlatego tu jesteśmy — powiedział uśmiechając się lekko. — Aktualnie pani Ptaszewska jest na etapie inwestycyjnym. Wzrost kosztów na tym poziomie może zahamować nie tylko rozwój piekarni, ale i podstawową płynność finansową. Zależy nam na przedłużeniu współpracy, ale warunki muszą być możliwe do udźwignięcia.
— Jeśli czynsz wzrośnie o jedną trzecią — wtrąciła Inez, — to albo będziemy musieli podnieść ceny, albo ograniczyć produkcję. A to przeczy temu, co chcemy zbudować.
Mężczyzna spojrzał na nich, jakby ważył, czy mają coś więcej do zaoferowania.
— Nie będę ukrywał — rzekł w końcu — są chętni na ten lokal. Z branży gastronomicznej, z większym kapitałem. Ale… — zrobił pauzę. — Lubię stabilnych najemców. I fakt, że jesteście tu już tyle lat, ma znaczenie. Zaoferuję taką opcję: przez trzy miesiące czynsz wzrośnie tylko o dziesięć procent. Potem wracamy do stawki z pisma. Chyba że w międzyczasie pokażecie mi bilans, który uzasadni renegocjację.
Inez otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale Piotr powstrzymał ją spojrzeniem.
— W porządku — odparł. — Zrobimy tak. Przedstawimy panu wyniki i projekcję na kwartał. Jeśli okaże się, że rozwój idzie zgodnie z planem, porozmawiamy o dalszej stawce. Jeśli nie — zreorganizujemy budżet. Ale prosimy o uczciwą grę — dodał spoglądając twardo na właściciela.
Ten w odpowiedzi uśmiechnął się, ale raczej powściągliwie.
— Macie trzy miesiące. Tylko nie spóźniajcie się z płatnościami, bo wtedy przestajemy rozmawiać.
Piotr skinął głową, wstali z Inez, zbierając papiery. Kobieta bąknęła: „dziękuję”, bez cienia entuzjazmu. Gdy wyszli z biura, wypuściła powietrze przez zęby.
— Czy ja właśnie podziękowałam facetowi, który potraktował mnie protekcjonalnie i zachował się, jakby odraczał wyrok? — rzuciła z niedowierzaniem.
— Tak. I zrobiłaś to z klasą — odparł Piotr, obejmując ją w pasie. — Teraz pokażemy, na co nas stać.
— Mam nadzieję, że nie na to, żeby opłacać jego nowy samochód — stwierdziła Inez z sarkazmem. — Jeśli tak, to mogę sobie wręczyć tytuł najemcy roku.
— Jeśli uda nam się wyjść na swoje, to będziesz prawdziwym najemcą roku i jeszcze przyszłą panną młodą — przypomniał Piotr.
— Cicho — syknęła, ale uśmiech wpełzł jej na usta zanim zdążyła go powstrzymać. — Chodźmy na obiad. Zgłodniałam po tych negocjacjach — dodała.
Piotr zabrał ją do niewielkiej restauracji z włoską kuchnią, którą odkryli jakiś czas temu. W środku było cicho, przytulnie, bez muzyki na pełen regulator i bez kelnerów, którzy nachalnie zaglądali w talerz. W sam raz na popołudnie, w które oboje potrzebowali czegoś więcej niż tylko szybkiego posiłku.
— Myślisz, że on blefował z tą konkurencją? — zapytała Inez, po jakimś czasie grzebiąc widelcem w makaronie. — Bo jeśli nie, to chyba zaczniemy piec ciastka w hurtowych ilościach i rozwozić je rowerami po osiedlach.
— Albo ty zaczniesz piec ciastka, a ja założę firmę kurierską — mruknął Piotr, sięgając po kieliszek z winem. — W sumie... nie najgorszy pomysł.
— Nie prowokuj mnie. Wiesz, że mam tabelki z kosztami przesyłek.
— Właśnie dlatego trzeba trochę szerzej pomyśleć — odparł, poważniejąc. — Może poszukanie inwestora to wcale nie głupi pomysł? Nie chciałaś mojej pomocy, ale możesz wejść w jakąś formę spółdzielni? Są modele, w których lokalni przedsiębiorcy łączą siły. Dzielą zaplecze, księgowość, czasem nawet dostawców. Można ciąć koszty bez obcinania jakości.
Inez spojrzała na niego uważnie, marszcząc brwi.
— Ty serio to teraz mówisz?
— Serio. Wiesz, że lubię cyferki. Przekopałem się przez kilka rozwiązań i znam ludzi, którzy mogliby pomóc to ogarnąć. Tak, żebyś miała kontrolę, ale nie była ze wszystkim sama.
— Tylko że wtedy trzeba dzielić się wpływami. Albo wpuścić kogoś w swoje decyzje.
— Wiem. Ale może warto przynajmniej to przemyśleć. Jesteś dobra w tym, co robisz, ale czasem sama siebie zamieniasz w kombajn. Nie wszystko trzeba ciągnąć samodzielnie.
Zamilkli na chwilę. Inez westchnęła, opierając się wygodnie o oparcie krzesła.
— To zabawne — powiedziała. — Jak otwierałam piekarnię, to miałam jedną myśl: byle być niezależną. A teraz jedyne, co robię, to kalkulowanie zależności.
— Niezależność to nie znaczy samotność — zauważył spokojnie Piotr. — Czasem wystarczy mieć kogoś obok, kto potrafi cię popchnąć, kiedy sama już nie wiesz, czy opłaca się iść dalej. Ja nadal jestem gotowy zainwestować w twoją piekarnię.
Uśmiechnęła się kątem ust.
— To, że stałeś się moim narzeczonym nie oznacza, że chcę wchodzić z tobą w spółkę biznesową — rzekła. — Na razie zobaczymy, czy dostanę jakieś dofinansowanie z tego projektu, do którego Antek pomógł mi pisać wniosek.
— No właśnie — Piotr podchwycił temat — skoro stałem się narzeczonym to teraz pora porozmawiać o tym, kiedy zostanę twoim mężem.
Piotr dolał sobie wina, a cień uśmiechu błąkał się na jego twarzy.
— Może zaczniemy jakieś planowanie wesela? — powiedział z udawaną powagą, unosząc kieliszek i patrząc na Inez z lekkim błyskiem w oku.
— Wesele? — powtórzyła z udawanym przerażeniem. — Najpierw musimy się uporać z podwyżką czynszu, a dopiero potem będziemy gadać o kwiatkach i tortach.
— To prawda — przyznał Piotr. — Ale wiesz co? Mam pomysł na oszczędności. Możemy zrobić ceremonię w stylu „Pchli targ”. Ty sprzedajesz swoje wypieki, a ja… cóż, będę twoim „najbardziej przystojnym kelnerem” na weselu.
Inez wybuchnęła śmiechem.
— Najbardziej przystojny kelner?
— Gdybym nie był przystojny, to byś nie chciała za mnie wychodzić. Oczywiście, to tylko jedna z całej listy moich zalet — żartował dalej Piotr.
Inez odłożyła widelec i spojrzała mu prosto w oczy.
— To prawda, ale pamiętaj, że jeśli chcesz być moim mężem, to pierwsze małżeńskie zadanie masz już teraz — musisz mi pomóc ogarnąć sprawę tego czynszu.
Piotr nachylił się nieco bliżej.
— Wyzwanie przyjęte. Ale pod jednym warunkiem — po wygraniu tej bitwy zabiorę cię na weekend, gdzie nikt nie będzie pytał o nic związanego z rachunkowością i marketingiem.
Inez uśmiechnęła się ciepło, czując, że ta rozmowa, choć zaczęła się od problemów, nabiera zupełnie innego wymiaru.
— Brzmi jak dobra umowa — powiedziała cicho. — A potem?
Piotr uniósł kieliszek i stuknął nim o jej.
— A potem ślub i wesele.
— Czyli na serio? — zapytała, śmiejąc się lekko, ale z iskierką nadziei w oczach.
— Na serio — odparł Piotr. — A wcześniej oficjalne oświadczyny. Z pierścionkiem.
Inez poczuła, jak ciepło rozlewa się po jej piersi. Spojrzała na niego z mieszaniną radości i wdzięczności.
— To znaczy, że mam szczęście — powiedziała.
A potem sięgnęła po serwetkę i zaczęła coś na niej pisać.
— Co robisz?
— Notatkę. „Uprasza się Piotra, by się nie wygłupiał z zaręczynami w stylu „ciasteczko z niespodzianką” i nie ukrywał pierścionka w cieście. Żołądek nie służy do przechowywania biżuterii.”
Mężczyzna parsknął śmiechem.
— Dlaczego zakładasz, że wszystko sprowadzam do wypieków? — zapytał.
— Bo jesteś z kobietą, która ciągle myśli, ile trzeba dodać mąki, masła i cukru — odparła, składając serwetkę na pół i wsuwając ją do torebki. — Trzeba się zabezpieczać przed ewentualnymi… pokusami kreatywności.
— W porządku — Piotr uniósł dłonie w geście poddania. — Obiecuję. Żadnych pierścionków w ciastach. Żadnych niespodzianek w rogalikach. Wszystko po ludzku, elegancko i z klasą.
— I bez migdałów — dodała Inez, z trudem powstrzymując śmiech. — Na wypadek, gdybyś jednak złamał pierwszą obietnicę i postanowił połączyć zaręczyny z alergią.
Piotr pokręcił głową z rozbawieniem.
— To będzie piękne małżeństwo — stwierdził. — Z dużą dozą logistyki i jeszcze większą dawką sarkazmu.
— I odrobiną uczuć — dodała, unosząc brwi.
— Odrobiną? — Piotr z udawaną powagą zmarszczył czoło.
— Zbyt dużo słodyczy potrafi zmulić.
— Więc nie słodź, tylko mów wprost — odparł.
Spojrzała na niego.
— Kocham cię — powiedziała.
Liwia i Antek
Piątek poprzedzający operację Antka upłynął pod znakiem ostatnich badań w szpitalu, zakończonych konsultacją z Kingą. Ostateczne wyniki potwierdziły, że zastosowana zostanie metoda laparoskopowa z jednym większym cięciem, przez które zostanie usunięty guz. Była to dobra wiadomość — oznaczała krótszą rekonwalescencję i szybsze gojenie ran.
Antek już od jakiegoś czasu korzystał z pomocy fizjoterapeutki, by nie pozwolić ciału na osłabienie podczas leczenia. Bywały dni, gdy brakowało mu sił nawet na najprostsze czynności, ale w te lepsze — zwłaszcza w ostatnich tygodniach — korzystał z masaży, lekkich ćwiczeń rozciągających i wzmacniających oraz terapii oddechowych. Nie zamierzał być biernym pacjentem, który bezczynnie patrzy, jak jego ciało wiotczeje pod wpływem choroby. Te zabiegi nie tylko pomagały mu rozładować stres i napięcie, lecz także przywracały poczucie kontroli, niezależności i pewności siebie.
Kinga złapała się na tym, że sama patrzyła z podziwem na jego determinację w utrzymaniu dobrej kondycji. Zakończyła konsultację i kazała Antkowi wracać na weekend do domu. Na oddział miał się zgłosić w poniedziałek z samego rana.
W niedzielne popołudnie stres zaczął udzielać się każdemu. Najpierw pani Anna przypaliła mięso. Dało się je uratować, ale kawałkami było czarne jak węgiel a w całym domu unosił się charakterystyczny zapach spalenizny.
Dzieciaki, które zawsze dokazywały, tego dnia były jakieś wyciszone i nieswoje. Nie pomógł nawet spacer z dziadkiem.
Kulminacja nastąpiła wieczorem. Antek i Liwia siedzieli razem na tarasie wdychając rześkie, letnie powietrze. Wiatr delikatnie poruszał liśćmi winorośli, a w oddali słychać było szczekanie psów. Oboje trzymali w dłoniach kubki po herbacie i w milczeniu obserwowali Klarę i Kacpra, bawiących się nieco dalej z kotem.
— Wiesz, Liwka… — zaczął nagle Antek cicho, nie patrząc na dziewczynę. — Pomyślałem o jutrzejszym poranku. W sumie... mogłabyś przyjechać, jak już będę po wszystkim. Będzie lepiej. Serio.
Liwia spojrzała na niego.
— Co? — zapytała z niedowierzaniem. — Żartujesz?
— Nie — pokręcił głową, nadal patrząc przed siebie. — Po co masz siedzieć pół dnia w szpitalu? Czekają cię tylko nerwy, stres i bezproduktywnie spędzony czas. Nie musimy się widzieć rano, rodzice mi pomachają i zaraz zostanę przewieziony na blok. Możesz w tym czasie ogarnąć coś w studio. Wiem, że masz dużo pracy.
Liwia sięgnęła ręką do jego policzka i zmusiła go, żeby przeniósł wzrok na nią.
— Chcę być blisko — powiedziała twardo. — Chcę czekać z twoimi rodzicami. Nie wyobrażam sobie, że podczas trwania operacji będę uśmiechać się do jakiejś klientki robiąc jej makijaż albo rozmawiać z nią o kosmetykach.
Antek westchnął.
— Wiem, ale ja nie chcę, żebyś to tak przeżywała — powiedział. — Nie musisz.
— A ty myślisz, że jak pójdę do pracy, to przestanę przeżywać? — zapytała kobieta z uniesieniem.
Kiedy nic nie odpowiedział, zerwała się z miejsca i nachyliła nad nim opierając dłonie na podłokietnikach jego krzesła. Jej oczy błyszczały.
— Rozumiem, że gdyby sytuacja była odwrotna, to ty nie siedziałbyś w szpitalu? — spytała cedząc każde słowo. — Poszedłbyś sobie do pracy z lekką głową, a potem wrócił, radosnym krokiem wszedł na salę i powiedział: „Cześć Liwia, dobrze, że już po wszystkim”.
Jej głos lekko zadrżał, ale szybko nad nim zapanowała.
— No jasne — kontynuowała dalej ironicznym tonem. — Antoni Jaroszyński ma się coraz lepiej, więc pora odsunąć tych, którzy za bardzo się przejmują, tak? Lepiej znowu zamknąć się w sobie i zdecydować za innych, co mają czuć, co im wolno, a co będzie dla nich „lepsze”.
Jej słowa cięły go jak brzytwa. Chciał coś powiedzieć, zaprzeczyć, ale nie był w stanie. Liwia odsunęła się i tylko pokręciła głową.
— Może ty potrafisz to rozegrać na chłodno. Ja nie. Nie umiem wyłączyć emocji. I nie chcę. Chcę być przy tobie więc nie odsuwaj mnie w takim momencie. To boli bardziej niż myślisz.
Odwróciła się, żeby wejść do domu, ale w tym momencie mocna dłoń złapała ją za przedramię i w następnej sekundzie od tyłu objęły ją ramiona Antka. Przytulił ją z całej siły, opierając brodę na jej ramieniu.
— Przepraszam — powiedział cicho. — Za to, co powiedziałem. Pomyślałem, że zaoszczędzę tobie tych dramatycznych scen przed operacją typu uściski, patrzenie jak mnie przygotowują i zabierają. A na mnie będzie mniej skupionych litościwych i zatroskanych spojrzeń.
Liwia wciągnęła powietrze, ale nie odsunęła się.
— Gdybyś była na moim miejscu, — ciągnął dalej — to… ja… nie chcę żebyś nigdy na nim była. Nie zniósłbym tego. I na pewno nie zostawiłbym cię samej ani na chwilę.
Odwróciła się w jego ramionach. Ich oczy się spotkały.
— Zapamiętaj jedno — rzekła. — My nie patrzymy na ciebie z litością. To jest miłość, Antek. Miłość, szacunek, podziw, troska. Będziemy tak patrzeć na ciebie w każdej chwili twojego życia, bo cię kochamy. Rozumiesz?
Skinął głową.
— Dziękuję, że masz do mnie tyle cierpliwości — odparł.
W tym samym momencie obok nich stanęli Kacper i Klara. Dziewczynka spojrzała wprost na Antka.
— Wujku, miałeś walczyć ze smokiem, a nie dawać się mu pokonać — powiedziała.
Zapadła cisza. Po chwili Liwia wybuchnęła śmiechem, a Antek westchnął i spojrzał na dzieci.
— Masz rację — przyznał.
Klara podeszła bliżej.
— Kiedyś poprawiałeś wzrok laserem — przypomniała mu. — To było po to, żeby lepiej widzieć? — spytała.
— Tak — odparł.
— To musisz iść jeszcze raz.
— Dlaczego?
— Bo z daleka widać, że ciocia cię kocha — rzekł Kacper.
Liwia zasłoniła usta ręką. Antek powstrzymywał śmiech, ale z trudem.
— Chodźcie tutaj — powiedział przykucnąwszy.
Kiedy podeszli bliżej objął każde z nich ramieniem.
— Zapamiętajcie, że nieładnie jest podsłuchiwać, — oznajmił — ale tym razem ujdzie wam to na sucho, bo przypomnieliście mi o czymś bardzo ważnym.
— O czym? — spytała Klara.
— O tym, że tych, których się kocha nie można ranić — odrzekł, po czym przytulił dzieci i wstał.
Spojrzał na Liwię z miłością.
— Bardzo bym chciał, żebyś była przy mnie przez cały ten czas — powiedział.
Objęła go mocno i bez wahania, a Kacper i Klara przybili sobie dyskretnie piątkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz