poniedziałek, 8 września 2025

Rozdział 42

Rafał 

Nadszedł pierwszy dzień wakacji, w którym zawsze spało się dłużej, ale w mieszkaniu Rafała już od samego rana wszyscy byli na nogach. Okna były uchylone, a przez firanki wpadały promienie słońca. Nikt jednak nie zwracał uwagi na pogodę. Lenka, jeszcze w pidżamie, siedziała przy kuchennym stole i kończyła jeść płatki nie spuszczając wzroku z talerza. Krzyś w milczeniu, w przedpokoju, wkładał buty, a Emilia w łazience nakładała tusz do rzęs. Rafał, w swojej sypialni, przed szafą z dużym lustrem właśnie poprawiał kołnierzyk granatowej koszuli. Obok niego, na stoliku w dużym wazonie, stał bukiet czerwonych róż. 

Za kilka minut miała przyjechać Irena — teściowa i wszyscy razem mieli udać się na cmentarz. Dzisiaj była rocznica śmierci Natalii. Dzieci, szczególnie Emilia, zawsze tego dnia były bardziej wyciszone. On sam z każdym rokiem przeżywał to inaczej, niekoniecznie lżej. Po prostu w jego sercu nie było już rany, ale pewna nienaruszalna przestrzeń. Miejsce, w którym Natalia nadal istniała jako matka jego dzieci, jako kobieta, która kiedyś była dla niego całym światem. Ale wiedział już, że jej obecność nie musi wykluczać nowego uczucia. Że nie musi wybierać między przeszłością a przyszłością. Bo Natalia była historią, a Janka teraźniejszością, w której znów mógł oddychać pełną piersią. I żadna z tych kobiet nie zabierała miejsca drugiej. Serce, o dziwo, miało w sobie więcej przestrzeni niż przypuszczał. 

Jakiś czas później, idąc cmentarną alejką na samym końcu, wspierając się o kuli i niosąc kwiaty, patrzył na swoje dzieci i czuł dumę. Dlatego, że one też mimo dzisiejszego smutku i tęsknoty, każdego innego dnia potrafiły się uśmiechać, dokazywać i rozmawiać. Lenka szła z przodu, obok babci, ściskając jej dłoń. Emilia i Krzyś podążali za nimi. Chłopak niósł w ręce reklamówkę ze zniczami, a Emilka trzymała drugi bukiet, pełen kolorowych kwiatów, które dzieci same wybrały w kwiaciarni. Kiedy stanęli przed grobowcem, chwilę trwali w milczeniu, każde pogrążone we własnych myślach. Irena z pomocą starszej wnuczki ustawiła znicze, a potem kwiaty. Lenka położyła na płycie kolorową laurkę i przycisnęła ją znalezionym po drodze kamykiem. 

Córeczko… — zaczęła cicho teściowa. — Dzisiaj znowu jesteśmy tu wszyscy. Tak, jak chciałaś. Twoje dzieci rosną, są mądre, dobre i piękne. Rafał świetnie sobie radzi. 

Uśmiechnęła się przez łzy. 

— Mamo, ja… — odezwał się Krzyś, patrząc na zdjęcie matkipamiętam twój zapach. I to, jak śpiewałaś mi wieczorem. Myślałem, że zapomnę, ale nie. Nie zapomniałem. 

— Ja też nie — dodała Emilia. — Mam jeszcze twoją chustę. Tę, którą dostałaś od taty pod choinkę. Czasami, kiedy mi smutno i za tobą tęsknię to zakładam ją i wtedy wydaje mi się, że to ty mnie przytulasz. 

Rafał przełknął ślinę, a wraz z nią łzy. W tamte święta oczekiwali na przyjście na świat Lenki. 

Tato ma nową dziewczynę — oznajmiła jego najmłodsza córka z całą dziecięcą szczerością. — Lubimy ją, zwłaszcza, kiedy staje po naszej stronie. 

Parsknął cicho śmiechem. 

— No tak — pokiwał głową, zerkając na Lenę. — Mama pewnie i tak to wiedziała, zanim jej powiedziałaś. 

A to, że Emilka ma chłopaka też wie? — zapytała dziewczynka. 

— Z pewnością — odpowiedziała jej starsza siostra, uśmiechając się. 

— Wie nawet, że się z nim całuje — dodał Krzyś. — Bo widzi ich z góry, a tato nie. 

Emilia spojrzała na brata wzrokiem mówiącym, że policzą się po powrocie do domu. 

Rafał ogarnął całą trójkę ciepłym spojrzeniem, a potem przeniósł wzrok na zdjęcie Natalii. 

— Zawsze byliśmy zgodni co do jednego — rzekł cicho — że szczęście naszych dzieci jest najważniejsze. 

A w myślach dorzucił jeszcze: „Dziękuję ci, Natalko… za to, że byłaś. Za to, że dałaś mi tą wspaniałą trójkę i że potrafiłaś odejść tak, że mogę teraz… iść dalej. Nie martw się. Zawsze będziesz w naszych sercach i w naszej pamięci”. W jego oczach nie było już tylko smutku. Była wdzięczność. Wiedział, że miłość do Natalii nie zatrzymała ich w miejscu — przeciwnie, dała ich rodzinie wolność, by z czasem otwierać serca na innych. 

Po powrocie do domu, wspólnie z dziećmi, ugotował obiad — rosół i klopsiki z ziemniakami a Emilia przygotowała deser ciasto ze śliwkami, według przepisu, z którego robiła je mama. Przy jedzeniu rozmawiali na różne tematy. Po południu Emilia przyniosła albumy ze starymi zdjęciami. Usiadła obok Lenki i Krzysia, pokazując im fotografie z czasów, gdy byli mali. 

— O, patrz, to wtedy, kiedy mama kąpała cię w misce — śmiała się Emilia trafiwszy na zdjęcie Lenki z jej okresu niemowlęctwa. 

— Ale ja byłam malutka! — zawołała dziewczynka. 

A tu Krzysiu, jak mama na wakacjach przysypała go piaskiem. Miałeś wtedy chyba sześć lat. 

Chłopak zachichotał.  

— Potem kazała mi się porządnie umyć — rzekł. 

Rafał stał oparty o framugę, obserwując ich. W jego oczach coś się szkliło, ale nie dawał tego po sobie poznać. Przeszedł do kuchni, żeby zalać świeżą herbatę. Irena poszła za nim. 

— Dałeś im wszystko, co mogłeś — powiedziała cicho, kładąc mu dłoń na ramieniu. — Natalia byłaby z ciebie dumna. Wiesz o tym, prawda? 

Rafał spojrzał na teściową, kiwając głową. 

— Staram się, mamo. Tylko tyle mogę — rzekł. 

Wieczorem, gdy usypiał dzieci, Lenka wtuliła się w Rafała. 

— Tato… dzisiaj mama też nas widziała? — spytała szeptem. 

— Na pewno — odpowiedział, gładząc ją po głowie. — I myślę, że się uśmiechała. Cały dzień.  

Lenka przytaknęła i zamknęła oczy. Rafał został jeszcze chwilę przy niej, zanim zgasił światło i wyszedł z pokoju. 

W salonie sięgnął po album, który Emilia zostawiła na stole. Zaczął przeglądać go strona po stronie. Jedne zdjęcia sprawiały, że chciało mu się śmiać. Przy innych łzy stawały mu w oczach. Zatrzymał się dłużej na ostatniej stronie. Było tam zdjęcie całej ich rodziny z sesji świątecznej, na którą namówiła ich Natalia. Ona trzymała na kolanach Lenkę ubraną w białą sukienkę, na jego nogach siedział Krzyś w białej koszuli i niebieskich dżinsach. Emilia, w sukience w czerwoną kratkę, siedziała na podłodze przed nimi. Dzieci patrzyły w obiektyw, ale on z żoną patrzyli na siebie. W ich wzroku było pełno miłości, mimo, że minutę wcześniej syn, niechcący, kopnął go prosto w goleń tak, że świeczki stanęły mu w oczach. Uśmiechnął się na to wspomnienie po czym zamknął album i odłożył go na półkę. Będą wracać do niego jeszcze nieraz. Ale będą też tworzyć nowy. Na zdjęciach pojawią się inne osoby: Janka, może Marcel. I ten czas też będzie wypełniony chwilami, z których jedne będą zabawne, a inne wzruszające. Jednak najpiękniejsze, żywe wspomnienia pozostaną w sercach: Lenka, która goni kaczki na wiejskim podwórku, Krzysiu stający w obronie pamięci o mamie, Emilka tuląca się do niego po kłótni z chłopakiem, albo Janka… która przez telefon pierwszy raz wyznaje mu miłość. Takich chwil żaden aparat fotograficzny nie był w stanie uchwycić. 

 

Liwia i Antek 

Niedziela była pierwszym dniem, w którym w domu Jaroszyńskich znowu zrobiło się gwarno. Antek siedział na podłodze w salonie, oparty wygodnie o kanapę. Nogi wyciągnął wygodnie przed siebie, podkładając sobie pod kolana poduszkę i spojrzał z rozbawieniem na spoczywającą na nich Pusię, która zapadła w drzemkę. Zastanawiał się, czy kotka już zawsze będzie wobec niego taka miła, czy może, kiedy dojdzie do siebie znowu przypuści na niego swoje ataki. Przeniósł wzrok na siedzących obok niego dwoje małych budowniczych, którzy stawiali zamek z klocków. Z jego niewielką pomocą. Kacper właśnie ustawiał wieżę obronną, a Klara budowała salę tronową. 

— Zobacz, wujku! Tu będzie most zwodzony. Jak się pociągnie za ten czerwony klocek, to się podnosi! — rzekł chłopiec demonstrując konstrukcję. 

— Tylko nie za mocno, bo królowa się przewróci — ostrzegła Klara, prostując małą figurkę z pelerynką zrobioną z kawałka chusteczki higienicznej. 

Antek uśmiechnął się lekko i przesunął ostrożnie jeden z klocków. 

— To może tutaj zrobimy ukryte przejście. Dla księżniczki, jakby smok znowu przyszedł — zaproponował. 

— Nie przyjdzie — powiedział Kacper z powagą. — Bo przecież go pokonałeś. 

Antek spojrzał na niego z lekkim zaskoczeniem w pierwszym momencie nie łapiąc kontekstu. 

— Pokonałem? — spytał. 

— No tak! Ten smok, co cię zaatakował… — Kacper wskazał na jego brzuch. — Mama mówiła, że to była taka trudna walka. Ale że jesteś bardzo dzielny. 

Antek przymknął oczy na moment zastanawiając się w duchu, jakim cudem nie zrozumiał od razu, o czym mówią dzieci. 

— No… tego smoka nie było łatwo pokonać — przyznał cicho, a potem spojrzał na Kacpra i mrugnął do niego lekko. — Ale miałem dobrych rycerzy po swojej stronie. I księżniczkę też. 

— A teraz jest już po wszystkim? — zapytała Klara, przerywając układanie klocków i patrząc na niego uważnie. 

Antek zawahał się. Jeśli powie dzieciom, że już po wszystkim, a potem zobaczą go w gorszej formie to będą się martwić, że znowu jest chory. Wziął spokojny oddech i poprawił pozycję. 

Wiecie… jeszcze przez jakiś czas będę się leczył, ale w domu, nie w szpitalu. Kilka razy tam pojadę, żeby pani doktor sprawdziła, czy wszystko jest dobrze. Wrócę do pracy i nie będę już mieszkał z babcią i dziadkiem. Ale będziemy się widywać, razem bawić i chodzić na spacery. Tylko czasami mogę być bardziej zmęczony i wtedy będę potrzebował jeszcze trochę odpoczynku.  

Dzieci słuchały uważnie. W końcu Klara skinęła głową i przysunęła się bliżej niego. 

— To dobrze — westchnęła z ulgą. — Bo ja się trochę bałam, że możesz nie pokonać tego smoka. Ale tylko troszkę — dodała cichutko. 

Antek zaśmiał się cicho. Przygarnął dziewczynkę do siebie jedną ręką, a drugą odruchowo położył na brzuchu. 

— Ja też się trochę bałem. Ale tylko troszkę — odparł. 

Klara położyła delikatnie swoją małą rączkę na jego dłoni, a potem przeniosła spojrzenie na jego twarz. 

— To… kiedy zamierzasz oświadczyć się księżniczce? — zapytała, uśmiechając się. 

Zapadła chwila ciszy. Głównie dlatego, że Antek w tym momencie miał taki natłok różnych emocji, że jego ciało nie nadążało za tą huśtawką. W końcu odchrząknął cicho i spojrzał uważnie najpierw na jedno, a potem drugie dziecko.  

— Hmmm… Powiem wam w sekrecie, że mam taki plan. Ale to jeszcze między nami, dobra? 

— Tajemnica? — Kacper aż wyprostował plecy na taką wiadomość. 

Antek puścił do nich oko. 

— Tajemnica. Nikomu ani słowa. 

— Nawet babci? — dopytała Klara konspiracyjnym szeptem. 

— Nawet babci. 

Rodzeństwo spojrzało na siebie z minami wskazującymi na to, że to będzie bardzo trudne zadanie, ale jak mus to mus. Antek, patrząc na nich omal nie wybuchnął śmiechem. Może by i to zrobił, ale w tym momencie wiązałoby się to z ryzykiem pęknięcia szwów. Wrócili do dalszego budowania zamku. Pusia, która przebudziła się, wstała, zeszła z jego kolan, po czym przeciągnęła się i majestatycznym krokiem opuściła salon. Mężczyzna powolnymi ruchami podniósł się z podłogi i przeniósł na kanapę. Kacper co chwilę pokazywał mu nowe elementy, które dokładał do budowli, a Klara nadal pracowicie tworzyła salę tronową dekorując ją na ślub księżniczki. 

Po południu dołączyła do nich Liwia. Antek, mając już dość siedzenia w domu, poprosił, żeby pojechali do jego mieszkania. Chciał rzucić okiem, czy wszystko jest gotowe na jego powrót. Liwka, która nie miała okazji jeszcze tam być, poczuła lekką ekscytację. Za chwilę miała zobaczyć kawałek jego prywatnego świata — miejsce, które należało tylko do niego i odzwierciedlało jego gusta, przyzwyczajenia i potrzeby. 

Jakieś pół godziny później zaparkowali przed jednym z bloków na strzeżonym osiedlu w nowoczesnej dzielnicy. Wysiedli z samochodu i weszli do klatki, a następnie windą wjechali na ostatnie piętro. Antek wyjął z kieszeni klucze, otworzył drzwi i wpuścił Liwię do środka. Od razu uderzyło ją to, że mieszkanie było spore i jasne.  

— Ile tu miejsca — mruknęła, porównując je w myślach ze swoim. 

Stała przez chwilę w przedpokoju, lustrując przestrzeń. Dominowały głównie odcienie kremu i szarości z czarnymi dodatkami. Nie było w nim zbyt wielu ozdób, ale w otwartym salonie na jednej ze ścian zauważyła galerię zdjęć w jednakowych ramkach. 

—  Możesz śmiało wejść dalej — rzekł Antek lekko rozbawiony jej reakcją. — Na wprost, jak widzisz, jest salon, a z niego przejście do mojego gabinetu, na prawo kuchnia, na lewo moja sypialnia i łazienka. 

Liwia ruszyła przed siebie. W salonie zobaczyła wygodną sofę, stolik kawowy, telewizor. Z bliska obejrzała zdjęcia. Były głównie z rodziną, kilka z pracy — zarówno z biura, jak i z podróży, jedno z jakiejś gali wręczenia nagród. 

—  Wiesz już, kiedy wracasz do firmy? — zapytała podniesionym głosem, bo Antek zniknął w kuchni. 

— Nie wcześniej niż za miesiąc — odparł, wchodząc do salonu. 

Trzymał dwie szklanki z wodą, z których jedną podał Liwii, po czym usiadł na sofie. 

Upiła łyka i penetrowała mieszkanie dalej. Przeszła do gabinetu. Nie było tam nic wyróżniającego to pomieszczenie oprócz jednej rzeczy. Otworzyła szeroko oczy i uśmiechnęła się. 

— Nie wierzę — zawołała. 

Pod oknem, na stoliku stała gablota, a w niej… zamek z klocków. Liwia podeszła bliżej i nachyliła się, przyglądając mu się uważniej. Zbudowany, z pewnością, z kilkuset elementów, składał się z takich detali jak wieżyczki, drzewa w ogrodzie, rycerze w oknach. Miał nawet fosę i most zwodzony. Prawdziwe dzieło cierpliwości i precyzji. 

— Już wiem, po kim twoi siostrzeńcy mają swoją pasję — zaśmiała się. — Myślałam, że po prostu towarzyszysz im w budowaniu, ale to chyba ty byłeś pionierem w tej dziedzinie. 

— Wydało się — odparł Antek z drugiego pokoju. 

— To wszystko według instrukcji? 

— A gdzie tam? Częściowo własny projekt. Wiesz, kreatywny wiceprezes też czasem musi się wyżyć. 

— Dzieciaki to widziały? 

— Jasne. Moja chrześnica robiła zdjęcia jak do katalogu. A jej brat próbował ukraść jedną katapultę. Do dzisiaj udaje, że to nie on. 

Roześmiała się. Obejrzała dokładnie budowlę, a potem rozejrzała się po półkach. Zobaczyła kilka książek z dziedziny marketingu, parę przewodników turystycznych, jakieś powieści z gatunku kryminał i sensacja. Obok nich stała ramka z kolejnym zdjęciem. Ich zdjęciem. Fotograf uchwycił ten moment w tańcu, kiedy śmiali się oboje, patrząc sobie w oczy. Nie byli wtedy parą, a mimo to, Antek zachował właśnie tę fotografię. 

— Po tamtym wieczorze już nie mogłem przestać o tobie myśleć — odezwał się stając za jej plecami, jakby dokładnie wyczuł, że Liwia właśnie teraz na nią patrzy. 

Dobrze się wtedy razem bawiliśmy — stwierdziła. 

To prawda — przyznał. — Potem, kiedy staliśmy razem na tarasie powiedziałaś, że czasami Pan Bóg stawia nam na drodze właściwe osoby w najmniej spodziewanym momencie. 

— A ty odparłeś, że może to dlatego, że On wie lepiej, kiedy jesteśmy na coś gotowi — rzekła. 

I chyba dlatego tak lubię to zdjęcie. Przypomina mi tamten wieczór i to, że dzięki Niemu teraz jesteś tu naprawdę. Nie tylko na fotografii — powiedział. 

Liwia odwróciła się przodem do niego i spojrzała mu w oczy. 

— Myślisz, że — zaczęła — byłbyś w stanie wpuścić w to swoje uporządkowane królestwo kogoś, kto by ten misterny ład zniwelował w jeden dzień? — zapytała unosząc brew. 

Nachylił się nad nią. 

— To zależy — odparł. 

Uśmiech zawisł na jego ustach, a spojrzenie złagodniało. Przez moment nic nie mówił — tylko patrzył, jakby ważył słowa, choć odpowiedź już dawno znał. 

— To zależy… — powtórzył, zniżając głos — …czy ten ktoś przyniósłby ze sobą też śmiech, zapach kawy o szóstej rano, pobazgrany kalendarz i całkiem nowe powody, żeby chcieć wracać do domu. 

Zaskoczył ją. Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale wtedy Antek dodał: 

— A jeśli tym „kimś” byłabyś ty… to mogę nawet zrezygnować z porządku w szufladzie na sztućce. A to już coś znaczy. 

Parsknęła śmiechem. 

— Wiesz — powiedziała — z tymi szufladami na sztućce to uważaj, bo to byłby pierwszy krok do chaosu. A potem już tylko krem nie na swojej półce, ładowarka w kuchni i ja śpiąca po twojej stronie łóżka. 

Antek wzruszył ramionami z udawaną rezygnacją. 

— Jeśli to cena za ciebie… to niech będzie. Niech żyje chaosrzekł. 

Podniosła na niego wzrok. 

— Antoni Jaroszyński, czy ty… 

Nie dał jej dokończyć, kładąc swój palec na jej ustach. 

CiiiNie psuj niespodziankiodparł, uśmiechając się tajemniczo. 

Liwia tylko przewróciła oczami, ale kąciki jej ust uniosły się w uśmiechu. Nic więcej nie powiedziała. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rozdział 46

Inez, Piotr i Jacek     Kilka dni później, w ciepłe letnie popołudnie , Inez z Piotrem i Jackiem wybrali się do budynku na Starym Mieście. ...