Liwia i Antek
Poniedziałkowe przedpołudnie każdemu minęło w innym tempie. Kindze, która wraz z zespołem przeprowadzała operację, kilka godzin przeleciało bardzo szybko. Antkowi, który w tym czasie był uśpiony, było wszystko jedno. Jego rodzicom i Liwii w oczekiwaniu na ponowne zobaczenie się z nim czas dłużył się niemiłosiernie. Kursowali pomiędzy korytarzem, kaplicą i bufetem, w którym zamawiali kawę. Nikt nie był w stanie niczego więcej przełknąć. Reszta rodziny i przyjaciele pod telefonem oczekiwali na wieści.
Po niecałych trzech godzinach, Kinga pojawiła się na korytarzu. Zmęczona, ale szczęśliwa oznajmiła, że wszystko poszło według planu i za jakiś czas będą mogli zobaczyć się z pacjentem. Na salę wybudzeń rodzinę wpuszczano tylko w wyjątkowych przypadkach. Po chwili zawahania dodała, że może uda się wprowadzić jedną osobą, na kilka minut. Rodzice Antka zdecydowali, że powinna to być Liwia. Jej wizyta mogła zadziałać kojąco i stabilizacyjnie na jego stan. Przynajmniej tak mogła to wytłumaczyć Kinga od strony medycznej.
Minęło dobre kilkadziesiąt minut zanim Liwka stanęła przy łóżku Antka. Chociaż widziała go już w podobnej scenerii wśród kabli, monitorów, rurek, ten widok za każdym razem poruszał ją na nowo. Jednak tym razem był zapowiedzią zakończenia pewnego etapu, więc nie działał aż tak przygnębiająco. Na poduszce w odcieniu ciemnej zieleni, naturalnie oliwkowy odcień skóry Antka wydawał się teraz bardziej żółty. Leżał z zamkniętymi oczami, a Liwia zastanawiała się, czy może wziąć go za rękę chociaż na moment. Pielęgniarka, która przeszła obok uśmiechnęła się do niej.
— Powiedz coś do niego — zachęciła.
Liwka podeszła bliżej i delikatnie dotknęła dłoni Antka.
— Kochanie — powiedziała cicho.
Jego powieki drgnęły, a potem uchyliły się nieznacznie. Zauważyła, że próbuje złapać ostrość widzenia i odnaleźć źródło głosu. Po chwili spojrzał na nią.
— Jesteś tu? — wyszeptał, prawie bezgłośnie.
Liwia skinęła głową, pochylając się lekko nad nim.
— Jestem. Już po wszystkim, masz to za sobą — powiedziała cicho.
Antkowi drgnął kącik ust. Chciał odpowiedzieć, ale miał wyschnięte gardło. Poruszył się lekko, co wywołało grymas na jego twarzy i bolesne westchnienie.
— Spokojnie — szepnęła, kładąc dłoń na jego ramieniu.
Oczy jej lekko zwilgotniały.
— Już nigdy nie próbuj mnie odsuwać, rozumiesz? Ani na moment — rzekła lekko drżącym głosem.
Antek zamrugał, próbując zebrać słowa. W gardle zasyczało suche „mhm”. Liwia uśmiechnęła się przez łzy.
— Wiem, że nie możesz teraz mówić. Ale jak tylko wrócisz na salę i się trochę pozbierasz… to sobie pogadamy — dodała.
Uniósł lekko brwi, a w jego wzroku pojawiło się rozbawienie. Nachyliła się jeszcze bliżej, muskając ustami jego czoło.
— Kocham cię — powiedziała jeszcze. — Czekamy na ciebie.
Antek znów poruszył ustami. Tym razem coś, co brzmiało jak „ja też”, przedarło się przez ciszę. Liwia uśmiechnęła się szerzej i szybko zerknęła w stronę drzwi.
— Muszę już iść. Ale tylko na chwilę. Potem będziesz mnie miał na głowie przez cały czas — mruknęła cicho.
Jego oczy rozszerzyły się, jakby ze strachu, a z ust wydobyło się ciche „nie mogę się doczekać”. Odsunęła się ostrożnie, co wcale mu się nie spodobało.
— Do zobaczenia wkrótce — szepnęła na pożegnanie.
Kiedy wyszła, Antek zaśmiał się cicho, a w następnej chwili skrzywił, bo poruszenie mięśni brzucha wywołało bolesny skurcz. Przypomniał sobie wszystkie przerobione ćwiczenia oddechowe z fizjoterapeutką i po chwili było lepiej. Jego Liwka… pomyślał z czułością. Gdyby był w lepszym stanie znalazłby sposób na to, żeby przerwała to nerwowe gadanie. Niedługo… pomyślał, ziewając. Zapomniał myśli. Poczuł, że odpływa. Zamknął oczy i po chwili spał.
Gdy jakąś godzinę później przewieźli go na oddział, był już w stanie większej świadomości. Dopiero teraz zaczynało do niego docierać, że w końcu pozbył się tego dziadostwa z organizmu. W międzyczasie wpadła Kinga, żeby zobaczyć, jak się czuje. Stwierdziła, że wszystko jest w normie i zostawiła go z rodzicami i Liwią. Nie rozmawiali dużo, bo większość dnia przespał.
Następnego dnia zaczął powoli wracać do życia. Po różnych podstawowych badaniach, pielęgniarka pozbawiła go niektórych rurek i kabli, dzięki czemu przestał mieć wrażenie, że jak się ruszy to coś sobie odklei albo urwie. Kolejny raz, w myślach, złożył podziękowanie Izie, swojej rehabilitantce, za to, że przygotowała go fizycznie do tego pooperacyjnego stanu. Miał inną świadomość oddychania, poruszania się, zabezpieczania przed napinaniem mięśni, które skutkowało bólem. Kiedy przyszedł fizjoterapeuta, żeby postawić go pionu, w zasadzie nie miał wiele do roboty. Antek w dużej mierze był samodzielny i nawet, wspierany przez mamę, zaliczył krótki spacer po szpitalnym korytarzu. Liwia wróciła do pracy, ale odwiedziła go po południu. Antek zaczynał zauważać w niej narastające zmęczenie. Miała za dużo na głowie, a zbyt mało czasu na wypoczynek. To sprawiało, że zaczynał się o nią martwić. Wysłał ją do domu i kazał się wyspać.
Trzeciego dnia wyjęto mu dren. Była to szybka, ale średnio przyjemna procedura. Rehabilitant jeszcze zajrzał, żeby skorygować ewentualne błędy w postawie. Poza tym Antek czuł się znacznie lepiej. Kinga, która konsultowała jego fizjoterapię, nie spodziewała się, że przyniesie tak dobre efekty na tak wczesnym etapie. Zaczęła myśleć o tym, że trzeba zrobić badania kontrolne i wypisać pacjenta do domu. Nie było sensu trzymać go w szpitalu. Wśród najbliższych szybciej będzie dochodził do formy. Za to podobnie, jak on, martwiła się o Liwię. Kiedy zajrzała do Antka, wykorzystała chwilę na rozmowę o niej.
— Tu wszystko w porządku — rzekła, ściągając rękawiczki po tym, jak obejrzała gojące się rany mężczyzny. — Za to martwię się o twoją dziewczynę.
Poprawił piżamę i spojrzał na Kingę.
— Ja też się o nią martwię — rzekł. — Zrobiła się nerwowa, płaczliwa. Chyba jeszcze trochę za wcześnie u niej na zmiany hormonalne.
Kinga uniosła brwi z lekkim zaskoczeniem. Antek naprawdę potrafił być uważny.
— Teoretycznie jest to możliwe, ale ja bardziej stawiałabym na przemęczenie — odparła. — Od rana w pracy, potem odwiedziny u ciebie, w domu pewnie jeszcze dopina jakieś rzeczy administracyjne, kładzie się późno... a to wszystko kosztuje ją wiele emocji. To wykańcza bardziej niż fizyczne zmęczenie.
Na chwilę w pokoju zapadła cisza. Przesuwające się za oknem liście rzucały cienie na ścianę.
— Dobrze, że niedługo przynajmniej ja nie będę już tak bardzo jej martwił — mruknął Antek cicho. — Zacznie się powrót do normalności.
— Tak — przyznała Kinga, — ale musisz pamiętać o tym, że u ciebie ta “normalność” będzie wyglądała nieco inaczej. Sama terapia celowana nie będzie tak obciążająca, jak poprzednie leczenie, ale nie będzie idealnie. Za to wiem, że przy twojej samoświadomości własnych ograniczeń, zapanujesz nad tym, na tyle, na ile będzie to możliwe. Liwii wystarczy twoja obecność i szczerość, bo wiesz, że ona martwi się jeszcze bardziej, kiedy coś ukrywasz.
Westchnął cicho.
— Wiem — odrzekł. — Już nie raz sprzeczaliśmy się o to — dodał. — Kiedy stąd wyjdę będę miał większe pole manewru, żeby trochę ją przystopować i bardziej się o nią zatroszczyć. Jeśli samo to nie pomoże, to wyślę ją do lekarza.
Kinga popatrzyła na niego uważniej i uśmiechnęła się.
— Zachowujesz się bardziej jak jej mąż niż chłopak — stwierdziła.
— Tak? To dobrze, niech się zacznie do tego przyzwyczajać — mruknął pół żartem, pół serio.
— Jeśli jutrzejsze wyniki badań będą w normie, to po południu dam ci wypis — rzekła lekarka. — Nie widzę potrzeby trzymać cię tu dłużej, ale to nie znaczy, że masz zapomnieć o tym, że jesteś rekonwalescentem. Odpoczynek, spacery, zwolnienie tempa. I zaczekaj jeszcze z powrotem do swojego mieszkania, aż będziesz bardziej mobilny po zdjęciu szwów.
— Dziękuję, Kinga, za wszystko, co zrobiłaś do tej pory — powiedział Antek. — Jesteś nie tylko moim lekarzem, ale też dobrą duszą. Bez twojego wsparcia nie wyszedłbym z tego tak gładko.
— Moje wsparcie to połowa sukcesu — odparła. — Zadziałała twoja własna determinacja. Nie każdy pacjent ma takie możliwości, jak ty, a nawet jeśli ma to nie zawsze z nich chce skorzystać. Ty zadbałeś o siebie już na etapie choroby i teraz to zaprocentowało. No i w twojej głowie też została wykonana dobra praca. To akurat zasługa twoich bliskich i pewnie też trochę twojego charakteru.
— Mam nadzieję, że teraz mój charakter sprawi, że Liwia poczuje, że może w końcu odetchnąć. Chodzi mi już po głowie pewien pomysł, ale muszę poczekać jeszcze kilka dni.
Kinga zerknęła na zegarek i wstała.
— Na pewno ci się uda — stwierdziła. — Wracam do pracy. Odpoczywaj.
Skinął głową z wdzięcznością. Kiedy wyszła, zamyślił się. Po chwili w jego głowie zrodził się pewien pomysł. Wystarczyło sięgnąć po telefon i zadzwonić do Izy. Parę minut później miał już opracowany plan działania.
Późnym popołudniem do sali weszła Liwia. Była wcześniej niż zapowiadała, bo ostatnia klientka odwołała wizytę. Nastawiona na zdziwioną minę Antka, kiedy ją zobaczy, sama została zaskoczona, bo łóżko było puste. Miała wyjść na korytarz, żeby go poszukać, ale zobaczyła wymięte prześcieradło, zwiniętą poduszkę i koc rzucony tak, że jego połowa zwisała poza łóżkiem. Zmarszczyła brwi.
— Jak on może leżeć w takim barłogu… — mruknęła do siebie i westchnęła.
Zaczęła wygładzać pościel. Kiedy skończyła, sięgnęła jeszcze po stojący na stoliku kubek pełen osadu po herbacie, żeby wypłukać go pod bieżącą wodą. Kiedy się odwracała, wpadła z całym impetem w Antka, który nie wiadomo skąd pojawił się za nią.
— Auu — jęknął, nie tyle z bólu, co z zaskoczenia. Przytrzymał ją w ramionach dla zachowania równowagi zarówno jej, jak i swojej. W jego głosie pobrzmiewało napięcie, ale i dobrze znany ton: trochę przesadzony, trochę teatralny.
Odsunęła się gwałtownie.
— Nic ci nie zrobiłam? — zapytała z przestrachem.
— To się jeszcze okaże — burknął, odruchowo kładąc rękę na brzuchu. — Lekko mnie zdzieliłaś.
— To nie stawaj za mną jak duch — mruknęła, robiąc krok w tył.
Uśmiechnął się lekko, z rozbawieniem.
— Myślałem, że chcesz mi zaaplikować coś dziwnego do picia i postanowiłem przyłapać cię na gorącym uczynku — rzekł.
Spojrzała na niego wzrokiem mówiącym, że jego żart jest nieśmieszny. Z bliska widziała lekkie znużenie w jego oczach. Starał się trzymać prosto, ale stopy miał lekko rozstawione, żeby łatwiej zachować stabilność.
— Powinieneś się położyć — powiedziała cicho.
— Leżałem — odparł, ale usiadł na brzegu łóżka. — Długo. Potem uznałem, że jeśli nie wstanę, to zamienię się w poduszkę. Kiedy wyszedłem na korytarz, spotkałem Marcina, którego poznałem podczas jednego z cykli chemii. Leży dwie sale dalej. Kiepsko z nim. Chyba pierwszy raz tak naprawdę dotarło do mnie, ile mam szczęścia — dodał refleksyjnym tonem.
— Masz — szepnęła Liwia.
Antek przyjrzał się jej bardziej uważnie. Miała podkrążone oczy i cienie, których nawet korektor nie był w stanie idealnie ukryć. Wokół zaciśniętych ust utworzyły się jej lekkie bruzdy.
— Ile godzin spałaś? — zapytał. — Miałaś ciężki dzień?
Nie odpowiedziała od razu. Westchnęła cicho i dopiero po chwili skinęła głową.
— Praca była… jaka była — odrzekła, wzruszając ramionami. — Posprzeczałam się z Wojtkiem, o jakąś głupotę. Potem zadzwoniła księgowa, że znalazła pomyłkę w przygotowanych przeze mnie, wczoraj wieczorem, dokumentach.
— Wieczorem, czy w nocy, Liwia? O której poszłaś spać?
Zacięła się.
— Chwilę potem, jak wróciłam do domu, ale nie mogłam zasnąć, więc zabrałam się za papierkowe zaległości — rzekła. — Trochę mi przy nich zeszło, ale przynajmniej ubyło mi dokumentów z kupki. A, że zrobiłam jakieś błędy… zdarza się. Będę musiała to poprawić. Czyli właściwie to niewiele z tej kupki ubyło — uśmiechnęła się niewesoło.
Znowu to robiła. Próbowała zagadać stres i napięcie. Antek podniósł się powoli i wyciągnął do niej rękę.
— Chodź — powiedział.
— Dokąd? — zapytała zaskoczona.
— Po prostu chodź — odrzekł biorąc jej dłoń w swoją, po czym pociągnął ją ze sobą na korytarz.
Szedł wolno, ale pewnie. W pidżamie, szlafroku i klapkach nie wyglądał zbyt dostojnie, ale i tak cała jego sylwetka emanowała w tym momencie pewnością podjętych przez siebie decyzji. Liwia zrównała z nim swój krok i na wszelki wypadek starała się go obserwować. Kiedy mijali punkt pielęgniarski, zza zakrętu wyszła Kinga z nieodłącznym tabletem w dłoni. Na ich widok uśmiechnęła się — najpierw do Antka, potem cieplej i łagodniej do Liwii.
— Ładna pogoda na spacer — stwierdziła żartobliwym tonem.
— Dlatego postanowiłem to wykorzystać — odparł Antek i mrugnął porozumiewawczo. Kinga uniosła lekko brew, jakby potwierdzała, że zrozumiała. Liwia jednak nie uśmiechała się. Przez ułamek sekundy wyglądała tak, jakby się zawahała, a potem wypaliła:
— A... on na pewno może już wychodzić na zewnątrz?
Jej tembr głosu był wysoki. Nie było w nim złości, tylko... lęk. Tak zupełnie nie w jej stylu, że sama po tych słowach wyglądała, jakby chciała wycofać je z powietrza.
Kinga zrobiła krok w jej stronę i stanęła przed nią, patrząc koleżance prosto w oczy.
— Tak — odparła spokojnie. — Antka stan jest stabilny, a ruch wskazany. Jeśli nie będzie to spacer dookoła budynku, to spokojnie możecie wyjść na zewnątrz i usiąść chwilę na dziedzińcu. Poza tym — uśmiechnęła się znacząco — taki spacer daje wam świetną okazję do bliskości. Zawsze przyjemnie jest wesprzeć się na ukochanej osobie — rzekła. — Ale rozumiem, że się boisz. To zupełnie normalne — dodała już poważnie.
Antek objął Liwkę ramieniem.
— Kochanie, gdybym czuł się źle, albo gdyby Kinga nie pozwoliła mi na to, nie wyszedłbym — powiedział. — Zaufaj mi — dodał.
Liwia spojrzała najpierw na jedno, potem na drugie, w końcu skinęła głową.
— Chodźmy zatem — powiedziała. — Ale jak zemdlejesz gdzieś po drodze to zostawię cię na chodniku. Albo posadzę na wózku i zrobię spektakularny powrót na oddział — dodała, wracając do dobrze znanego im ironicznego tonu.
— Z dwojga złego, wolę to drugie — zawsze to jakiś powrót — odparł Antek wyszczerzając zęby.
Kinga parsknęła śmiechem.
— Zaczynacie mówić ludzkim językiem — rzekła i poszła dalej w swoją stronę.
Kiedy Liwia i Antek wyszli na szpitalny dziedziniec, słońce chyliło się powoli ku zachodowi, ale powietrze było ciepłe. Ludzi było niewiele, gdzieś w oddali słychać było szum wody z węża — znak, że po upalnym dniu ktoś podlewał rabaty. Przeszli jeszcze kawałek i znaleźli samotnie stojącą ławkę w cieniu klonu.
— Usiądźmy — zaproponował Antek.
Liwka skinęła głową i zajęli miejsce na ławeczce.
— Pamiętasz, jak niedawno siedzieliśmy tak sobie nad rzeką w Kazimierzu? — spytał.
— Pamiętam — odparła kobieta.
— A pamiętasz, co mi wtedy powiedziałaś? O zaufaniu, o Bożej opiece, o walce ze smokami i o tym, że będziemy działać, jeśli będą chciały nas pokonać?
Miała wrażenie, że to było w innych czasach, w innym świecie. Łatwiej było być wsparciem dla kogoś niż poradzić sobie ze swoimi lękami. Antek wyczuł jej zawahanie. Wziął jej dłoń w swoją.
— Kocham cię — powiedział po prostu.
Liwia drgnęła lekko, jakby ją te słowa zaskoczyły, mimo że przecież to wiedziała. Znała ich smak. Ale teraz wydawały się wstępem do jakiegoś dalszego ciągu. Czekała.
— Byłaś dzielna — dodał po chwili. — Cały czas jesteś. Dostałem od ciebie coś, czego się nie da wyliczyć ani przeliczyć: miłość, oddanie, troskę. Twoje noce bez snu. Twoją cierpliwość, kiedy rozsadzały mnie frustracje. Twoją siłę, kiedy się bałem i nie chciałem do tego przyznać. A teraz… pozwól sobie na chwilę słabości.
Spojrzał na nią z boku.
— Nie wytrzymasz długo w ten sposób, Liwka. Jesteś niewyspana, znerwicowana, przewrażliwiona. Ja uwielbiam każdą chwilę spędzoną z tobą, ale jeśli czasami odbywa się ona kosztem tego, że potem siedzisz po nocach z robotą, to po prostu odpuśćmy spotkanie. Nie bój się też poprosić mnie o pomoc, jeśli jej potrzebujesz. Dzisiaj, jutro, za tydzień jeszcze nie będę w najlepszej formie fizycznej. Długo nie będę. Ale to nie znaczy, że nie możesz się przy mnie rozkleić, poskarżyć na coś, wyładować złości albo po prostu przyjść i się przytulić.
Westchnęła. Jej oczy zrobiły się szkliste. Nie płakała. Jeszcze nie. Ale była już na tej krawędzi, gdzie wystarczyło jedno jeszcze słowo.
— Jestem tu, Liwka — rzekł. — I zamierzam być tyle, ile będzie mi dane. Moje smoki na razie zostały pokonane. Teraz pora uporać się z twoimi.
Jedna, samotna łza wypłynęła z jej oka i spłynęła po policzku niczym kropla deszczu aż dotarła do brody i zawisła na jej końcu, czekając na najmniejsze drżenie twarzy, żeby móc spaść. Nie dostała jednak tej szansy, bo Antek nachylił się i delikatnie otarł ją kciukiem. Potem delikatnym naciskiem zmusił Liwię, żeby spojrzała na niego. Jego usta zaczęły się niebezpiecznie wyginać w znajomym, łobuzerskim grymasie.
— Wiesz… — mruknął poważnym tonem. — Gdybyś teraz, w tym całym dramatycznym klimacie, wyciągnęła z kieszeni kabanosa, to bym się oświadczył.
Liwia zmarszczyła brwi.
— Co?
— No, po prostu. To byłby ten moment. Łzy, czułość, słońce zachodzące nad szpitalnym dziedzińcem… i kabanos. Idealny balans życiowych wartości.
Przez chwilę patrzyła na niego, jak na kogoś niespełna rozumu, po czym parsknęła śmiechem.
— Jesteś niemożliwy.
— Jestem głodny. — Wzruszył ramionami. — A w sali pewnie już czeka na mnie kolacja. Lekko podsuszany chleb, masło twarde jak skała i plasterek chudej drobiowej szynki, której producenci pewnie już dawno zapomnieli, jak wygląda ptactwo domowe.
Liwia, nie przestając się śmiać, oparła głowę na jego torsie, a on objął jej ciało ramionami i przytulił.
— W torbie, którą zostawiłam na twoim stoliku znajdziesz coś lekkiego i bardziej naturalnego — rzekła, ocierając oczy wierzchem dłoni.
— Zatem pora wracać — oświadczył.
Kiedy weszli do windy, po Antku już widać było zmęczenie. Liwia zauważyła to w lekkim spięciu szczęki, w tym, jak przenosił ciężar ciała z jednej na drugą nogę. I w drobnym westchnięciu, którego pewnie sam nie był świadomy.
— Wszystko gra? — zapytała, kiedy wcisnął guzik z numerem piętra.
Nie odpowiedział od razu. Gdy winda drgnęła, odruchowo złapał się poręczy, ale zaraz puścił. I dopiero wtedy, powoli wyciągnął rękę w jej stronę. Objęła go delikatnie, a on w niewielkim stopniu skorzystał z jej wsparcia.
— No — mruknął cicho. — Teraz wszystko gra.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz