środa, 3 września 2025

Rozdział 7

Liwia i Antek

Następnego dnia Liwia weszła do biura firmy przewozowej w lekkim napięciu, niepewna, co ją czeka. Na wejściu powitał ją pokaz taboru autokarów wyświetlany na monitorze w holu. Stamtąd kolejne drzwi prowadziły do sekretariatu. Liwia ruszyła w tamtą stronę.

Sekretarka siedząca za biurkiem uśmiechnęła się na jej widok uprzejmie.

- Dzień dobry! W czym mogę pomóc? – zapytała.

- Jestem umówiona z Antkiem – odparła Liwia. Zastanawiała się czy nie powiedzieć panem Jaroszyńskim, ale uznała, że nie musi być tak oficjalna.

- Och, proszę za mną.

Kobieta wstała i zaprowadziła ją do gabinetu. Liwia pomyślała, że pewnie należy on do jego szefa i czekają tam obaj na nią, ale po chwili zobaczyła tabliczkę przykręconą obok drzwi z napisem „Antoni Jaroszyński – wiceprezes. Dyrektor ds. promocji i marketingu”. Aż przystanęła z wrażenia. Wszystko zaczęło się jej układać w logiczną całość. Jego pewność siebie, łatwość nawiązywania kontaktu. Niewymuszona swoboda i elegancja. Oczywiście nie musiało to wynikać z funkcji pełnionej w pracy, ale na pewno w jakiś sposób ona też kształtowała jego charakter.

 

Kiedy weszła do przestronnego gabinetu, pierwsze, co zobaczyła, to Antek, który stał przy oknie, w ręku trzymał filiżankę kawy i coś przeglądał w telefonie. Obok niego, za biurkiem, siedział o kilka lat starszy mężczyzna o przenikliwym spojrzeniu i swobodnym uśmiechu. Obaj byli rozbawieni. Widać było, że łączy ich nie tylko służbowa relacja.

- Liwia! - Antek odwrócił się i podszedł do niej. - Cieszę się, że jesteś. Poznaj Michała, mojego szefa - dodał wskazując na kolegę, który wyszedł z za biurka, żeby się przywitać.

- Michał Wysocki, ale szef tylko z nazwy - rzekł drugi mężczyzna, ściskając jej dłoń.

- Zależy, co jest dla niego bardziej opłacalne w danym momencie - zażartował Antek.

Liwia roześmiała się czując, że w tym gronie będzie się jej dobrze pracować.

- Czego się napijesz? - zapytał Antek.

- Poproszę kawę z odrobiną mleka - powiedziała Liwka.

Antek spojrzał na sekretarkę, która tylko kiwnęła głową i wyszła. Liwia dyskretnie rozglądała się po wnętrzu gabinetu, co nie uszło uwagi mężczyzny.

- Podoba ci się? - zapytał mrugając do niej.

Uśmiechnęła się szeroko.

- Przynajmniej wiem, że masz dobry gust - odparła. - I chyba trochę więcej do roboty niż tylko prowadzenie autokaru? – rzuciła z błyskiem w oku.

Miał na tyle przyzwoitości, żeby chociaż lekko się zarumienić.

 

Michał, który do tej pory bez słowa oglądał ich przekomarzania odchrząknął.

- Może usiądziemy? - zaproponował wskazując zestaw wypoczynkowy stojący w rogu gabinetu, przy którym też często wygodnie omawiali różne sprawy firmowe.

Liwia zajęła miejsce z jednej strony na sofie, a Antek i Michał w fotelach naprzeciwko.  Zanim zaczęli omawiać projekt, Marta zdążyła jeszcze przynieść kawę i rogaliki. Liwia rozpoznała logo firmy Inez i uśmiechnęła się. Wiedzieli, co dobre.

- Słucham, panowie - rzekła po upiciu łyka kawy z filiżanki. - W czym mogę wam pomóc?

– Chcemy zrobić spot reklamowy - rzekł Antek, nachylając się lekko do stołu. – Kierowcy i piloci to twarze naszej firmy, to oni są najważniejsi. Zamiast wynajmować modeli, wolimy pokazać prawdziwych ludzi, którzy pracują u nas na co dzień. Dlatego pomyślałem o tobie – żebyś zadbała o ich wygląd, ale w taki sposób, żeby wciąż byli sobą.

Liwia przyjęła tę informację z uznaniem. Pomysł jej się podobał. 

– Brzmi świetnie. Będzie trochę wyzwania, zwłaszcza jeśli panowie nie są przekonani do makijażu.

– Och, tego możesz być pewna – westchnął Michał z rozbawieniem. – Niektórzy na pewno będą się buntować.

Antek zaśmiał się. 

– Ale my ich przekonamy. – Spojrzał na Liwię z tym swoim zawadiackim uśmiechem. – Mam nadzieję, że jesteś gotowa na odrobinę negocjacji.

– Nie byłabym w tym zawodzie, gdybym nie umiała przekonać upartego faceta do nałożenia odrobiny pudru – odparła z błyskiem w oku.

Rozmowa potoczyła się dalej, ustalając szczegóły kampanii, terminy sesji i potrzeby zespołu. Liwia wciąż oswajała się z nową wiedzą o Antku. Był coraz bardziej intrygującym mężczyzną. Ona też miała jeszcze coś w zanadrzu na swój temat, co z kolei mogło totalnie zaskoczyć jego. Ale jeszcze nie nadszedł czas, żeby o tym mówić.

 

Inez

Inez stała przy stole roboczym w piekarni, w dłoniach trzymając kulkę ciasta i gniotła ją już chyba z kilkanaście minut. Nie potrafiła się skupić. Jej myśli wciąż krążyły wokół Piotra i rozmowy z zeszłego wieczoru. Jego twarz, jego spojrzenie, ton głosu – wszystko wracało do niej w kółko. Nie mogła się od tego uwolnić, choć próbowała. Piec już dawno oznajmił, że wcześniejsza partia wypieku jest gotowa, ale nawet go nie usłyszała. Kiedy poczuła zapach przypalonych bułek, była już za późno. Wyjęte z pieca nie nadawały się już do niczego.

Andrzej, który właśnie wszedł do kuchni spojrzał na stolnicę z ciastem i na blachę z bułkami, a potem na Inez.

- Wszystko w porządku, szefowo? – zapytał. – Może ja to dokończę? – zaproponował. Spojrzała na niego zaskoczona.

- Nie, dam radę. Po prostu się trochę zamyśliłam, ale już się zabieram do roboty.

Westchnęła cicho zabierając się za wyrobienie kolejnych bułek. Po chwili jej myśli znów wróciły do Piotra. Zaczęła zastanawiać się, czy powinna się z nim spotkać kolejny raz. Potem stwierdziła, że w sumie po co. Co jeszcze może od niego usłyszeć? Skończy się tym, że jeszcze bardziej namiesza jej w głowie. Chciała, by wszystko wróciło do normy. Tak jak było wcześniej. Spokojnie, bez niespodzianek. Bez Piotra.

Na zaplecze wszedł Jacek.

- Może pomóc, szefowo? – zapytał.

Inez spojrzała na niego rozkojarzonym wzrokiem, ale szybko się zebrała.

- Już kończę – powiedziała. – Za chwilę będą gotowe.

Jacek zerknął na blachę przypalonych bułek, które wciąż leżały obok na blacie.

- Zajmę się chociaż tym - mruknął.

- Dziękuję, Jacek. Po prostu... Mam trochę za dużo na głowie - odpowiedziała, próbując ukryć rosnącą frustrację. - Ale zaraz się ogarnę.

Jacek pokiwał głową, ale nie był przekonany. Inez wzięła głęboki oddech, starając się zresetować myśli. Ale w głowie wciąż słyszała głos Piotra, widziała te same oczy, które kiedyś były dla niej całym światem. I nie mogła pojąć, dlaczego wrócił. Czy naprawdę wszystko się zmieniło? 

Nie mogła tego ogarnąć.

 

Janka i Rafał

Rafał obudził się po nocy czując niewygodę i spięcie we wszystkich mięśniach. Próbował chociaż odrobinę zmienić pozycję i rozciągnąć górnej partie ciała, ale niewiele to dało. Skończyło się tym, że zsunął mu się koc i teraz nieporadnie próbował go poprawić. O, święta cierpliwości, rzekł w myślach, jeszcze tylko te kilka dni. Wczorajszy dzień był ciężki. Zajrzeli na chwilę jego koledzy z pracy: Jędrzej i pan Zbysiu. Dzieciaki nie przyszły, bo Emilia po rozmowie z babcią ustaliła, że na razie tato musi dojść nieco do siebie. Liczył, że jednak wpadną dzisiaj. Janki też nie było więc nie miał się z kim podroczyć. Pielęgniarka, która wczoraj się nim opiekowała była mężatką w wieku przedemerytalnym i nie miała zbyt dużego poczucia humoru. Rafał był po prostu grzecznym pacjentem. Pod koniec dnia znudzonym, grzecznym pacjentem. Ból był do zniesienia, ale leżenie w jednej pozycji wciąż doprowadzało go do szału. Czas ciągnął się niemiłosiernie. W nocy zasnął tylko dzięki działaniu leków, po których śniły mu się jakieś totalne głupoty. Teraz westchnął ciężko, bezradnie patrząc na koc, który uparcie nie chciał wrócić na swoje miejsce. Jego lewa ręka, unieruchomiona w gipsie, nie nadawała się do poprawiania czegokolwiek, a prawa – z wenflonem i ograniczonym zasięgiem ruchu – również nie była w tym zbyt pomocna. Po krótkiej walce poddał się, uznając, że i tak zaraz ktoś tu wejdzie i może go poratuje. Jakby na zawołanie drzwi cicho się uchyliły, a do sali weszła Janka. Miała na sobie świeżo uprasowany uniform i ten charakterystyczny wyraz twarzy, który balansował gdzieś między profesjonalizmem a lekkim rozbawieniem.

- O, już nie śpisz - stwierdziła, zatrzymując się przy łóżku.

- Za dużo luksusu, za wygodne łóżko - odburknął Rafał, próbując nie okazać zbytniego entuzjazmu na jej widok. - Wiesz, że można prawie umrzeć z nudów?

Janka uniosła brwi i założyła ręce na piersi.

- Pani Basia okazała się pielęgniarką oporną na twój urok osobisty? – zapytała z nutą sarkazmu.

- Twierdzisz, że mam urok osobisty? – podchwycił Rafał, przy czym zauważył z satysfakcją, że nieco ją speszył.

Janka przewróciła oczami i podeszła bliżej. Wtedy zauważyła jego nieudolne próby ogarnięcia koca.

- Oho, czyli zaczęliśmy poranek od walki z materią nieożywioną? - rzuciła.

- Koc mnie pokonał - odparł Rafał z pokorą.

Janka, kryjąc uśmiech, sięgnęła po materiał i poprawiła go tak, by znów przykrywał Rafała w miarę równo. Następnie zdjęła z szyi stetoskop.

- To teraz standardowa procedura: sprawdzimy, czy jeszcze żyjesz - rzekła.

- Jestem pewien, że tak, ale jak chcesz mieć dowód, to proszę bardzo.

Pochyliła się nad nim i przyłożyła stetoskop do jego klatki piersiowej. Sprawdziła płuca i na moment zasłuchała się w mocne bicie jego serca czując nagle, że coś dziwnego zaczyna się dziać z jej własnym. Kiedy podniosła wzrok napotkała ciepłe choć nieco rozbawione spojrzenie jego ciemnych oczu. Skończyła badanie i nie mówiąc nic założyła mu na rękę mankiet ciśnieniomierza. Było lekko podwyższone, ale w sytuacji ciągłego napięcia i stresu nie było to nic niepokojącego. Inne parametry też były w normie.

- Później przyjdzie do ciebie rehabilitant. Pomoże ci się trochę rozluźnić - oznajmiła.

- Byłoby super - odparł z westchnieniem.

Janka spojrzała na niego z lekkim uśmiechem.

- Przetrwasz. Do zobaczenia później - rzekła i opuściła salę.

Rafał odprowadził ją wzrokiem z poczuciem, że poranek stał się odrobinę mniej beznadziejny.

Janka zamknęła za sobą drzwi sali i wzięła głęboki wdech. Nie miało jej być dzisiaj w szpitalu, ale musiała zamienić się z koleżanką na dyżury i zajrzeć rano do pacjentów. W tym do Rafała, który też był pacjentem. PACJENTEM! Powtórzyła sobie to w myślach jeszcze z dziesięć razy. Dlatego powinna była zachowywać się jak najbardziej profesjonalnie. Fakt, że jego sytuacja budziła w niej jakąś czułość i opiekuńczość, nie powinna mieć wpływu na jej pracę. Musiała ochłonąć i ogarnąć się. Być profesjonalistką.

To samo powtórzyła sobie kilka godzin później, kiedy zobaczyła jak do sali Rafała zbliża się niewielka grupa osób. Rozpoznała najstarszą córkę.  Obok niej szła kobieta, która sądząc po wieku, była jego matką. Przed nimi szli chłopiec w wieku szkolnym – całkowita kopia ojca i jego młodsza siostra, która z kolei wyglądała jak młodsza wersja babci i przypuszczalnie swojej mamy. Zatem starsza kobieta musiała być teściową Rafała. Janka stwierdziła, że powinna zatrzymać ich przed wejściem i przygotować na to, co zobaczą w środku. Dzieci na pewno będą chciały przytulić się do taty. Mogą to zrobić, ale w bezpieczny sposób. Stanęła przed drzwiami sali i spojrzała na całą gromadkę.

- Cześć, jestem Janka i jestem pielęgniarką na tym oddziale. Zanim wejdziecie do taty, chcę wam coś wytłumaczyć - zaczęła ciepłym, ale rzeczowym tonem. - Tata ma złamaną nogę i rękę. Żeby jego kość w nodze mogła się dobrze ustawić, lekarze założyli mu specjalny wyciąg.

- Wiemy - rzekła najmłodsza dziewczynka. – Emilka mówiła, że wystają mu z nogi jakieś sznurki, a na ich końcu wiszą jakieś ciężarki.

- Tak – potwierdziła Janka. - To znaczy, że jego noga jest cały czas unieruchomiona. Te ciężarki delikatnie ją ciągną, żeby wszystko się dobrze goiło. Teraz tato po prostu musi leżeć i odpoczywać.

- A my możemy do niego podejść? — zapytał syn.

- Oczywiście, możecie go uścisnąć, ale musicie uważać, żeby nie poruszyć jego nogi - powiedziała Janka łagodnie, ale stanowczo.

- Rozumiemy - odpowiedziała najmłodsza latorośl po czym nagle spojrzała prosto w oczy pielęgniarki. – A czy to bardzo go boli? – zapytała ciszej.

Janka pochyliła się do niej i uśmiechnęła się ciepło.

- Trochę go boli, ale ma specjalne leki, żeby nić nie czuć. Po nich może być trochę senny i może trochę wolniej kontaktować – rzekła.

Dzieciaki zachichotały.

- Wiemy – odparł chłopiec. – Emi mówiła, że zapytał ją czym się teleportowała do szpitala.

Janka parsknęła śmiechem.

- Czyli wiecie już, czego się spodziewać – stwierdziła. – W takim razie idźcie go zobaczyć, bo już się nie może was doczekać.

Cała czwórka weszła do sali. Młodsze dzieci zatrzymały się tuż przy łóżku, jakby niepewne, czy mogą podejść bliżej.

- Cześć - odezwał się Rafał cicho, unosząc lekko kąciki ust w uśmiechu.

Najmłodsza Lena pierwsza się przełamała i delikatnie przytuliła się do ojca.

- Tatusiu! - powiedziała z przejęciem. - Boli cię?

- Teraz już nie tak bardzo - odparł spokojnie patrząc ciepło na córkę. - Ale muszę trochę poleżeć, żeby kość dobrze się zrosła.

Krzyś stanął obok siostry, spoglądając na nogę ojca z wyraźnym zainteresowaniem.

- To te ciężarki tak cię unieruchamiają? – zapytał.

- Tak, pomagają, żeby wszystko było na swoim miejscu. Ale niedługo je ściągną i wtedy będę miał specjalną ortezę zamiast tego wyciągu.

- Babcia mówiła, że długo będziesz tutaj leżał.

Rafał skinął głową.

- Trochę to potrwa, ale jak będę grzecznie słuchał lekarzy, to szybciej do was wrócę.

Lena przygryzła wargę, po czym ostrożnie usiadła na skraju krzesła obok łóżka.

- A my możemy przychodzić?

- Oczywiście. Bardzo bym chciał.

Dziewczynka położyła dłoń na jego zdrowej ręce i ścisnęła ją.

- Będziemy cię pilnować, żebyś słuchał lekarzy.

Rafał zaśmiał się cicho, czując ciepło bijące od swoich dzieci. Mimo bólu i unieruchomienia wiedział, że to właśnie one dadzą mu siłę, żeby jak najszybciej stanąć na nogi. Czuł, jak napięcie powoli opuszcza jego ciało. Widok dzieci i ich troska działały na niego lepiej niż jakiekolwiek środki przeciwbólowe. Przez chwilę panowała między nimi cisza – taka, która nie była niezręczna, a wręcz potrzebna, by wszyscy mogli oswoić się z sytuacją.

Krzyś cały czas zerkał na mechanizm wyciągu. W końcu nie wytrzymał i z powagą zapytał:

- A jak śpisz, to ta cała konstrukcja ci nie przeszkadza?

- Trochę - przyznał Rafał. - Najgorsze jest to, że nie mogę się przekręcić na bok.

- To musi być strasznie nudne… - Krzyś zmarszczył brwi.

- Przynajmniej mam wymówkę, żeby nic nie robić.

Lena zachichotała, a Emilka tylko przewróciła oczami.

- Tato, ty i tak nigdy nic w domu nie robisz - stwierdziła.

Rafał udał oburzenie.

- Wypraszam sobie. Sprzątam, gotuję, piorę, zawożę was do szkoły a Lenkę do przedszkola. To mało?

- Dobra, dobra – Emilia nachyliła się i pocałowała ojca w policzek. – Dajesz sobie radę całkiem nieźle.

- No, tak myślę. A wy teraz macie pomagać babci, kiedy się wami zajmuje. Nie zostawiać wszystkiego na jej głowie. Zakupy zrobić, śmieci wynieść, mieszkanie odkurzyć. Jutro przyniesiecie mi grafik, kto czym się będzie zajmował. Do akceptacji.

- Tato, wiemy, że się nudzisz – rzekła Lenka, - ale twoja pielęgniarka powiedziała, że musisz dużo odpoczywać.

- Odpoczywając też mogę trzymać rękę na pulsie – odparł Rafał.

- Poczytaj sobie jakąś książkę, albo porozmawiaj z tą miłą pielęgniarką – zaproponowała Emilia.

- A jak będziemy przychodzić, to możemy ci coś przynieść! - Krzyś nagle się ożywił. - Babcia mówiła, że jak byłeś mały, to lubiłeś komiksy.

Rafał uniósł brwi i spojrzał na kobietę, która faktycznie była jego teściową.

- A skąd babcia to wie? – zapytał rozbawiony.

- Wychowywaliście się z Natalią praktycznie razem - odparła. - Twoja mama i ja znałyśmy was na wylot. Zawsze śmiałyśmy się, że jak dorośniecie to na pewno zostaniecie małżeństwem. No i faktycznie zostaliście. Chociaż był moment, kiedy wasz ślub stanął pod znakiem zapytania.

Rafał uśmiechnął się. Faktycznie w dzień ślubu pokłócili się z narzeczoną z samego rana, bo okazało się, że nie założył muszki tylko krawat. Zrobił to celowo, bo nie chciał jej w ogóle zakładać, ale Natalia się uparła więc musiał postawić na swoim na ostatnią chwilę. Skończyło się to porządną sprzeczką, ale w końcu przekonał ją do swojego pomysłu. 

- To co ci przynieść? - Lena, wyraźnie podekscytowana możliwością pomocy, przerwała jego wspomnienia.

- Może coś do czytania i jakieś przekąski.

Dzieci spojrzały po sobie, a potem porozumiewawczo kiwnęły głowami.

- W takim razie jutro coś przyniesiemy! - oznajmił Krzyś.

Lena ponownie ujęła dłoń ojca, przytulając się do jego zdrowego ramienia.

- Będziemy przychodzić codziennie, żebyś nie był smutny.

Rafał poczuł, jak ściska go coś w gardle. Te małe gesty i słowa uderzały w niego mocniej niż jakiekolwiek lekarstwa.

- W takim razie muszę szybko wracać do zdrowia, skoro mam takie wsparcie.

Emilia uśmiechnęła się, ale zaraz spojrzała na zegarek.

- Zbieramy się – zarządziła. – Tato musi odpocząć, a my zając się odrobieniem zadań i nauką.

- A nie możemy zostać jeszcze chwilkę? – zapytała Lenka.

- Nie. Jutro przyjdziemy znowu. 

Dzieci pożegnały się z ojcem.

- Trzymaj się, tato.

- Wy też. Pomagajcie babci.

Gdy dzieci wyszły z sali, Rafał przez chwilę patrzył na drzwi, jakby spodziewał się, że zaraz wrócą. W końcu zaśmiał się cicho i zamknął oczy. Po raz pierwszy od kilku dni czuł, że wszystko jakoś się ułoży.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rozdział 46

Inez, Piotr i Jacek     Kilka dni później, w ciepłe letnie popołudnie , Inez z Piotrem i Jackiem wybrali się do budynku na Starym Mieście. ...