środa, 3 września 2025

Rozdział 8

Liwia i Antek

Dzień zdjęciowy dobiegł końca. Ostatnie światła studyjne gasły, pozostawiając tylko ciepłą poświatę nad stołem, przy którym Antek i Liwia pakowali swoje rzeczy. Sesja do kampanii reklamowej jego firmy autokarowej przebiegła lepiej niż się spodziewali – zdjęcia wyszły świetnie, pracownicy prezentowali się profesjonalnie, a Liwia i jej asystentki, które robiły im makijaże, miały w tym swój niemały udział.

– Muszę przyznać – powiedziała kobieta, – że jak na kogoś z branży transportowej, całkiem nieźle ogarniasz kwestie wizualne.

Antek oparł się biodrem o stół i posłał jej zawadiacki uśmiech.

– A ty, jak na wizażystkę, całkiem nieźle zarządzałaś tym chaosem - odparł. - Myślałem, że nie da się ujarzmić takiej zgrai kierowców.

Liwia uniosła brew.

– Żartujesz? Przyzwyczaiłam się do kapryśnych modeli, a oni byli aniołami. Tylko jeden prawie uciekł przed pudrowaniem.

Antek zaśmiał się, przypominając sobie pana Waldka, który próbował się wymigać, twierdząc, że „nigdy nie używał żadnych mazideł i nie zamierza zaczynać”.

– Dobrze, że w końcu się poddał. Dzięki tobie wszyscy wyglądali jak profesjonaliści, a nie jak ekipa po nieprzespanej trasie.

Liwia uśmiechnęła się z satysfakcją, a potem sięgnęła po butelkę wody i wzięła łyk. Antek zrobił to samo, a potem spojrzał na nią uważnie.

– Wiesz co? Po takim dniu należy nam się coś lepszego niż zimna kawa z termosu i resztki ciastek z cateringu. Chodźmy na porządną kolację.

Liwia spojrzała na niego badawczo, bawiąc się zakrętką od butelki.

– Co rozumiesz przez słowo “porządną”? - zapytała.

Antek udawał, że się zastanawia.

– Jakiś kebab z budki albo burger z baru szybkiej obsługi - odparł z poważną miną. - Wziąłbym cię na pomidorową do baru mlecznego, ale o tej porze już jest zamknięty.

Liwia wybuchnęła śmiechem.

- Pomidorowa w barze mlecznym jest najlepsza na świecie - stwierdziła. 

– To następnym razem, a dzisiaj postaram się znaleźć coś, z czego będziesz równie zadowolona.

– Za pierwszym razem trafiłeś - powiedziała nawiązując do obiadu, który przyrządził jej we Włoszech. - Ufam twoim gustom kulinarnym.

- Jakże się cieszę - roześmiał się Antek. - Mogłabyś ufać mi pod jeszcze innymi względami? - zapytał żartobliwie spoglądając na nią.

Liwia zarumieniła się lekko, ale nie spuściła wzroku.

- To przychodzi z czasem - odrzekła w tym samym tonie.

- Mam nadzieję, że nie będziesz go potrzebowała zbyt dużo. Gotowa? To chodźmy.

Antek oderwał się od blatu, wziął kufer Liwii w jedną rękę a w drugą swoją teczkę i ruszył przed siebie.

 

Liwia przeciągnęła się lekko, gdy wreszcie opadła na krzesło przy stoliku w kameralnej restauracji. Spojrzała na Antka, który siedział naprzeciwko, z uśmiechem na twarzy, jakby w ogóle nie czuł zmęczenia.

- No i jak? Podoba ci się to miejsce? - zapytał opierając się swobodnie o oparcie krzesła. Liwia rozejrzała się po wnętrzu udając, że ocenia wystrój po czym zaśmiała się wracając do studiowania menu.

- Zdecydowanie bardziej interesuje mnie, co można tutaj zjeść - rzekła. 

Antek roześmiał się patrząc na nią. Podobało mu się jej podejście do tematu. Podobała mu się także jej osobowość, charakter, poczucie humoru. Od samego początku ich znajomości czuł się w towarzystwie tej kobiety naturalnie i swobodnie. Nie musiał udawać kogoś, kim nie był ani zastanawiać się nad każdym słowem. Przy niej wszystko przychodziło jakoś łatwiej, bardziej intuicyjnie. Nawet teraz, gdy rozmawiali o czymś zupełnie błahym, czuł tę ciepłą, przyjemną lekkość, jakby byli starymi znajomymi, choć przecież znali się stosunkowo krótko.

Gdy kelnerka pojawiła się przy stoliku, oboje zamówili kolację. Po chwili kobieta postawiła przed nimi karafkę z wodą. Antek sięgnął po nią i rozlał jej zawartość do szklanek. Liwia przyglądała się mu.

- Wiesz, muszę przyznać, że nie spodziewałam się po tobie takiej… formalnej roli - powiedziała po chwili.

- W sensie? - odstawił karafkę i spojrzał na nią z zaciekawieniem.

- Wiceprezes, dyrektor marketingu, a do tego jeszcze kierowca? Myślałam, że masz jakiegoś sobowtóra.

Antek roześmiał się, odchylając głowę do tyłu.

- Niektórzy mówią, że po prostu nie potrafię usiedzieć w miejscu - rzekł.

Liwia przypomniała sobie, że coś takiego mówiła Agata, kiedy zwierzała się po rozstaniu z nim. 

- A może to chęć trzymania ręki na pulsie?

Antek wzruszył ramionami, biorąc łyk wody.

- Może masz rację. Umówmy się, że to taka cecha, która sprawia, że firma nadal stoi na kołach, a nie leży w rowie.

Liwia uśmiechnęła się, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, podano im kolację. Antek od razu zabrał się do jedzenia. Rozmowa toczyła się lekko — o ich pracy, o podróżach, o ulubionych miejscach, o śmiesznych historiach z sesji zdjęciowej. Liwia nie pamiętała, kiedy ostatnio prowadziła tak naturalną i płynną konwersację.

- A ty? - zapytał w pewnym momencie Antek, patrząc na nią z ciekawością. - Lubisz swoją pracę?

- Bardzo. Wiesz, to nie jest tylko malowanie ludzi. To sprawianie, że ktoś czuje się pewniej, piękniej, inaczej niż na co dzień. Kiedy kobieta wychodzi spod moich rąk szczęśliwa i zadowolona, to mam z tego dużo radości.

- Czyli twoja praca przynosi ci sporo satysfakcji i jest połączeniem talentu i pasji?

- Można tak powiedzieć. 

- To wspaniale - przyznał, po czym zamyślił się na moment. - Myślę, że mało kto ma to szczęście, by móc połączyć jedno z drugim. To prawdziwy dar.

- Zdecydowanie. Myślę, że ty w swojej pracy też kryjesz niejeden talent. Zarządzać tak dużą firmą, ogarniać wszystkie kwestie reklamowe, żeby wynieść ją na szczyty w rankingach, a jednocześnie być człowiekiem, który pracuje też na niższych szczeblach, którego pracownicy darzą szacunkiem, z którym można się śmiać i który nie traktuje wszystkiego śmiertelnie poważnie. To się nie zdarza tak często.

Antek spojrzał na nią przez chwilę, jakby zastanawiał się, co odpowiedzieć. W końcu tylko się uśmiechnął. Oboje czuli, że ten wieczór ma w sobie coś wyjątkowego. Coś, co sprawiało, że mimo zmęczenia chcieli zostać tu dłużej, porozmawiać jeszcze trochę, poznać się bardziej. Przebywanie w swoim towarzystwie sprawiało, że czuli się odprężeni i zrelaksowani. Żadne nie czuło, że jest pod presją albo naciskiem ze strony drugiego. Ich relacja zacieśniała się w tempie, które zdawało się pasować obojgu. Może to też ich dojrzałość sprawiała, że byli konkretni w swoich działaniach i od razu jasno komunikowali swoje zamiary.

 

Antek spojrzał przez okno restauracji i zobaczył, że świat na zewnątrz zmienił się w białą krainę. Śnieg sypał gęsto, pokrywając chodniki i ulice delikatnym puchem.

- Patrz - powiedział, wskazując na zewnątrz. - Śnieg.

Liwia uniosła wzrok i uśmiechnęła się, widząc wirujące płatki za szybą.

- Idealna pogoda na spacer - dodał dopijając ostatni łyk wody.

- Naprawdę chcesz teraz chodzić po mieście? — kobieta uniosła brew, ale w jej głosie nie było sprzeciwu, raczej nutka zaciekawienia.

- A czemu nie? Miło się rozmawia, a zimowe spacery mają swój klimat. Zwłaszcza, że jutro na pewno wszystko stopnieje.

Liwia nie musiała długo myśleć. Po prostu wstała, narzuciła płaszcz i razem z Antkiem wyszła na zewnątrz. Świeży śnieg chrzęścił im pod butami, powietrze było rześkie. Wystawy sklepowych witryn pełne były czerwonych, walentynkowych akcentów a świat wokół nabierał romantycznej atmosfery. Szli powoli, otuleni chłodnym powietrzem, a rozmowa wciąż płynęła lekko.

- Szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy ostatnio spacerowałam w śniegu bez celu - przyznała Liwia, wsuwając dłonie do kieszeni płaszcza.

- Właśnie na tym polega urok takich spacerów. Żadnego pośpiechu, żadnego planu.

- Mówisz to tak, jakbyś często tak robił.

- Raczej rzadko, ale lubię momenty, kiedy można się zatrzymać i skupić na tym, co tu i teraz.

Liwia spojrzała na niego z boku. W świetle latarni jego oczy błyszczały, a na włosach osiadały drobne płatki śniegu. Kolejny raz pomyślała, jaki jest przystojny, ale to nie chodziło tylko o wygląd zewnętrzny. Wszystko, co było z nim związane sprawiało, że był atrakcyjnym mężczyzną.

Szli dalej, aż w pewnym momencie Liwia poczuła, że grunt nie jest tak stabilny, jak się spodziewała. Nim zdążyła zareagować, jej stopa poślizgnęła się na niewidocznym pod warstwą śniegu lodzie. Była pewna, że za moment wywinie orła. Ledwo zdążyła wyjąć ręce z kieszeni, ale w tym momencie poczuła mocne ramiona obejmujące ją w pasie. Antek zareagował błyskawicznie. Przytrzymał ją, stabilizując równowagę, a potem po prostu ujął jej dłoń.

-  Wystarczyło powiedzieć, że potrzebujesz się przytrzymać, zamiast od razu próbować akrobacji - rzucił z rozbawieniem.

Liwia zerknęła na ich dłonie, ale nie zrobiła nic, by się wyswobodzić. 

- Gdzie tam, po prostu testowałam twój refleks. Całkiem nieźle ci poszło - powiedziała z figlarnym uśmiechem, poprawiając szalik wolną ręką.

Antek roześmiał się i ścisnął jej dłoń nieco mocniej. Ruszyli dalej, ramię w ramię, trzymając się tak, jakby to było najbardziej naturalne na świecie. Kiedy dotarli na parking, śnieg wciąż sypał, tworząc na samochodach cienką, puszystą warstwę. Światło latarni odbijało się od białego puchu, nadając otoczeniu niemal bajkowy klimat. Zatrzymali się obok swoich aut. Przez chwilę panowała cisza, ale nie była niezręczna – raczej taka, która pozwalała nacieszyć się ostatnimi chwilami wieczoru.

- No to… - Liwia spojrzała na Antka, wciąż trzymając jego dłoń. - Chyba czas się żegnać.

- Chyba tak - przytaknął, ale nie wyglądał na kogoś, kto ma ochotę się rozstawać.

Spojrzał na ich ręce po czym delikatnie przesunął kciukiem po wierzchu jej dłoni, jakby zapamiętywał ten dotyk. 

- Wiesz, że to trochę zabawne? - odezwała się nagle Liwia, lekko przekrzywiając głowę.

- Co takiego?

- Znowu każde z nas odjedzie w swoją stronę. Tak jak po weselu.

Antek zaśmiał się cicho, przypominając sobie tamten moment.

- Rzeczywiście. Może to nasza tradycja?

- Oby nie za długa - mruknęła, patrząc na niego spod rzęs.

- Może kiedyś uda się nam w końcu pojechać razem - powiedział pół żartem, pół serio.

Zawiał lekki wiatr, przynosząc ze sobą kilka płatków śniegu, które osiadły na włosach Liwii. Antek odruchowo sięgnął ręką i strzepnął kilka z jej ramienia.

- Wracaj ostrożnie - powiedział cicho.

- Ty też. I… dzięki za dzisiaj. Było naprawdę miło.

- To ja dziękuję.

Jeszcze przez chwilę patrzyli na siebie, jakby oboje szukali pretekstu, by przedłużyć ten moment. W końcu jednak Antek puścił jej dłoń, powoli, jakby nie do końca chciał to zrobić. Liwia otworzyła drzwi swojego samochodu i zanim wsiadła, rzuciła mu ostatnie spojrzenie.

- Do zobaczenia, Antku.

- Do zobaczenia, Liwio.

Oboje wsiedli do swoich aut i odjechali, ale w powietrzu pozostało coś niewypowiedzianego. Coś, co oboje zabrali ze sobą na resztę wieczoru.

 

 

Janka i Rafał

Rafał już od kilku dni miał ściągnięty wyciąg, ale skazany na ortezę i z nadgarstkiem w gipsie, nadal miał niewiele możliwości ruchowych. Właśnie zmagał się z kolacją próbując jakoś ogarnąć zrobienie kilku kanapek, gdy do sali weszła Janka. Wiedział, co go czeka. Kolejne kłucie w brzuch. Niestety, nie wszystkie pielęgniarki robiły to tak delikatnie jak ona więc miał już kilka siniaków.  Prawdopodobnie po części była to też jego wina, bo nie przy każdej potrafił w pełni się rozluźnić.

- Jak tam, książę na poduszkach? – zagadnęła Janka podchodząc bliżej.

Rafał podniósł wzrok znad talerza, na którym próbował rozsmarować masło na kromce bez zrobienia w niej większych dziur.

- Lepiej, choć nadal czuję się jak eksponat muzealny - odparł. — Leżeć, nie ruszać, oglądać, nie dotykać.

Janka parsknęła śmiechem, siadając na krześle obok jego łóżka.

- Dobra, plan jest taki. Zrobię ci szybko zastrzyk, a potem przygotuję ci kanapki z tych składników na talerzu – rzekła patrząc ze współczuciem na jego wysiłki.

- Niech będzie – zgodził się. – Jeśli to mnie uratuje przed wymarciem z głodu.

Janka odsunęła stolik z tacą, zmieniła nieco jego pozycję i odsłoniła mu brzuch. Skrzywiła się widząc popielate i żółte plamy na jego skórze. Zanim wbiła igłę zrobiła mu delikatny masaż limfatyczny. Rafał zamknął oczy i spróbował się odprężyć przy tym.

- Dlaczego inne pielęgniarki nie mają tego w zakresie swoich czynności? - zapytał po chwili.

- Może sobie u nich nie zasłużyłeś na to - odparła ze śmiechem.

Otworzył oczy i spojrzał na Jankę z zaciekawieniem.

- A czym sobie zasłużyłem u ciebie? - zapytał.

- Mam słabość do pomagania unieruchomionym ojcom trójki dzieci, którzy chcą jak najszybciej odzyskać formę, żeby wrócić do domu - mruknęła przystawiając mu z powrotem stolik do łóżka. Potem zabrała się za zrobienie mu obiecanych kanapek.

Późnym wieczorem Rafał leżał w półmroku szpitalnej sali, wpatrując się w sufit. Choć nie bolało go tak bardzo jak wcześniej, uczucie sztywności i ograniczenia było nieznośne. Ciało domagało się zmiany pozycji, a on nie mógł mu tego dać.

Spróbował zamknąć oczy i zmusić się do snu, ale myśli cały czas kotłowały mu się w głowie. Z każdą minutą czuł się coraz bardziej zmęczony, mimo to sen nie nadchodził. Zamknięcie oczu nic nie dawało – jego ciało wciąż było spięte, a umysł wciąż pracował. Wolał czas, kiedy zasypiał w nocy po lekach. Teraz, kiedy był przytomny, wszystkie mięśnie dawały mu znać o sobie. Spróbował znaleźć wygodniejszą pozycję dla rąk, ale to też nic nie dało. Zrezygnowany westchnął po raz kolejny.

Nagle usłyszał ciche skrzypnięcie drzwi. Podniósł wzrok.

- Jeszcze nie śpisz? – spytała Janka stając w progu.

- Nie da się spać - odparł Rafał, próbując się uśmiechnąć.

Janka podeszła bliżej, spojrzała na jego nogę i poprawiła mu poduszkę pod plecami.

- Chcesz coś na sen?

- Najlepiej spacer na świeżym powietrzu, albo jeszcze lepiej jakieś pływanie.

Janka uśmiechnęła się.

- Dobra, to szykuj się – powiedziała.

- Na co? – zapytał.

- Usiądziesz na wózku, a ja okryję cię kocem. Zabiorę cię na krótki spacer.

- Serio?

Aż otworzył usta ze zdumienia.

- Serio.

- No co? Nie cieszysz się? - uniosła brew, a jej uśmiech stał się jeszcze szerszy.

- Cieszę, ale... - Rafał urwał, bo w jego głowie pojawił się obraz, jak siedzi na wózku w środku nocy, opatulony w koc jak babcia, a Janka dzielnie pcha go przez szpitalny korytarz. - W sumie to trochę się boję, że potraktujesz mnie jak mumię egipską.

- Oj, nie marudź - rzuciła i sięgnęła po wózek stojący pod ścianą. - Chcesz się przewietrzyć czy nie?

- Chcę - odparł. -  Ale... to nie będzie wbrew regulaminowi? - zapytał podpuszczając ją.

- Powiem, że mnie sterroryzowałeś. 

- Tak... Ogłuszyłem cię gipsem na ręce. Gdybym miał jeszcze wyciąg to mógłbym wykorzystać ciężarek i sznurki, żeby cię związać. 

Janka parsknęła śmiechem.

- Ponosi cię wyobraźnia, ale po kilku dniach zamknięcia w czterech ścianach i przyjmowaniu morfiny to zrozumiałe. 

- To jest moje wrodzone poczucie humoru.

- To raczej nie chwal się nim.

Rafał chciał udać oburzenie, ale skończyło się na tym, że nie mógł powstrzymać uśmiechu. 

Janka pomogła mu przesiąść się na wózek, ustabilizowała jego nogę, po czym opatuliła go od stóp do głów kocami i wywiozła z sali. Kilka minut później, gdy przejechali przez boczny korytarz i przeszklone drzwi, poczuł na twarzy chłodne powietrze.  Rafał westchnął głęboko i spojrzał w górę na rozgwieżdżone niebo. - Chyba zapomniałem, jak pachnie powietrze spoza sali - powiedział ciszej, bardziej do siebie niż do niej.

Janka opatuliła się kocem, który wzięła dodatkowo dla siebie i usiadła na ławce obok.

- Po tylu dniach w zamknięciu można oszaleć - stwierdziła.

Rafał zerknął na nią spod koca. Jej twarz była nieco schowana w cieniu, ale i tak było widać jej ładny profil: zgrabny nosek i długie rzęsy. 

- Nie zmarzniesz tutaj ze mną? - zapytał czując jak budzi się w nim jakaś czuła nuta.

- Kilka minut przetrwam. Czego się nie robi dla dobra pacjenta?

Mężczyzna uśmiechnął się lekko, a potem znów przeniósł wzrok na nocne niebo.

- Dzięki - rzucił po chwili.

- Za co?

- Za ten spacer. I za to, że wytrzymujesz moje marudzenie.

Janka uśmiechnęła się lekko.

- Zniosłam gorszych.

- Też mieli fatalne poczucie humoru?

- Z tym bywało różnie - zaśmiała się cicho. - Generalnie większość chciała się ze mną... - Janka nagle zdała sobie sprawę, co chce powiedzieć i urwała gwałtownie. Dobrze, że było ciemno i nie było widać jej rumieńca. Rafał przeniósł na nią wzrok, doskonale wiedział, co chciała powiedzieć. Mógł odpuścić, ale nadarzyła się świetna okazja, że się z nią trochę podroczyć.

- Co takiego chciała większość? - zapytał.

- Nic - odparła wstając gwałtownie i chwytając rączki wózka. - Musimy wracać, bo oboje zmarzniemy.

Rafał uniósł brwi, rozbawiony jej nagłą zmianą tematu.

- Oho, czyli jednak coś było na rzeczy - mruknął z udawaną powagą.

- Nie wymyślaj - odparła szybko, ruszając z wózkiem.

- Janka, nie zostawia się rozmowy w połowie zdania - pouczył ją, jakby właśnie tłumaczył coś dziecku.

- Nie zostawia się pacjenta na zimnie - odparowała, przyspieszając kroku.

Rafał zaśmiał się cicho.

- No dobra, to może zgadnę. Większość chciała się z tobą zaprzyjaźnić?

Janka milczała.

- Nie? To może... umówić się?

Cisza.

- No to zostaje mi ostatnia opcja - powiedział teatralnie. - Większość chciała się z tobą ożenić?

Wózek nagle szarpnął do przodu, gdy Janka pchnęła go mocniej.

- Oho! - parsknął śmiechem. - Trafiłem!

- Zamknij się, Rafał.

- A więc to tak - kontynuował, zupełnie ją ignorując. - Pielęgniarka idealna, wymarzona kandydatka na żonę!

- Przysięgam, że jeśli nie przestaniesz, to wepchnę cię w ścianę.

- I tak nie dasz rady - stwierdził z pewnością.

- A to niby dlaczego?

- Bo jestem twoim ulubionym pacjentem.

Janka parsknęła śmiechem.

- Aha, jasne. Właśnie dlatego mam ochotę zostawić cię tutaj i wrócić sama.

- Tylko spróbuj - rzucił z przekąsem. - Przecież nie wytrzymałabyś beze mnie nawet pół dnia.

- Ty naprawdę masz ego większe niż ten szpital.

- Bo widzisz, ja po prostu znam swoją wartość.

- No tak, skromność to twoje drugie imię - rzuciła Janka ironicznie.

- A jakże - przytaknął z rozbrajającym uśmiechem. - W końcu nikt inny nie doceni mnie tak, jak ja sam.

Janka pokręciła głową i mocniej chwyciła rączki wózka.

- Faktycznie, jesteś jedyny w swoim rodzaju.

Rafał uśmiechnął się szeroko.

Janka dotarła do sali i zatrzymała wózek, żeby pościągać z niego koce, a on spojrzał na nią z błyskiem w oku.

- Ale serio...

- Co?

- Naprawdę chcieli się z tobą żenić?

Westchnęła ciężko.

- Rafał...

- Czemu się nie zgodziłaś wyjść za któregoś? - zapytał.

- Nie interesuj się! - odburknęła, ale wzbierał w niej śmiech. - Połowa z nich była żonata, a druga połowa była w wieku mojego ojca.

- Nie trafił się żaden podobny do mnie? Młody, przystojny z poczuciem humoru...

Janka zastygła w ruchach, jakby nagle coś sobie przypomniała.

- Był taki jeden - stwierdziła po chwili.

- I co się z nim stało?

- Nic, nie miał skończonych osiemnastu lat.

Rafał wybuchnął śmiechem. 

- Coś nas łączy jednak - rzekł. - Ja jestem jedyny w swoim rodzaju, a ty masz wybitne grono adoratorów. Oboje jesteśmy wybitnymi jednostkami.

Janka uśmiechnęła się, ale nagle wydało mu się, że był to uśmiech nieco wymuszony. Chyba tym razem poruszył jakąś czułą strunę. Spoważniał.

- Jeśli powiedziałem coś nie tak, to przepraszam - powiedział.

Chwyciła wózek, żeby podprowadzić go do łóżka.

- Nie masz za co przepraszać - odrzekła po chwili.

Nachyliła się nad nim, żeby pomóc mu przesiąść na łóżko. Na moment jej twarz znalazła się bardzo blisko jego twarzy. Mimo panującego w sali półmroku widział wyraźnie jej błyszczące oczy i to, że unikała jego spojrzenia. 

- Janka... - powiedział cicho.

Zawahała się. Na ułamek sekundy, ale Rafał to zauważył.

- Janka - powtórzył, nie odrywając od niej wzroku.

Wiedział, że coś w niej drgnęło, że przez chwilę była gdzieś daleko myślami. Jej dłonie, pewnie i sprawnie podtrzymujące go przy przesiadaniu, teraz zacisnęły się mocniej, jakby chciała zapanować nad czymś, czego nie chciała wypuścić na powierzchnię.

- To nic – powiedziała, prostując się gwałtownie. - Po prostu… nie wszyscy adoratorzy byli zabawni.

Nie odwróciła się do niego plecami, ale było coś w jej postawie, co mówiło mu, że temat jest zamknięty. Że już nic więcej nie powie.

- Janka… – zaczął, ale tylko westchnęła, wyprzedzając jego pytanie.

- To stare sprawy - rzuciła lekko choć nie wyszło jej to do końca. - Nie martw się, nic mi nie jest.

Rafał milczał przez chwilę, ale potem skinął głową.

- Okej - powiedział cicho. - Ale jeśli kiedykolwiek będziesz chciała pogadać…

- Nie ma takiej potrzeby.

Nachyliła się nad nim znowu, żeby pomóc mu się wygodnie ułożyć. 

- Mam nadzieję, że teraz już zaśniesz - powiedziała.

- Tak, powinienem - odparł z góry wiedząc, że raczej ta noc skończy się na rozmyślaniach.

- Dobranoc - powiedziała Janka i wyszła.

- Dobranoc - szepnął za nią i zamknął oczy. Mimo wszystko poczuł, że jednak odpływa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Rozdział 46

Inez, Piotr i Jacek     Kilka dni później, w ciepłe letnie popołudnie , Inez z Piotrem i Jackiem wybrali się do budynku na Starym Mieście. ...