środa, 3 września 2025

Rozdział 4

Liwia i Antek

 

W sobotę Liwia była na nogach od szóstej rano. Musiała zrobić sobie makijaż, który przetrwa cały dzień. Później nie miała już czasu dla siebie. Jedynie tyle, żeby przebrać się w sukienkę na wesele. Na szczęście będzie miała przy sobie cały kuferek kosmetyków więc najwyżej podczas przyjęcia będzie mogła zrobić ewentualne poprawki na sobie. Zdążyła zjeść szybkie śniadanie, wypiła kawę i stwierdziła, że jest gotowa, żeby jechać do domu pani młodej. Wieczór wcześniej spakowała wszystkie potrzebne rzeczy do samochodu. Teraz pozostało jej tylko zabrać jeszcze pokrowiec z sukienką. Wyjrzała przez okno kuchenne na zewnątrz. Pogoda nie zachwycała, ale na szczęście nie sypał śnieg ani nie padał deszcz więc nie było najgorzej. 

Godzinę później wniosła kufer oraz specjalną lampę do salonu w mieszkaniu Agaty. Pierwsza w kolejce była mama pani młodej, potem sama pani młoda, która miała przyjechać od fryzjera, a na końcu koleżanka, która miała być świadkiem. Potem jeszcze Liwia miała przejść do domu sąsiadów i zrobić makijaż mamie Antka. Chociaż kobieta nie była jakimś znaczącym gościem na weselu, Liwka nie miała serca odmówić jej upiększenia skóry na to wydarzenie. Makijaż mamy Agaty zajął jej około godziny. Liwia skupiła się głównie na tym, żeby był trwały i odmładzający. Używała delikatnego podkładu i kolorów beżowych, brązowych i brzoskwiniowych. Przykleiła też kilka kępek rzęs, żeby bardziej otworzyć oko. Na koniec nałożyła odpowiednią szminkę i całość spryskała mgiełką utrwalającą. Mama była gotowa.

Potem przyszła kolej na Agatę. Liwia odtworzyła makijaż z sesji próbnej. Przy dość prostej sukni i klasycznym koku, zrobiła makijaż, który delikatnie podkreślił oko, ale nie był ciężki. Niemniej zadbała o to, żeby pięknie prezentował się na fotografiach. Agata jako modelka niejednokrotnie miała na sobie makijaż ślubny, ale na jej ślub Liwka przygotowała coś nowego w odcieniach kremowych, złotego różu i brązu. Do tego zrobiła delikatne kreski czarnym eyelinerem i dokleiła połówki pasków rzęs, które pięknie otworzyły i wyciągnęły oko. Całość dopełniła szminka w odcieniu zgaszonego ciepłego różu. Makijaż został utrwalony i Liwia mogła zabrać się za świadkową, która zdążyła dojechać w międzyczasie. Dziewczyna miała piękne brązowe oczy dlatego Liwia na dolnej powiece dodała delikatny akcent w granatowym odcieniu, a usta pomalowała szminką w odcieniach ciepłego różu. Kiedy wszystkie kobiety były gotowe i zadowolone z efektu końcowego, spakowała kuferek i udała się do sąsiedniego domu.

Godzinę później pani Jaroszyńska także była gotowa na wesele. Zachwycona przeglądała się w lustrze, a Liwia pakowała kosmetyki i pędzle. Zostało jej kilkadziesiąt minut, żeby się ogarnąć, przebrać i jechać do kościoła.

- Przepraszam, czy mogłabym skorzystać z łazienki i przebrać się u państwa sukienkę? - zapytała.

- Oczywiście - odparła gospodyni odwracając się w jej stronę z uśmiechem po czym wskazała jej ręką kierunek.

- Dziękuję, nie zostało wiele czasu i obawiam się, że już nie zdążę przebrać się gdzie indziej - rzekła Liwia.

- Proszę korzystać. Będziemy się zbierać za jakieś pół godziny.

Liwia szybko odniosła kufer do samochodu, chwyciła pokrowiec z sukienką i wpadła do łazienki. Makijaż trzymał się nieźle, w samochodzie poprawi tylko szminkę. Teraz najważniejsze było, żeby szybko się przebrać. Dziesięć minut później była gotowa. Pozbierała swoje rzeczy, włożyła zimowe buty i płaszcz i poszła do samochodu. 

 

Ceremonia ślubna była uroczysta i wzruszająca. Antek patrząc na Agatę i Karola wiedział, że oni pasowali do siebie o wiele bardziej niż on do Agaty. Nie czuł już żalu ani smutku, po prostu cieszył się ich szczęściem. Wiedział, że jeśli będzie mu dane, to on też kiedyś znajdzie osobą, z którą stworzy solidny związek oparty na trwałych fundamentach. Po ślubie, z racji, że było zimno, nie było składania życzeń pod kościołem. Młodzi pojechali prosto do lokalu, w którym miało odbyć się przyjęcie, a goście pojechali za nimi. Antek początkowo trzymał się blisko swojej rodziny, ale po chwili zobaczył Liwię, która zastanawiała się, które miejsce zająć. Była sama i najwyraźniej nie miała tutaj znajomych. Antek zwrócił uwagę na jej suknię w kolorze granatu, która świetnie pasowała do jej platynowego blond odcienia włosów i piwnych oczu. Uśmiechnął się w duchu do siebie, że korekta wzroku zdecydowanie wyostrzyła jego zmysł do wychwytania nowych szczegółów. Nie zastanawiał się długo, przeprosił rodziców i podszedł do kobiety.

- Cześć - przywitał się z uśmiechem. - Mogę dotrzymać ci towarzystwa? - zapytał.

Liwia odpowiedziała mu szerokim uśmiechem.

- Skoro proponujesz to chętnie skorzystam - odparła. - Nie znam tu nikogo. Dobrze będzie mieć obok siebie chociaż jedną znajomą twarz.

- Tam siedzą moi rodzice i rodzeństwo - wskazał pobliski stolik. - Może do nas dołączysz? 

- Pewnie. Im więcej osób tym raźniej.

Antek poprowadził ją w stronę, gdzie siedziała jego rodzina. Po chwili zajęli miejsca, a on dokonał prezentacji przed osobami, których Liwia jeszcze nie znała. Byli to jego tato, dwie siostry, szwagier i dwoje siostrzeńców, którzy jak zauważyła kobieta byli bardzo bystrzy, jak na swój wiek. Goście wymienili kilka uwag między sobą, a po chwili kelnerzy przynieśli obiad. Liwia zauważyła, że Antek nie jadł wiele, co nie uszło uwagi jego mamie. 

- Znowu masz problem z żołądkiem? - zapytała cicho, ale Liwia i tak usłyszała zadane z troską pytanie. - Antek, powinieneś iść do lekarza. Za często masz te problemy i widzę, że schudłeś - stwierdziła.

- Ogarnę to tylko muszę najpierw skończyć jedną rzecz w pracy - odparł syn. - Potem będę miał więcej luzu i wtedy pójdę się zbadać od stóp do głów. Obiecuję - dodał ściskając mamie dłoń i spoglądając jej w oczy.

Pani Jaroszyńska przyjęła jego deklarację, ale chyba bez większego przekonania, bo kiedy odwracała wzrok nadal było w nim wiele zmartwienia i troski. Antek widział to spojrzenie, prawdę dowiedziawszy sam też trochę się martwił i bał. Był już umówiony do lekarza, ale musiał poczekać na swoją kolejkę. Póki co zamierzał po prostu bawić się na weselu. Przyjęcie w zasadzie nie różniło się niczym od innych zatem po obiedzie państwo młodzi zaprezentowali swój pierwszy taniec, a potem na parkiet wyszła reszta gości. Antek nie czuł energii do tańca, ale skoro zobowiązał się dotrzymać towarzystwa Liwii to jakoś się przemógł i zaprosił ją do spokojniejszego kawałka. O dziwo, zgrali się tak, jakby robili to razem od lat. Liwię też to zaskoczyło. Zostali na parkiecie dłużej niż początkowo zakładali czerpiąc przyjemność ze wspólnego tańca.

- Wow, świetnie dajesz się prowadzić – stwierdził Antek, kiedy przyszli do stolika, żeby trochę odsapnąć i napić się czegoś.

- A ty doskonale prowadzisz – odparła Liwia. – Jesteś bardzo stanowczy w swoich gestach. Uczyłeś się gdzieś tańczyć?

Antek roześmiał się.

- Skończyłem dwa albo trzy stopnie w szkole tańca z jakieś... piętnaście lat temu – odpowiedział.

Liwia odpowiedziała śmiechem.

- Naprawdę? To musisz mieć wrodzony talent – uznała. – Bo mi faceci często zarzucają, że lubię rządzić. 

- Może po prostu są za mało odważni, żeby pokazać, czego chcą. Ale w sposób dżentelmeński, nie wymuszając na siłę.

Liwia spojrzała na Antka z uznaniem. Poczuła jakieś dziwne ciepło w środku. Spodobało się jej to, co powiedział. Wiedziała, że w jej wieku miała już w jakiś sposób ukształtowany charakter i osobowość, co sprawiało, że mogła wyglądać na kobietę stanowczą i dominującą. Nie każdy mężczyzna potrafił dać sobie z tym radę. Tymczasem Antek zdawał się mieć tego świadomość i co więcej wydawało się, że mu to nie przeszkadza. Liwia nie znając go w tańcu bez problemu potrafiła oddać mu stery. Ciekawiło ją, czy w innych aspektach życia też byłby taki solidny.

- Czym w ogóle zajmujesz się na codzień? – zapytała z ciekawości.

- Pracuję w firmie, która wynajmuje i organizuje przejazdy autokarowe – odpowiedział w przerwie między kolejnymi łykami wody. - Czasami siedzę za kółkiem, czasem w biurze. 

- Czyli masz dość odpowiedzialną pracę.

- Kiedy mam przewieźć kilkadziesiąt osób po różnych regionach Polski i za granicą to czuję sporą odpowiedzialność – przyznał.

No tak, to by wyjaśniało skąd u niego taka stanowczość i charyzma. Nie może dać sobie wejść na głowę kilkudziesięciu osobom. Poczuła, że chciałaby poznać go bliżej. Nie wiedziała, czy będzie jej to dane, bo to by znaczyło, że Antek też musiałby się nią zainteresować. Na ten moment wydawało się jej, że jego zachowanie nie wykracza poza zwykłą uprzejmość. 

- A ty masz jeszcze jakieś zainteresowania poza makijażem? – zapytał.

No tak, pomyślała Liwia, co jest atrakcyjnego w kobiecie, która interesuje się tak przyziemnymi sprawami, jak babski makijaż? Miała jeszcze inne zajęcia, ale na razie nie chciała o nich mówić.

- Chyba takie normalne – odrzekła. – Lubię wyjść do kina, do teatru, na koncert, gdzieś pojechać, zjeść coś dobrego.

- Takie rzeczy są dobrą odskocznią od codzienności - stwierdził Antek. – Też to lubię.

- Pewnie zwiedziłeś trochę świata.

- Większość Europy. Uwierz mi, kiedy wracam z wycieczek, to najchętniej zagrzebuję się we własnym łóżku i śpię.

Roześmiali się.

Mała Klara, która właśnie zziajana wróciła z parkietu wpakowała się wujkowi na kolana.

- Pić – zarządziła.

- Proszę – dodał Antek.

Klara spojrzała na niego wielkimi oczyma, po czym objęła go za szyję i dała buziaka w policzek. Liwia nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. Antek spojrzał na siostrzenicę wzrokiem, który wyrażał mniej więcej „tym razem ci się udało” i podał jej szklankę z wodą. Dziewczynka wypiła ją w dwóch częściach, oddała szklankę, zeskoczyła z kolan i pobiegła bawić się dalej. Antek odprowadził ją ciepłym spojrzeniem, a Liwia... Liwia sięgnęła po swoją szklankę z wodą i wychyliła ją duszkiem do dna.

 

Przyjęcie trwało dalej. Antek i Liwia wyszli jeszcze kilka razy na parkiet, żeby potańczyć albo wziąć udział w jakichś weselnych zabawach. W międzyczasie też coś zjedli chociaż, jak zauważyła Liwia, Antek faktycznie jadł niewiele podczas całego wesela. Późnym wieczorem, pomimo zimna, mężczyzna zaproponował, żeby wyszli na taras zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Liwia chętnie się zgodziła. Mimo mrozu, ubrana w ciepły płaszcz z kapturem narzuconym na głowę, stanęła obok niego przy barierce i spojrzała w niebo pełne gwiazd. Zapowiadała się piękna pogoda na kolejny dzień. I zimno. Nagle Antek się zaśmiał cicho pod nosem, jakby coś sobie przypomniał.

- Z czego się śmiejesz? - zapytała Liwia.

- Z mojej mamy i sióstr - odpowiedział Antek. - Są zachwycone dzisiejszym weselem.

- Trudno się z nimi nie zgodzić - stwierdziła kobieta. - Wszystko jest naprawdę świetnie zorganizowane.

- Bardziej zachwyca je to, że ja się dobrze bawię na tej imprezie. W dodatku nie sam.

Liwia zerknęła na niego.

- Trochę niezręcznie mi jest rozmawiać z tobą o tamtej sytuacji, bo znam ją z opowiadania Agaty i wtedy stałam po jej stronie. Mogę jednak zapytać, czy udało ci się już z tym uporać.

- Tak - odrzekł. - Oni dużo bardziej do siebie pasują. Cieszę się, że są razem i mam nadzieję, że wytrwają do końca.

- Ja również - powiedziała Liwia. - Czasami Pan Bóg stawia nam na drodze właściwe osoby w najmniej spodziewanym momencie – dodała patrząc na rozgwieżdżone niebo.

Antek spojrzał na nią z zaciekawieniem.

- Może to dlatego, że On wie lepiej, kiedy jesteśmy na coś gotowi - stwierdził.

Liwia przeniosła na niego wzrok. Przez chwilę oboje milczeli, jakby każde z nich analizowało znaczenie tych słów. Potem Antek uśmiechnął się lekko.

– Moja mama i siostry na pewno już coś sobie dopowiedziały – rzucił z rozbawieniem, przerywając ciszę.

Liwia zaśmiała się.

– Tak? A co takiego?

– Że skoro tyle tańczyliśmy, to muszę mieć wobec ciebie poważne zamiary.

– Cóż… Nie wiem, czy jestem gotowa na oświadczyny po jednym weselu – odparła, unosząc brew.

– Fakt. Wypadałoby najpierw zatańczyć jeszcze na kilku innych imprezach.

Roześmiali się jednocześnie, ale w ich spojrzeniach było coś więcej – jakaś iskra, której oboje jeszcze nie chcieli nazywać. Czy to był początek czegoś nowego? Na to odpowiedź miała przyjść później. Teraz wystarczyła ta chwila – pełna ciepła, śmiechu i wzajemnego zrozumienia.

 

Kiedy jakiś czas później wesele dobiegło końca, wyszli na parking. Liwia otuliła się szczelniej płaszczem czując chłód zimowego powietrza, a Antek wsunął ręce do kieszeni.

- Czas wracać do domu – powiedziała kobieta tłumiąc ziewnięcie i spoglądając na swój samochód.

- Wygląda na to, że każde wraca osobno – zauważył Antek z lekkim uśmiechem.

– No tak, chyba nie przemyśleliśmy tego wcześniej.

Liwia zaśmiała się.

- To znaczy, że będę musiał jakoś przeżyć powrót bez twojego błyskotliwego towarzystwa – rzucił Antek żartobliwie.

Liwia przewróciła oczami, ale uśmiechnęła się.

- Dasz radę - rzekła.

- Przekonamy się – odparł, otwierając drzwi swojego auta. – Jedź ostrożnie.

- Ty też.

Oboje wsiedli do swoich samochodów. Silniki zapaliły niemal równocześnie. Po chwili oba samochody zniknęły w mroku nocy, każde jadąc w swoją stronę.

 

Janka i Rafał

Janka zaczęła tydzień na oddziale od dniówki. Połączonej z nocnym dyżurem. Przebrała się w szatni w mundurek, a potem stwierdziła, że ma jeszcze czas, żeby podejść do szpitalnego bufetu po ulubioną kanapkę z pasztetem z ciecierzycy i kurczaka. Będzie jak znalazł na drugie śniadanie. Zrobiła zakupy i poszła na swój oddział. Poranek minął dość spokojnie. Przejęła zmianę od koleżanki i przygotowała pacjentów do porannego obchodu. Potem przywieziono dziecko ze szkoły, które złamało rękę na zajęciach wychowania fizycznego i trzeba było założyć gips. W godzinach południowych Janka musiała podejść do działu administracji. Wyszła właśnie z windy na główny korytarz, kiedy zobaczyła, że tworzy się jakieś zamieszanie. 

- Jest przytomny?! - zawołał ktoś w tłumie.

- Nie może się ruszyć! - odparł ktoś inny.

Janka ruszyła szybkim krokiem w tamtą stronę. Jeśli ktoś nie mógł się ruszyć to mógł to być jakiś uraz, a wtedy ważna jest odpowiednia pomoc, żeby nie zrobić pacjentowi jeszcze większej krzywdy. Przecisnęła się pomiędzy ludźmi i dotarła do miejsca zdarzenia. Na podłodze leżała długa drabina. Przesunęła wzdłuż niej wzrokiem i kilka kroków dalej zobaczyła leżącego pod nią mężczyznę. Faktycznie – miał zamknięte oczy i nie ruszał się. Czarna broda zdradzała jego tożsamość. To był Rafał. Na czole już tworzył się krwawiący guz. Uklękła przy nim i zaczęła sprawdzać jego obrażenia. Skrzywił się z bólu, kiedy dotknęła jego prawej nogi na wysokości uda, ale nie otworzył oczu. Janka sięgnęła po telefon i wezwała pomoc. Trzeba było go położyć na nosze, zabezpieczyć i zawieźć na badania. Po pierwszych oględzinach wiedziała, że na pewno ma złamanie kości udowej i prawdopodobnie nadgarstka, ale nie mogła wykluczyć innych obrażeń.

- Rafał, słyszysz mnie? - zapytała stanowczo, kładąc dłoń na jego ramieniu. Mężczyzna drgnął lekko, ale nadal nie otwierał oczu.

- Ktoś wie, co się stało? - zwróciła się do zebranych.

- Spadł z drabiny - odezwał się niski głos. -  Montował coś pod sufitem, ale chyba się zachwiał.

Janka spojrzała na rozłożoną drabinę, a potem znów na Rafała. Jeżeli spadł z wysokości, mogło to oznaczać także uraz głowy lub kręgosłupa. Wkrótce pojawił się personel medyczny. Dwóch sanitariuszy szybko przejęło kontrolę nad sytuacją. Przenieśli go ostrożnie na nosze, unieruchamiając kończyny. Janka odsunęła się, ale w jej głowie kotłowały się myśli.

- Zabieracie go na SOR? - zapytała jeszcze.

- Tak.

Patrzyła, jak wiozą Rafała w stronę windy. Przez chwilę się wahała, a potem ruszyła za nimi. Nie wiedziała jeszcze dlaczego, ale czuła, że powinna tam być.

Szła szybkim krokiem za sanitariuszami, choć nie do końca rozumiała, dlaczego właściwie to robi. Przecież Rafał był tylko pacjentem, a ona już zrobiła, co mogła na miejscu zdarzenia. Powinna wrócić do swoich obowiązków, a jednak nie mogła się od niego odwrócić. Winda zawiozła ich na odpowiednie piętro, gdzie czekał już personel gotowy do dalszych działań. Rafała natychmiast zabrano na badania. Janka postanowiła na niego zaczekać. Usiadła na jednym z krzeseł w korytarzu. Po jakimś czasie mężczyzna został przywieziony z powrotem. Potwierdziło się złamanie kości udowej oraz nadgarstka. Tomografia wykazała niewielki krwiak podskórny na głowie, ale bez groźnego urazu wewnętrznego. Miał też kilka drobniejszych potłuczeń i zadrapań, ale najpoważniejszym problemem była noga – wymagała ustabilizowania, żeby uniknąć dalszych komplikacji. 

Janka spojrzała na lekarza, który przekazywał jej te informacje, i skinęła głową.

- Czyli przenosimy go do nas na oddział?

- Tak, tam się nim najlepiej zajmiecie.

Janka przez chwilę milczała, po czym spojrzała w stronę sali, gdzie leżał.

- Zajrzę do niego na moment – powiedziała.

Podeszła do łóżka, na którym Rafał leżał, podłączony do kroplówki, z plastrem na głowie i szyną na ręce. Jego twarz była blada, a oddech płytki. Widać było, że jeszcze nie doszedł do siebie.

- Rafał? - powiedziała cicho, podchodząc bliżej.

Mężczyzna poruszył lekko głową i uchylił powieki. Przez chwilę patrzył na nią zamglonym wzrokiem, jakby nie rozpoznawał. Zapewne przez leki przeciwbólowe.

- Janka? - wychrypiał w końcu.

- Tak - odparła, przysuwając się bliżej. - Wpakowałeś się w niezłe kłopoty.

Skrzywił się.

- Drabina… głupia drabina…

- Tak, masz z nią na pieńku. Masz złamaną nogę i nadgarstek. Za chwilę przewiozą cię do nas na oddział. Tam się tobą zajmiemy. Trochę z nami zostaniesz.

- Świetnie… - zamknął na chwilę oczy, po czym z trudem przełknął ślinę. - Dzieci…

Janka zmarszczyła brwi. Czy pod drabiną stały jakieś dzieci? Wyglądało na to, że jeśli nawet to chyba żadnemu się nic nie stało.

-  Jakie dzieci? – zapytała na wszelki wypadek.

Rafał otworzył oczy i spojrzał na nią uważniej, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że ona nie wie.

- Moje… - odrzekł. - Muszą wiedzieć…

Janka poczuła dziwne ukłucie w klatce piersiowej. Przez chwilę stała w milczeniu przetwarzając tą informację. Ten facet, który kiedyś potraktował ją jak intruza w dodatku odzywając się do niej jakąś dziwną mową był ojcem? Pan „ni momy”? - Rafał…, ile masz dzieci? – spytała cicho.

- Troje… - jego głos był słaby, ale pełen niepokoju.

Janka nie odpowiedziała od razu. Troje? Zatem skoro miał dzieci to pewnie też miał żonę? Ale dlaczego o niej nie wspomniał tylko o dzieciach? Dobra, nie będzie teraz tego analizować. Trzeba było jakoś to załatwić.

- W porządku - powiedziała w końcu. – Jak je zawiadomić?

- Babcia… mają babcię… numer w telefonie…

Janka kiwnęła głową.

- Załatwię to.

Rafał westchnął cicho i zamknął oczy.

 

Janka zaczęła szukać telefonu. Znalazła go w jego rzeczach leżących z boku. Był zabezpieczony kodem, ale ekran wciąż wyświetlał ostatnie powiadomienia. Wśród nich zobaczyła wiadomości od kogoś zapisanego jako „Mama”. Nie zastanawiała się długo. Wybrała numer i przyłożyła telefon do ucha.

Rafał? - odezwał się kobiecy głos po drugiej stronie.

Janka wzięła głęboki oddech.

Dzień dobry, tu Janka, pielęgniarka ze szpitala. Rafał miał wypadek.

O Boże… - w głosie kobiety słychać było niepokój. - Co się stało? Jak on się czuje?

Spadł z drabiny. Jest stabilny, ale ma poważne złamanie kości udowej i nadgarstka. Jeszcze nie wiem, jak dokładnie będzie przebiegało leczenie, ale na pewno zostanie jakiś czas na ortopedii. Myślę, że jak dojdzie do siebie to sam do pani zadzwoni. Prosił, żeby powiadomić jego dzieci.

Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.

Dzieci… - powiedziała w końcu kobieta. - Przekażę im. Proszę mu powiedzieć, żeby się nie martwił. Zajmę się nimi.

Janka zacisnęła palce na telefonie.

Dobrze byłoby też, żeby ktoś przyjechał i przywiózł mu kilka rzeczy - rzekła.

- Przyjedziemy, kiedy dzieci wrócą ze szkoły. Muszę je ogarnąć. Wnuczka pomoże mi spakować wszystko.

Janka nie wiedziała w jakim wieku są dzieci Rafała, ale patrząc na jego stan pomyślała, że lepiej byłoby, żeby młodsze odwiedziły go dopiero następnego dnia. Zasugerowała to kobiecie starając się jak najlepiej wytłumaczyć sytuację.

- Rozumiem – odparła tamta. – Najstarsza ma prawie osiemnaście lat i na pewno się uprze, żeby przyjechać więc pewnie ona przywiezie mu rzeczy. Ja zostanę z młodszymi. Proszę mu przekazać, żeby się nie denerwował, że damy radę. Zajmę się wszystkim tyle, ile będzie trzeba – poprosiła.

- Dobrze, przekażę mu – odparła Janka. – Na pewno będzie unieruchomiony przez jakiś czas więc będzie potrzebował pomocy kogoś z rodziny. Zobaczymy, co zdecydują lekarze. Ja... – zawahała się przez moment, ale potem pomyślała, że w tej sytuacji trzeba być przede wszystkim człowiekiem. A ona była. – Zadzwonię do pani, jak się dowiem, co z nim dalej będzie.

- Dobrze, dziękuję pani bardzo.

Janka rozłączyła się i przez chwilę wpatrywała się w telefon Rafała. Dopiero teraz dotarło do niej, co właściwie się wydarzyło. Właśnie stała się pośrednikiem pomiędzy nim a jego rodziną. Ponadto zaczynała współczuć jemu i jego dzieciom, które przez kilka tygodni będą miały tatę poza domem. W dodatku połamanego. Ciekawe, w jakim wieku była pozostała dwójka. Kobieta wspominała o szkole więc pewnie już nie były takie małe. Rafał za chwilę znajdzie się na oddziale między innymi też pod jej opieką. Mogła go nie lubić, ale ze względu na jego rodzinę będzie starała się zrobić wszystko, żeby mu ulżyć i żeby jak najszybciej mógł wrócić do domu. Zacisnęła usta i schowała telefon do kieszeni. W tym samym czasie Rafał został wywieziony z oddziału ratunkowego. Zatrzymała na chwilę transport i nachyliła się nad pacjentem, który leżał na łóżku z zamkniętymi oczami. Dotknęła delikatnie jego ramienia. Drgnął i spojrzał na nią. 

- Zadzwoniłam do twojej mamy. Powiedziała, że wszystkim się zajmie i żebyś się nie denerwował i nie martwił – powiedziała. – A my zajmiemy się tobą na oddziale – dodała.

- Dzięki – odparł cicho. – Mają mi założyć wyciąg na kilka dni. To boli?

Janka w tym momencie współczuła mu jeszcze bardziej. To go unieruchomi w łóżku w jednej pozycji.

- Nie, jest nieprzyjemne, ale na pewno nic nie będzie cię bolało – zapewniła.

Jego wzrok zdawał się mówić, że nie wierzy jej, ale rozumie, że chce go pocieszyć. Nie dodała już nic. Pozwoliła sanitariuszom zawieźć go na ortopedię.

 

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rozdział 46

Inez, Piotr i Jacek     Kilka dni później, w ciepłe letnie popołudnie , Inez z Piotrem i Jackiem wybrali się do budynku na Starym Mieście. ...